środa, 30 listopada 2016

Zakopane

Hejka! :)
Dzisiaj szybkie rozwiązanie zagadki co robiłam w pociągu w weekend. W piątek zupełnie spontanicznie narodził mi się w głowie pomysł pojechania w góry, konkretnie do Zakopanego. Plan wypełniłam i już o trzynastej w sobotę byłam w tym pięknym górskim mieście, które uwielbiam. Wiem, że pewnie miłośnicy gór teraz zjadą mnie od góry do dołu, ale ja potrzebuję być tam przynajmniej raz do roku, a z miłą chęcią pojawiałabym się jeszcze częściej. Cel był jeden- zrobienia wspaniałego zdjęcia do mojego dyplomu. Potrzebowałam Anieli, którą na pewno doskonale znacie. Łóżka. Białej pościeli i wykonania kadru, które miałam w głowie już od dłuższego czasu. Zadanie wypełniłam. To zdjęcie które publikuję nie jest tym docelowym. To właściwe pojawi się w dyplomie, który prawdopodobnie nie będzie publikowany- ale może? Zobaczę jak to będzie. W każdym razie na dniach przyszykuję dla Was pierwsze wzmianki na temat mojej pracy dyplomowej kończącej moją edukację w Liceum Plastycznym. 

W górach było tak pięknie! Pierwszy raz miałam możliwość bycia tam przez chwilę samej. Rozmawiałam z góralami, zachwycałam się słońcem i śniegiem na szczytach gór. Było mi bajecznie! ♥ Nie wyobrażam sobie swojego życia bez podróży. Ludzie łapali się za głowy mówiąc, że jechanie na drugi koniec Polski nie ma sensu, że po co, że przecież łóżko, białą pościel i dziewczynę znajdę w Elblągu... ale ja wiedziałam swoje- i bardzo dobrze, że to wiedziałam! Było idealnie ♥ Miałam bardzo intensywny weekend, ale niesamowicie odpoczęłam. To właśnie na wszelkiego rodzaju wyjazdach odpoczywam najlepiej- wtedy moja głowa jest wolna od problemów i zadań, które powinnam zrobić, ale nie robię. Mam wolny umysł od komputera (niestety już nie od Internetu od którego jestem uzależniona z powodu darmowych 30GB na telefonie. eh). Jest mi wtedy idealnie i polecam! :)

Chciałam na początku pokazać Wam jedynie przepiękne zdjęcie gór, które udało mi się zrobić (za mgłą znajdował się Giewont, ale widziałam go chyba tylko przez dziesięć minut całego mojego pobytu tam^^). Trochę kombinowałam co i jak i z racji tego, że jestem niesamowicie zakochana w tej grafice- wstawiam to. Miłośnicy gór i tak doszukają się tego co chcą zobaczyć, więc spokojnie :) Są góry, jest Aniela i jest satysfakcja :) Polecam.
Buziaki! :*

poniedziałek, 28 listopada 2016

WAJDA. Kronika wypadków filmowych

Hejka! :)
Bardzo trudno zabrać mi się za ten post. Zawsze kiedy dostaję propozycję przeczytania jakiejś książki mniej więcej już w głowie ustalam sobie zarys wstępu. Moje pierwsze odczucia co do ogólnego tematu itp. W tym wypadku jednak nikt przed premierą prawdopodobnie nie spodziewał się takiego przebiegu akcji i czytając ostatnie słowa książki łza w oku się kręci...

Z twórczością Andrzeja Wajdy nie miałam wiele wspólnego. Na filmwebie odnotowano sześć moich spotkań z jego twórczością. Nie popadajmy jednak w skrajności i nie utożsamiajmy liczby z moją wiedzą na temat reżysera. Wiedza była duża, uznanie i szacunek jeszcze większy, jednak nikt nie przyznaje dodatkowych godzin w ciągu doby na nadrabianie starych filmów. W pewnym momencie mojego życia nie robiłam nic innego, jak tylko zagłębiałam się w dobre kino dawnych lat. W czasie kiedy mój chłopak pasjami oglądał wszelkie nowości, ja wracałam do starych dat, pięknych plakatów, czarno białych filmów. Żyło mi się świetnie. Z biegiem czasu świadomość wzrosła, czasu brakowało, a do nadrobienia zostało jeszcze masa filmów. Ba, stwierdzam nawet, że z każdym rokiem klasyki na mojej liście "do obejrzenia" wzrasta w coraz to nowsze punkty. Kilka lat temu naszła mnie ogromna fala fascynacji twórczością polskich twórców. Zachłysnęłam się Romanem Polańskim.... a Andrzej Wajda nadal był gdzieś z boku.

Miałam nadzieję, że ta książka pobudzi mnie do nawiązania pewnego rodzaju romansu z ponad sześćdziesięcioma filmami, które stworzył. Nie spodziewałam się jednak wydarzeń z dziewiątego października... 

Nie lubię (i wiele razy o tym wspominałam) sytuacji, kiedy to po śmierci nagle wszyscy zachłystują się muzyką, filmami, czy fotografiami danego artysty. Przed śmiercią obojętny, nagle rośnie w oczach tych ludzi do kogoś wybitnego. Na szczęście tym razem tak się nie stało, przynajmniej nie w moim otoczeniu. Tak więc bez żadnej krępacji i obrzydzenia mogłam w spokoju zapoznać się  pozycją proponowaną przez wydawnictwo Mg. 

Chciałabym w jednej chwili napisać o wszystkim co mam w sercu, wiem, że się nie da... dlatego postaram się opanować i w spokoju wybrać poszczególne rzeczy w kolejności poruszenia ^^ Tak więc po pierwsze: fantastyczna okładka! Zakochana w fotografii od wielu lat uwielbiam biało czarne zdjęcia mężczyzn z głębokim spojrzeniem w obiektyw. Tylko raz udało mi się uchwycić mojego Dziadka w sposób mnie zadowalający- ale graficznie (zrobiłam jedną z najlepszych grafik w swoim życiu!), zdjęcie nie wyszło aż tak dobre. Nadal szukam i poszukuję dobrego rozwiązania. Jeśli kiedykolwiek jakikolwiek młody człowiek będzie chciał mnie wziąć na zdjęcia i uda mi się wychwycić w nim właśnie to nieodgadnione coś- to obiecuję, że pierwsza rzucę się na kolana i oświadczę, że chcę zostać jego żoną hahahha. A może to nie chodzi o sam kadr, o dobrą pozę? Może wszystko kryje się w historii tych oczy? To zdjęcie jest tego idealnym przykładem, ponieważ to co dzieje się na ponad trzystu stronach tej książki opowiada historię przepiękną! Człowieka wybitnego i docenionego, którego grono wielbicieli nie zmaleje nigdy. Mogłabym patrzeć w to zdjęcie godzinami. Jestem zachwycona wyborem i chylę czoła przed fotografem (Rafałem Latoszkiem). Wiem jak trudno jest zmusić mężczyznę żeby pozował do portretu z ręką przy twarzy. Nie doszłam jeszcze do takiego poziomu, żeby dla mnie i modela była to sytuacja naturalna. Natomiast Pan Rafał robi to nadzwyczaj często i robi to wybitnie. Polecam portfolio zobaczyć TUTAJ. Wybór fontu i idealny odcień zielonego. To wszystko zdziałało cuda i mogę z ręką na sercu powiedzieć, że to jedna z najlepszych okładek jaka wpadła w moje ręce ostatnimi czasy! Ale przejdźmy do kolejnego punktu^^

Dosyć przykro było mi w momencie, kiedy czytając Kronikę wypadków filmowych zdałam sobie sprawę, że autor książki- Bartosz Michalak- nie skorzystał z możliwości rozmowy z samym reżyserem. Oczywiście, rozumiem zamysł i jestem pełna uznania, że wszystkie wypowiedzi aktorów jak i współtwórców filmów Wajdy zostały poprowadzone w taki sposób, że chociaż samego artysty w książce nie ma, to przepiękne opisy jego osoby, historie z planu, czy sposób w jaki Andrzej Wajda pracował z aktorami stwarzają nam pełen obraz człowieka. Nie brakuje w tej książce niczego i pewnie gdybym przeczytała ją rok temu, to podobałoby mi się w niej wszystko... ale zważywszy na datę premiery zapewne każdy inaczej patrzy na to wydanie i nieświadomie doszukuje się chociażby tych ostatnich wypowiedzi reżysera. Jednak to moje odczucia, bardzo głębokie i zupełnie nie wpływające na jakość książki. Taki był zamysł i taki akceptuję.

Książka podzielona jest na rozdziały, w każdym z nich na warsztat brany jest jeden z najważniejszych filmów Wajdy. Wyczuwałam tą niesamowitą atmosferę na planie, tą inność, która towarzyszyła podczas pracy z Panem Andrzejem. Czułam ją, ponieważ w piękny sposób wypływała z wypowiedzi współpracowników reżysera. Nie jest to forma wywiadu (uf! Całe szczęście). Jednak wypowiedzi są w książce poukładane w taki sposób, że w jasny i czytelny sposób przemierzany te ponad sześćdziesiąt lat pracy i produkcji fantastycznych filmów.

Tekst dopełniony jest kilkoma zdjęciami, kadrami z filmów, a co najważniejsze- znaleźć tu można fragmenty scenariuszy, scenopisów, storyboardów, czy szkiców kadrów filmowych. Jest to dla mnie na tyle cenne, że wiem, że z takich materiałów warto korzystać. Kiedy w szkole uczymy się o tego typu formach przedfilmowych każdy z nauczycieli ma inny system, w internecie również można znaleźć wiele opinii jak powinno robić się np. storyboard. Przez pewien czas miałam z tym problem. Rok temu mój nauczycie ganił mnie za zbyt duże marnowanie czasu na jakiekolwiek zbędne kreski w szybkim zarysowaniu kilku kadrów filmowych, natomiast w tym roku moja nauczycielka kładzie nacisk na bardzo dokładne, wręcz komiksowe oddanie naszych wizji. Miałam mętlik w głowie, na szczęście co nie co podpatrzyłam w tej książce i wiem, że skoro Andrzej Wajda to akceptował, to jest to dobre hahahha. To taka mała dygresja. Może kogoś zainteresuje ^^ 
Cieszę się, że wstawki graficzne nie zostały potraktowane jedynie fotograficznie, cieszę się, że znalazło się tutaj naprawdę wiele zeskanowanych, bardzo ciekawych materiałów. 

To pozycja chyba wręcz obowiązkowa! Tak jak wspominałam: przez ten miesiąc będę proponowała Wam różne pomysły na prezenty i to bezapelacyjnie jest jedno z najlepszych rozwiązań! Pięknie wydana w niekonwencjonalnym formacie, idealnie nadaje się na sprawienie komuś radości spod choinki :)


A czemu zdjęcie zrobione zostało w pociągu? 
To bardzo ciekawa historia, o której opowiem Wam już jutro :)
Buziaki! :*

czwartek, 24 listopada 2016

Sposób na (cholernie) #szczęśliwe życie

Hejka! :D
Pewnie już to wiecie, ale powtórzę jeszcze kilka razy- mam najbardziej inspirującą tablicę facebookową na świecie. Po wyłączeniu wszystkich powiadomień od znajomych i redukcji fanpage'ów została mi naprawdę garstka rzeczy jedynie dobrych. Oznacza to, że przeglądając tablicę wcale nie marnuję czasu, a jedynie dobrze spędzam czas. Jednym z dobrych polubień jest Piotr Żyłka Blog. Dziennikarz, który zachwyca pięknym Słowem Bożym, słowem o Bogu w połączeniu z pięknymi, prostymi grafikami. Jest twórcą książek o księdzu Janie Kaczkowskim (których jeszcze nie miałam możliwości przeczytać), który urzekł mnie pięknymi słowami na temat swojego przyjaciela. Już jakiś czas temu zaczęły pojawiać się jakieś wzmianki o nowej książce. Tym razem miało być o cholernym szczęściu. Brzmiało wyśmienicie. 

To przykład nieudanej, zbyt szybkiej promocji. Od mojej pierwszej styczności z pomysłem na książkę minęło naprawdę bardzo dużo czasu. Wciąż sprawdzałam w księgarniach internetowych kiedy w końcu będę mogła ją kupić, ale bezskutecznie. Czytałam pewną krótką wzmiankę nawet o tym, że te same odczucia miał Szymon Hołownia, który niesamowicie czekał... i doczekać się nie mógł (niestety teraz nie mogę znaleźć tej wypowiedzi). Wreszcie o książce zapomniałam. Dopiero niedawno znalazłam ją na plebani, a kilka dni później dostałam w prezencie na imieniny (których nie miałam- długa historia^^). Zasiadłam i przeczytałam w dwa dni. Tutaj potwierdza się reguła, że jak chcesz, to zawsze znajdziesz czas- jakimś kosztem, ale jednak. Ja znalazłam i jestem niesamowicie szczęśliwa, że wreszcie mogę dodać jakiś książkowy post! :D

Siostra Małgorzata Chmielewska była mi osoba zupełnie nieznaną i aż do przeczytania tej książki sądziłam, że została odkryta przez autorów Sposobu na (cholernie) #szczęśliwe życie Tak jednak nie było. Siostra jest niesamowicie mocno działającą osobą. Robi fantastyczne rzeczy dla ludzi i swoim życiem pokazuje jak szczęśliwie żyć- a przecież to jeden z największych celi w naszym życiu. Nie jest to zwykły poradnik, w którym w punktach zostało wypisane co zrobić, aby dzień w dzień chodzić z uśmiechem na twarzy. Takie coś nie istnieje. Aby być radosnym trzeba również być smutnym. Ja odkryłam to dopiero kilka lat temu, kiedy podczas składania urodzinowych życzeń ktoś powiedział mi, abym przeżywała trudne chwile i nie zawsze dla mnie łatwe. Te słowa zostały we mnie do teraz i za każdym razem, kiedy składam komuś życzenia pamiętam o tym. W życiu potrzeba kontrastów. Ludzie zbyt szybko przyzwyczajają się do dobrobytu. Pragną go więcej. W życiu potrzebna jest równowaga.

Nie przepadam za formą książkowego wywiadu, nie leży mi to, ale jestem świadoma, że w taki sposób bohater jest przedstawiony najbardziej realistycznie. Do mnie przemówiło naprawdę niesamowicie wiele! Zachwycałam się wieloma cytatami i w pewnym momencie moje serce wybuchło radością z powodu tak oczywistych stwierdzeń, że pobiegłam po zakreślacz i podkreśliłam w całej książce aż trzy drogowskazy. Te banalne, wpajane nam rzeczy są przez nas najczęściej zapominane. Warto do nich wracać. Warto spojrzeć na małe rzeczy z perspektywy rzeczy ogromnych!

Słowa Siostry Chmielewskiej są trudne. Wiem, że gdybym dopiero zaczynała historię z odkrywaniem Miłosierdzia Bożego, to cała książka byłaby dla mnie niezrozumiała. Patrząc na siebie z przed kilku lat wiem, że osoby wierzące w moich oczach zawsze miały dostawać namacalne dobra materialne, miały leżeć na łożach z baldachimem w domu z basenem. Im jednak dłużej jestem zakochana w Bogu tak na maksa, tym bardziej wiem, że nie o to chodzi. Największy skarb jaki możemy otrzymać, to łaski spływające od Pana. Wtedy to, czy jesteś biedny, czy mieszkasz w kawalerce, czy w willi, czy zarabiasz miliony lub tysiąc złoty miesięcznie jest ważne, ale staje dopiero na drugim lub nawet trzecim miejscu. Najważniejsze jest zawierzenie tego wszystkiemu Bogu- teraz to wiem, więc z przyjemnością czytało mi się tę pozycję! Siostra Małgorzata jest wypełniona Bogiem w każdym centymetrze siebie, a co ważne dla tej książki- na wiele tematów patrzy z zupełnie innej perspektywy. Czasami są to takie proste stwierdzenia, czasami wychodzące zupełnie poza ramy istoty ziemskiej. 

Czytając tę książkę chciałam Wam wiele napisać, miałam wiele sugestii i ciekawych przemyśleń, ale chyba aktualnie zostały na dnie mojego serca- i dobrze, najwidoczniej miały być jedynie dla mnie. Piszę do Was o tej książce z kilku powodów. Przede wszystkim po to, żeby zainspirować Was do sięgnięcia po tą książkę i może obudzenia ludzi, którzy podobnie jak ja nie wiedzieli, że premiera w końcu się odbyła i na pułkach sklepowych można już znaleźć ten tytuł... ale jak to zwykłe mam w zwyczaju- piszę o niej również dlatego, że niedługo są święta, propozycji na prezenty pod choinkę mam nadzieję, że znajdziecie u mnie wiele i to jest właśnie pierwszy post z inspiracją dla bliskiej osoby. Czasami nie warto kupować powieści- moim zdaniem bardzo rzadko warto, ponieważ patrząc na mój przykład: taka książka nigdy nie była trafiona. Jednak wszelkiego rodzaju biografie, wywiady książkowe są strzałem w dziesiątkę. Oczywiście tylko wtedy, kiedy są naprawdę dobre- a ta pozycja: poza wspaniałym tytułem, ma również fantastyczne treści o genialnej osobie! :) Chwała Panu za Siostrę Małgorzatę Chmielewska. 


Buziaki! ;*

sobota, 19 listopada 2016

łatwiej?

Hejka:)
Przeciążyło mnie pisanie na konkretny temat dzień w dzień. Musiałam dać sobie chwile swobody, dzisiaj też to robię. W teorii zapisałam naprawdę fantastyczne tematy, które chciałabym poruszyć, i mam nadzieję poruszę, ale to tak może od jutra na nowo ^^

Krążę obok tematu wspólnoty już od dłuższego czasu. Nie, to nie dzisiaj. Jeszcze nie dorosłam do momentu, w którym mogłabym Wam pięknie zapromować to zgromadzenie, ale dzisiaj chciałabym powiedzieć kilka słów tak o- tak jak zawsze... z byle powodu.

Jestem wierzącą osobą. Rzec by można- bardzo wierzącą. Otaczam się ludźmi, którzy są wierzący i kiedy poznam kogoś kto jest fantastyczny i dowiem się, że wierzy- to moje serce raduje się bardziej. Uwielbiam rozmawiać z ludźmi, którzy nie wierzą, ale są otwarci na mój sens życia jakim jest Bóg. Nie mam problemy ze spędzaniem każdego dnia na parafii, na mszy w Kościele, czy na odmawianiu różańca w zaciszu swojego domu. Nie mam z tym problemu, ale tylko w momencie, kiedy całą sobą angażuję się w moją wspólnotę. Jaka by ona nie była. Czy składałaby się jedynie z ludzi wspaniałych, czy z tych, którzy nie za bardzo do mnie przemawiają- za każdym razem Ci ludzie motywują do codziennego dawania świadectwa samym sobą. W środku mnie zapala się wtedy taka lampka: "chcę zrobić tak wiele, chcę zarazić kolejne osoby, chcę aby wszyscy byli tak samo zakochani w Panu jak ja!". To ciężkie zadanie. Codziennie wkurzam się na wszystkich po kolei, że nie odczuwają tego tak jak ja. Bóg stara się nauczyć mnie w tym wszystkim pokory, ale ja zapieram się nogami i rękoma. Przecież robię dobrze, na Jego chwałę... dlaczego mam stopować? Może jest tak, że tego bloga założyłam jedynie po to, żeby raz na jakiś czas Bóg szepnął mi kilka słów podczas pisania notki. Za każdym razem kiedy zabieram się już za ten "trudny" temat wychodzi z tego zupełnie coś innego niż chciałam. Niż wcześniej sobie to obmyśliłam. Czuję wtedy takie kierownictwo Boga, wiem, że to jest dobre. Wiem, że trafia to do ludzi (zdaję sobie sprawę, że nie do wszystkich), ale to przede wszystkim zrzuca na mnie kubeł zimnej wody i wyjaśnia mi wiele trudnych dla mnie sytuacji. Dziwne to prawda? Przecież to ja- Karolina- piszę te wszystkie posty. To JA siedzę chora na łóżku, to JA stworzyłam bloga, to JA postanowiłam napisać ten post, i to wreszcie JA go piszę własnymi rękoma.... I w tym właśnie cała tajemnica naszej wspaniałej katolickiej wiary!♥ To JA to cała JA, prawdziwa z ciała i kości... wypełniona Bogiem po każdy brzeg swojej 168 centymetrowej osoby. Przepełnia mnie to niesamowitą radością, kiedy dostaję wielki dar odwagi, aby iść do konfesjonału, aby zapomnieć o Księdzu i oddać Mu wszystko, aby później móc cieszyć się spotkaniem z Nim w Eucharystii. Wyobrażacie sobie, że Bóg stworzył mnie niezliczone wieki temu wiedząc już ile mam włosów na głowie, wiedząc jak dziwną osobą będę i jaki plan dla mnie zgotował. Jest to dla mnie niepojęte. Każdego dnia staram się jakoś zrozumieć to Miłosierdzie i ten wielki zamysł. Nie udaje mi się.

Dzisiaj poruszyłam z kolegą temat Nieba. Zastanawiał się on, jak będzie mógł w Niebie spełniać swoją pasję muzyczną. Jak będzie wyglądała tam jego droga muzyczna. Niesamowite jest to, że tak bardzo jesteśmy pewni tego miejsca, że tak bardzo chcemy się w nim znaleźć. Pisałam Wam o Niebie już TUTAJ Lubię o tym mówić z ludźmi, lubię się tym zachwycać.
Jest jeszcze jedna dyskusja, która w pewnym momencie wypłynęła w rozmowie z moją koleżanką. Nie jest wierząca. Widzi nas jako osoby, którym wszystko wychodzi, ponieważ Bóg prowadzi nas za rączki i w każdej chwili odsuwa od nas swoim palcem z Nieba przeszkody podkładane nam pod nogi. Chciałaby uwierzyć, ale nie z potrzeby miłości- z potrzeby łatwego życia. Kochani, tak się nie da. Poruszanie tematu: "wierząc masz bardzo łatwe życie"- jest bardzo trudne. Z jednej strony nie wyobrażam sobie życia bez Niego, nie widzę w tym sensu. Nawet jeśli wielokrotnie nie zgadzam się z różnymi rzeczami w Kościele, nie potrafiłabym zrezygnować z Eucharystii, Spowiedzi, codziennej modlitwy, czytania Pisma Świętego [...] Nie widzę sensu w byciu Polakiem- otaczaniem się tak oczywistym działaniem Pana Boga i nie wierzeniem w Niego. Chyba nie jestem aż tak odporna na nieprzyjmowanie namacalnej Miłości. NAMACALNEJ! Kiedy wiem, że całe moje życie jest zaplanowane, że Bóg zna mnie z imienia i całej mojej historii życia oczywiście jest mi łatwiej... ale czy mam łatwe życie? Słysząc tyle świadectw w swoim życiu stwierdzam, że nie! Każde życie jest trudne, każdy nosi swój krzyż- taki, jaki umie udźwignąć. Z boku może się wydawać, że ktoś nie ma problemów, za to Ty masz najwięcej... tak nie jest. U Boga każdy traktowany jest na równi. Mam wiele problemów. Nie dorosłam jeszcze do świadectwa swojej wiary opublikowanego w internecie. Mam masę problemów i gdybym komuś opowiedziała o tym wszystkim mógłby uznać, że mam najgorzej. Ja o sobie nie umiałabym powiedzieć tego nigdy. Czuję się najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. Jednak wypełniając ankietę jestem pewna, że nie wyszedłby mi pozytywny wynik. Jezus jest obok zawsze. Stara się nas chronić... ale on nigdy nie otoczy nas bańką mydlaną, na którą będzie chuchał przez osiemdziesiąt lat. Powoli nam wiele razy upaść, ale za każdym razem poda nam rękę. Jest mega super hiper! :D

We wspólnocie jest moment spontanicznej modlitwy. Na wierzch wychodzą wtedy największe problemu. Wydaje mi się, że jest to miejsce, do którego przychodzą ludzie najbardziej pokaleczeni, ale mimo wszystko najbardziej radości. Bo człowiek wierzący, to człowiek szczęśliwy! Pocieszamy się kiedy jest taka potrzeba- i robimy to w sposób najlepszy, ponieważ zawierzamy to wszystko Jemu. Umiemy dogadać się wszyscy razem, ponieważ wyznajemy jedne i te same wartości. Kiedy jest czas śmiejemy się, imprezujemy, chodzimy do kina i na piwo. Tworzymy razem coś na wzór rodziny i to jest niesamowite. Nie, nie musimy się wszyscy lubić- i mogę Was zapewnić, że tak nie jest (też miałam mylne zdanie o członkach wspólnoty^^). Nie wszyscy rzucamy się sobie w ramiona, ale nigdy nie ma sytuacji, żeby ktoś rzucił się sobie do gardeł. To nie szkoła, we wspólnocie nie znajdziecie ludzi połączonych ze sobą z dziwnej kombinacji punktów w rekrutacji. We wspólnocie każdy z nas jest Dzieckiem Bożym i stara się tym dzielić. To wszystko sprawia, że jesteśmy w każdej chwili razem i to jest super! 

Ciężko mi czasami przezwyciężyć swoje lenistwo lub gniew z powodu tęsknoty za Jego namacalnym dotykiem Miłości. Wkurzam się wtedy i zamykam w sobie. Nie zauważam drobnych rzeczy, które dla mnie robi... a przecież robi to ciągle! I właśnie wtedy ważna jest wspólnota. Przebywanie ze Słowem i wspólna motywacja do działania. Nie potrafiłabym żyć bez wspólnoty, bez bliskiej relacji z Księżmi i możliwością rozmowy z nimi w każdym momencie. Jestem wdzięczna Bogu, że pomógł mi nigdy nie skręcić na tę złą drogę... że zawsze trzyma mnie za rękę i przeciąga na Swoją stronę pokazując mi Swoją wielkość. Nie wiem, czy to listopad tak na mnie działa, czy coś innego, w każdym razie wróciłam do działania i czuję, że nawet jeśli już wszyscy mają mnie dosyć- to umacniam się w Bogu bardzo mocno i bardzo życzę tego również Wam. No. Najbardziej Wam tego życzę :*

A, no i widzicie- Bóg chciał żebym Was zaprosiła na wspólnotę, bo teraz czytałam notkę żeby ją opublikować i tak "przypadkowo"(nie ma przypadków! ^^) zrodziła mi się myśl, że może napiszę o spotkaniu mojej wspólnoty. hahahha. Bóg działa zawsze Kochani. Doceniajmy to! W takim razie: w najbliższą ŚRODĘ! 23 listopada 2016 roku w ELBLĄGU moja wspólnota o godzinie 19.00 ma spotkanie w salce parafialnej na ulicy SOBIESKIEGO 37 przy parafii ŚW. RAFAŁA KALINOWSKIEGO. Nie bójcie się przyjść, bo będzie bardzo dużo nowych osób. My jesteśmy mili i rozmawiamy z każdym nowym członkiem, serio. Jeśli w sercu poczułeś, że to informacja do Ciebie, to chooodź! Jeśli czytasz mojego bloga, a we wspólnocie już byłeś, to choooodź do nas znów! Jeśli tęsknisz za Bogiem, to choooodź! Nawet jeśli nie czujesz Boga, to chooodź! Było u nas już wiele takich przypadków- Słowo Boże ma moc. Pomaga! :D



Buziaki! :*

wtorek, 15 listopada 2016

muzyczna siódemka

Hejka! :)
Na wstępie tylko zaznaczę, że każdy kto w Elblągu zastanawia się czy przyjść na rekolekcje o uzdrowienie wspomnień, które odbywają się na hali CSB od dzisiaj do czwartku o godzinie 18.00- niech przestanie się zastanawiać i jutro stawi się twarzą w twarz z Bogiem. Jak co roku jest naprawdę rewelacyjnie! Bardzo dobre katechezy, czas na własną modlitwę, wspólne wyznanie wiary. Polecam.

Dzisiaj zdałam sobie sprawę jak bardzo moja youtubowa historia płacze z przepełnienia. Otworzyłam wszystko co interesowało mnie od ostatniego postu muzycznego i z miłą chęcią podzielę się z Wami najnowszą dawką muzyki, która ostatnio mocno ze mną trzyma! Jest ich oczywiście o wiele więcej niż siedem, ale to nie moja wina, że wszyscy na raz postanowili wydać tak dobre kawałki! Oczywiście, byłoby ich więcej... ale z racji ilości postanowiłam wybrać same perełki lub utwory, które zmuszą Was do włączenia się w rozmowę ze mną :) No to lecimy:

1. Daria Zawialow- Kundel Bury. Bardzo lubię tytuły piosenek tej artystki i nadal z niecierpliwością czekam na jej płytę. Czuję, że to będzie niesamowite i bardzo trafiający w mój muzyczny gust. Kiedy tylko pierwszy raz usłyszałam tę piosenkę nie mogłam powstrzymać się od ciągłego zapętlania, co spowodowało, że aktualnie aż tak ochoczo do niej nie podchodzę, ale nadal uwielbiam! Dzisiaj będę mówić też trochę o teledyskach, więc i o tym wspomnę: pomysł na ten taniec świetny, mimika twarzy piosenkarki super, montaż bez zastrzeżeń... tylko proszę mi powiedzieć co to za nagranie?! Cóż to za marna jakość, słabe kadry i amatorska praca z naturalnym światłem? Jeśli było to zamierzone- to tym bardziej nie popieram.


2. Krzysztof Zalewski- Miłość Miłość. Aż się dziwię, że jeszcze nie wspominałam o tej piosence na tym blogu! Rewelacyjna, jestem tak bardzo zakochana! Cieszę się, że Zalew zmienił stylistykę. Tym razem postawił na bardziej romantyczne nuty, zrezygnował z szaleństwa. Na korzyść moim zdaniem. Poprzednia płyta była wybitna, ale ciszę się, że nie stara się powielić sukcesu, a spróbować z czymś innym. Myślę, że wyszło zadowalająco!♥ Mnie zadowala. Bardzo! Co do teledysku- czuję, że nauczę się chińskiego dzięki temu wstępowi hahaha. A tak naprawdę: myślę, że performance był iście ciekawy, oglądanie teledysku pochłonęło mnie bez reszty, a wspaniała Natalia Przybysz (do której te określenie od pewnego czasu zupełnie mi nie pasuje i bolało mnie serce, kiedy to pisałam... jednak postanowiłam nie iść tym tropem i napisać odczucia z pierwszej analizy teledysku. Wtedy jeszcze czułam, że jest wartościową Kobietą) i jej genialna mimika, czerwona sukienka- to coś mistrzowskiego! Mogłabym patrzeć i patrzeć :)


3. Natalia Przybysz- Przez sen. Tak, należę do tych osób, które zupełnie nie skupiają się na tekście, nie słyszę co chce mi przekazać artysta. Dopiero za którymś razem zaczynam rozumieć sens i wgłębiać się w to wszystko bardziej. Piosenkę usłyszałam pewnego dnia z rana i zachwyciłam się. Zupełnie nie słysząc niektórych zastanawiających fraz. Spodobała mi się bardzo! Dałam łapkę w górę. Zapomniałam o niej. Kilka dni później wróciłam do niej i zaczynałam już powoli ją śpiewać... tylko, że jak ja śpiewam, to robie milion innych rzeczy. Po prostu mój mózg zapamiętuje niektóre wersy i pozwala mi to śpiewać bez żadnego przemyślenia. I nagle nadeszła sobota podczas której przeczytałam OBRZYDLIWY artykuł Natalii Przybysz dla Wysokich Obcasów o aborcji. Cała piosenka nabrała dla mnie wtedy zupełnie innego wydźwięku. Czemu ją tutaj umieszczam? Ponieważ obiecałam sobie i Wam, że będę tutaj dodawać nawet moje bolączki sercowe, które wpadają mi w ucho. Przeżywam to bardzo mocno, ale piosenka jest naprawdę dobra! Świetny tekst (pomijając jego obrzydliwe znaczenie!!!!!!!). Kłócą się we mnie dwie Karoliny. Jedna chce słuchać, druga karci siebie za te myśli. Ktoś może powiedzieć, że Marii Peszek słucham i jej wykrzykiwania, że Pan nie jest moim pasterzem- ale nie musi być. Modlę się o to, aby wreszcie odkryła kto jest jej Bogiem i dla kogo żyje... ale jeśli tego nie zrobi, to wiem jak dobrym człowiekiem jest i jak bardzo Bóg ją kocha. Mogę to słuchać, mogę nawet śpiewać. Jednak jeśli ktoś zabija swoje dziecko, bo nie chce znów babrać się w pieluszkach, to mam dosyć! Jednego nie można zarzucić Natalii- jest bardzo dobrą artystką, która niestety w moich oczach straciła cały szacunek już na zawsze. Więcej na ten temat przeczytać możecie TUTAJ


4. Maria Peszek- Znajdziesz mnie znowu. Ah, jak te moje dzisiejsze zestawienie następuję jedno po drugim. Jeśli jakiegoś artystę wspominam w punkcie poprzednim, to nagle jego utwór pojawia się pod kolejnym numerkiem. Nie robiłam tego celowo, ale właśnie to zauważyłam... chyba niestety już nie będzie takiej możliwości. W każdym razie! Nie wiem gdzie mi się to wyświetliło. Myślałam, ze na fp artystki, ale jak teraz patrzę, to nie mogę znaleźć :/ Może podsunął mi to yt. Z racji tego, że posiadam płytę Karabin ,jak i każdą inną swoją drogą, to bardzo rzadko znam tytuły piosenek. Nie wiem czemu, ale tym razem nie miałam ochoty oglądać teledysku do (jak mi się zdawało) najnowszej piosenki Marii. Jednak kilka dni później się przemogłam. Okazało się, że piosenki na Karabinie nie ma, że jest stara i na dodatek pochodzi z filmu. Teledysk bardzo mnie zaciekawił... chociaż nie za bardzo go rozumiałam, był mocno pocięty. Z opisu wyczytałam, że były to kadry z filmu "Z miłości". Pomyślałam, że to na pewno jakiś nowy film i będzie genialny. Okazało się, że premierę miał w 2011 roku, a ocena na filmwebie to zaledwie 3,3- uznałam, że nie oglądam. Dzień później obejrzałam. Z czystym sumieniem stwierdzam, że był to najgorszy film jaki widziałam w życiu! Czuję się niesamowicie oszukana. Jednak wracając do samej piosenki- CUDO! Polecam bardzo serdecznie :)


5. Sorry Boys- Wracam. W zespole zakochała się moja siostra po ich koncercie w Mjazzdze. Ja podchodziłam bardzo sceptycznie, nigdy nie zagłębiając się za bardzo w twórczość. Nie wiem o co mi chodzi, ale czasami tak mam, że na wzrok już stwierdzam czy lubię. Tym razem jednak się przemogłam i włączyłam. Cudowna piosenka! Idealne nawiązanie do ludowych pieśni. Wstęp starszej kobiety skradło moje serce. Teledysk bardzo mnie wciągnął i bardzo mi się spodobał. Jestem jak najbardziej na tak ze wszystkim... a czy kiedyś nadrobię inne piosenki? Polskie na pewno! ;) Jak to trafnie ujęła moja siostra: "Aż chce się WRACAĆ" :D


6. Dawid Podsiadło- Tapety. Usłyszałam pierwszy raz i myślałam, że się popłaczę. Tak bardzo mi się nie podobała! Nie wiedziałam jak to możliwe, skoro za każdym razem Dawid trafia w każdy dźwięk, który lubi moje serce. Dałam kolejną szansę- nie pożałowałam. Cudowna piosenka. Bardzo w jego stylu. Wszystko super. Z racji tego, że nie ma teledysku, to powiem tylko, że okładka jest przedziwna i zupełnie jej nie akceptuje. Rozumiem przesłanie i nawiązanie do wcześniejszej fotografii, ale nie przekonuje mnie to wizualnie i estetycznie.


7. Sarsa- Dzieję. To jeden z tych momentów, w których nie wiem, czy lepiej pominąć, czy jednak napisać. Sarsa od zawsze kojarzyła mi się z najgorszymi tekstami wakacyjnych piosenek, ze słabym wyrazem artystycznym i niezbyt ładnym śpiewem. Pewnego dnia za sprawą Pawła zagłębiłam się w jej karierę i dowiedziałam się, że była uczestniczką The Voice Of Poland... i była mocnym rywalem! Obejrzałam wszystkie jej występy i stwierdzam, że nie wiem co się stało, bo była genialna :o Może właśnie dlatego moja podświadomość tak bardzo chciała przekonać się do tego? Nie wiem. Nie chcę tego więcej komentować. Zostawiam Was z tytułem i polecam się zapoznać.


8. Taco Hemingway- Marmur [cały album]. Nie lubię takich dziwnych nawiązań całej płyty do czegoś konkretnego. Z Prądzie Przybysz jest za dużo kwiatów, w Dronach Fisz Emade jakoś za dużo elektroniki i chęci zamienienia się w nią (?). Tutaj jest jakiś dziwny pobyt w Hotelu Marmur. Trochę mnie wkurza, ale mimo wszystko to niesamowicie dobre utworu! Chylę czoła temu artyście. Nie mogę go codziennie słuchać, bo mocno mnie męczy, ale bardzo cenię za wrażliwość i talent! Polecam posłuchać. Cała płyta na yt.



9. Wojtek Mazolewski i Justyna Święs- Organizmy piękne. Słucham i cały czas się zastanawiam, czy to na pewno mi się podoba. Jest dużo fajnych momentów... poza tym uwielbiam głos Justyny! Nic więcej o tym nie napiszę. Polecam posłuchać i wyrobić sobie własne zdanie.


10. Marek Dyjak- Miejsca przedmioty kształty drzwi. Uwielbiam Marka. Za jego historie życia, za to jaką osobę ukazuje w wywiadach, przede wszystkim uwielbiam go za wrażliwość muzyczną. Nie śledzę jego poczynań aż tak dokładnie, ale z tego co wiem... ostatnio było o nim głucho jeśli chodzi o nowe materiały muzyczne i wizualne. Nagle wraca- przynajmniej dla mnie nagle- z tak dobrą perełką wśród internetu! Cieszy mnie to, że weszła moda na piękne teledyski- piękne w taki sposób. Że nie jest to już dziwna historyjka w kawiarni, gdzie piosenkarz dostaje dziwną rolę barmana lub klienta. Piękne to wszystko. Oglądajcie i się zachwycajcie.


11. OSTATNIE, BO JUŻ NIE MAM SIŁY! DZISIAJ TYLKO POLSKIE:
Rysy- Father. Utworu nie mogę za bardzo słuchać, bo nie lubię takiej muzyki...ale kiedy włączyłam ten genialny teledysk, to nagle wszystko nabrało znaczenia! Żadna z tych rzeczy nie powinna być odbierana osobno. To właśnie dopiero razem tworzy idealną całość. IDEALNĄ! Polecam maksymalnie!!!!!!!!♥


Dzisiaj to na tyle. Jak uzbieram pełną siódemkę zagranicznych piosenek, to Was poinformuję. Na razie mam pięć :)
Buziaki! :*

poniedziałek, 14 listopada 2016

najlepsze podróże z fioletowym-sercem

edit: post zaczęłam pisać wczoraj, ale wypadła mi bardzo ważna sprawa i nie mogłam jej dokończyć. Także przepraszam i notka pojawia się dzisiaj.
----------------------------------------------------------------------------------------------------------

Hejka! :)
Tak sobie myślę, że najlepszym antydepresantem na zimne dni i noce jest powrót pamięcią do słonecznych wspomnień... najlepiej do tych, gdzie działania są kreatywne, wzbogacające i wywołują wielkiego banana na twarzy. Jak już Wam wspominałam, na ten miesiąc mam zapisane notki, tj. zapisane tytuły jakie chciałabym poruszyć (nie jestem na tyle szalona, żeby pisać notki na miesiąc w przód, spokojnie). Jedną z nich był ranking moich najlepszych podróży, które w większy lub mniejszy sposób zapisały się na kartach tego bloga. Wczoraj obudziłam się i spojrzałam przez okno... a za nim na trawie leżał najprawdziwszy śnieg. Uznałam, że większej tragedii być nie może. Dlatego teraz moje życie podtrzymuje jedynie ciepła herbata. Postanowiłam wykorzystać właśnie dzisiejszy dzień na wspomnienie lat- ale nie tylko tego, wszystkich pięciu, które miałam możliwość spędzić już jako autorka bloga. 

Zaskakujące jest jak wiele wspólnego z moim wyborem miał Bóg. Oczywiście nie tyczy się to wszystkich tych wypadów, bo w niektórych nie uczestniczył chyba w ogóle (tzn. ja w ogóle Go do siebie nie dopuszczałam), ale większość z nich jest najzwyczajniej najprostsza, a przez doświadczenie Boga staje się tak bardzo uwznioślona, że jestem pewna o trwałości tych wspomnień. Dzisiaj w moim rankingu miejsce ma znaczenie, dlatego pierwsze miejsce jest wspomnieniem najlepszym, natomiast piąte zajmuje ostatnie miejsce w najlepszych wspomnieniach z moich podróży. Najgorsze z najlepszych to i tak najlepsze- pamiętajcie ^^ A żeby nie było nudno, chciałam wybrać zdjęcia inne niż te, które dodawałam w notkach- tym bardziej, że było ich wtedy niewiele (chcę zupełnie zmienić koncepcję moich notek podróżniczych. Iść bardziej w stronę tej z Londynu niż tych surowych: "byłam i wróciłam") tak więc oglądajcie i słuchajcie, bo będzie fajnie.

1. Zakopane 2015 r.   - wyruszając na ten wyjazd wiedziałam, że będzie fajnie, wiedziałam, że będzie super, ale nie spodziewałam się, że to doświadczenie będzie towarzyszyło mi rok praktycznie bezustannie. Z mojej wspólnoty chyba już każdy wie o tym wyjeździe i wie jak było super. Dlaczego? Oczywiście, jest to w dużym stopniu spowodowane tym, że wyruszyłam w miejsce z chłopakiem poszukującym przygód, ale uwierzcie, że gdybym pojechała z tym samym chłopakiem teraz, to bym zabiła! :D Przede wszystkim wspominam to wydarzenie tak niesamowicie, ponieważ przez cały tydzień był w tym wszystkim tak niesamowicie namacalny Bóg! Serio, czułam jakbym po tych górach chodziła nie tylko ze Sławkiem, ale również z Nim. To było takie naturalne, że rozmawialiśmy z Nim podczas wędrówek, że zachodziliśmy na pięć sekund pomodlić się przez lub po całym dniu. Wszystko było takie zwyczajne, takie Boże... a przede wszystkim czułam niesamowitą swobodę mówienia o Nim. Rzadko czuję żeby każdy mój gest, każdy ruch i każda czynność była tak bardzo Boża- ale wtedy czułam. Czułam, że nawet najzwyklejszą bułkę jem z Nim!

2. Licheń 2015 r.  - tak jak już wspominałam: jak jest Bóg, to jest impreza! To było pierwsze tak wielkie świadectwo mojej wiary, przed samą sobą i przed kilkoma tysiącami ludzi. Z pozoru był to wyjazd jednodniowy, zupełnie nic nieznaczący pewnie dla wszystkich, którzy wybrali się tam ze mną, ale nawet nie wiecie ile się wtedy zmieniło w moim życiu! Przełamałam swoją największą barierę i wyszłam na scenę przed ludzi. Pokonałam swój lęk, bo On był ze mną. Czuję, że teraz bym tego nie zrobiła. Wtedy z Nim było mi tak dobrze! Po miesiącu mówiłam świadectwa do tłumu- wyszłam na scenę i mówiłam o czymś, o czym nie umiem powiedzieć nawet najbliższym bez lekkiego stresu. Wow! Polecam wiarę w Boga, bo to tak bardzo kształtuje, umacnia i tworzy z nas pięknych ludzi! Polecam max ♥ A jak się jedzie, to się śpi- też polecam ^^


3. Wrocław 2015 r.  - kolejne wielkie dzieło Boga. Uwierzcie, że wakacje 2015 roku zostaną w moim sercu i duszy na stałe, ponieważ wtedy Bóg tak bardzo doświadczał mnie pięknymi rzeczami, tak mocno mnie zmieniał, kształtował. Gdyby nie te wakacje byłabym zupełnie inną osobą i chociaż wypływało to ze mnie, nie kierowała mną żadna ludzka istota, chęć bycia fajniejszą, czy tworzenie fajniejszych notek, to czuję, że ten czas z samym Bogiem zmienił mnie diametralnie. Może niezauważalnie z boku, ale sama ze sobą czuję się świetnie! Pisałam Wam już o tym przy wielu sposobnościach, ale należę (należałam?) do osób, które panicznie nienawidziły same jeździć autobusem miejskim, pociągiem, czy wychodzić na zakupy. Nie wspomnę tutaj o wyjściu same do kina, czy na spacer. W apogeum mojej nie-samotności poznałam Człowieka, fantastycznego chłopaka, który o dziwo spowodował, że nie uzależniłam się od niego (jak to zwykłam robić. Zapewne większość z Was też tam ma, że zachłystuje się nową znajomością, czy to damsko-damką, czy damsko-męską [i nie mówię tutaj o związkach], nie widzicie wad, wydaje Wam się, że to najcudowniejszy człowiek na świecie i nie chcecie spędzać bez tej osoby nawet minuty!). U mnie było na odwrót. To właśnie dzięki tej osobie zapragnęłam być w zgodzie sama ze sobą. Nie namawiał mnie, nawet o tym nie rozmawialiśmy, to po prostu urosło w moim sercu. W pewnym momencie po prostu przestałam się czuć samotna w jakiejkolwiek sytuacji. Czułam w sercu ogromne działanie Boga i o wiele bardziej wolałam iść z różańcem na spacer do lasu niż spotkać się z koleżanką na kawie. Stąd właśnie zrodziła się chęć bycia samej w ukochanym Wrocławiu przez tydzień. Robiłam totalnie wszystko, żyłam ze sztuką, pisałam notki, czytałam książki, jadłam, modliłam się, chodziłam codziennie do kościoła (chociaż na sekundkę). Było mi wybitnie dobrze i jeśli kiedykolwiek miałabym coś powtórzyć- to chyba właśnie to ^^ 


 4. Łódź 2015 r. - w tym roku mam dyplom artystyczny, na który składa się moja praca użytkowa e specjalizacji (taaaak,o niej napiszę już niedługo) oraz dyplom ustny z historii sztuki. No nie powiem żeby przychodziło mi to bez żadnego stresu, ale coraz głębiej w to wchodzę i coraz bardziej cieszy mnie to wszystko. Dyplom z historii sztuki składa się z trzech części: analiza dzieła, historia specjalizacji i prezentacja wydarzenia artystycznego. Na warsztat wzięłam Festiwal Murali w Łodzi organizowany od 2009 r. przez Fundację Urban Form. Czytam o tym niesamowicie wiele, analizuję dzieła, poszukuję informacji o artystach, Łodzi i samej Fundacji. Mój mózg jest posiadaczem tak wielkiej wiedzy na ten temat, że jestem ciekawa jak to będzie wyglądało w kwietniu, jeśli do tego czasu cały czas będę dokształcać swoją wiedzę. Wyjazd do Łodzi był dla mnie niesamowicie zaskakującym przeżyciem. Spodziewałam się paskudnego miasta z dobrymi muralami, a dostałam cudowne, przepiękne miasto wypełnione po brzegi sztuką. To miasto, dzięki któremu pierwszy raz w życiu zaświtała mi myśl :"A może zamiast Wrocławia?". Z miłą chęcią bym tam zamieszkała, z miłą chęcią obcowałabym z tym wszystkim na co dzień. To były dwa dni, jedna noc. Wystarczyło żebym się zakochała! W najbliższym czasie wybieram się tam, aby zrobić lepsze zdjęcia, wywiady z ludźmi oraz skontaktować się z najważniejszymi ludźmi. Z miłą chęcią w kwietniu chciałabym Wam przedstawić moją pracę dyplomową na łamach bloga, ponieważ wiem, że będzie interesująco (a do kwietnia niewątpliwie forma mojego bloga ulegnie zmianie i taki post nie będzie niczym dziwnym). 


 5. Wejherowo 2012 r. to wyjazd, który bardzo często wypada mi z głowy, ale również taki o którym nie mogę zapomnieć tak do końca. Byłam wtedy piętnastoletnią szaloną dziewczynką. Z koleżankami pojechałyśmy na koncert, spałyśmy na plaży, umierałyśmy z zimna i byłyśmy zakochane w tym szaleństwie! Nie pamiętam wiele, moje wspomnienia opierają się już prawie tylko na zdjęciach, ale powiem Wam, że takie sytuacje są mega ważne i serdecznie polecam. Czasami trzeba być bardzo nieodpowiedzialnym i zaskakująco spontanicznym :D


6. Zakopane 2013 r.  w dwóch ostatnich punkach będę promowała wakacje z mamą. Moja mama mi za to nie zapłaciła, ani żadna firma, która interesowałaby się dobrymi relacjami między matką a córką. Mamy z moją mamą taką zasadę, że raz w roku wybieramy sobie miejsce, do którego jedziemy tylko we dwie i spędzamy ze sobą czas. To jest super! Polecam matkom i córkom oraz ojcom i synom... i ojcom i córkom też, bo ojciec jest arcyważny w relacjach z każdym dzieckiem! Nazbierałoby się tych wyjazdów już kilka, ale dzisiaj chciałabym wspomnieć moje dwa ulubione.
Na pierwszy rzut leci Zakopane. Czemu tak bardzo je dobrze wspominam? Bo była przepiękna pogoda, mieszkałam w przepiękny miejscu, a na dodatek miałam jedne z najlepszych wakacji w życiu! Pamiętam, że kupiłam tam swoje pierwsze szarawary, byłam kilka dni po zrobieniu dredów, miałam jakiś czas chodzenia w bandamkach i dużych drewnianych kołach kolczykach. Pamiętam, że drugiego dnia stanęłam przed lustrem i stwierdziłam, że od zawsze patrzyłam z podziwem na dziewczyny, które tak wyglądały... a teraz ja zaliczałam się do ich grona. Pamiętam moją radość ze swojego wyglądu, zachowania i wszystkiego co wtedy otaczało mnie samą. I nie bierzcie tego za jakikolwiek początkowy eta narcyzmu- po prostu pełnej akceptacji siebie. Wtedy mi było z samą sobą świetnie. Mam nadzieję, że również macie takie momenty w swoim życiu :)


7. Paryż 2014 r. tego wydarzenia w ogóle nigdy nie wspominam, o dziwo, by było spełnieniem moich marzeń. Szykowałyśmy się z mamą do tego wyjazdu tyle lat, że w pewnym momencie straciłam jakiekolwiek nadzieje na wyjazd. Aż wreszcie się udało. Uwzględniam ten wyjazd dlatego, że spełniło się jedno z największych marzeń mojego życia (chociaż jak teraz o tym myślę, to mnie śmieszy... no cóż- priorytety się zmieniają ^^). W każdym razie: to był naprawdę niesamowicie udany wyjazd. Piękna pogoda, idealny czas, genialne rozpracowanie każdego dnia na idealną ilość zwiedzanych miejsc. Wspaniały czas dla mnie samej jak i na pogłębianie relacji z mamą. Zdobycie Wieży Eiffla-mimo ogromnego strachu, Wersal, Luwr (chociaż nie wspominam go dobrze) i wiele naprawdę wiele niesamowitych miejsc. Nie marzę o tym żeby chłopak mi się tam oświadczał (wolę skromniejsze miejsca typu dom/łóżko/kuchnia/pokój... ale zupełnie nie żałuję, że udało mi się tam być. Ba! Z miłą chęcią na spokojnie wrócę tam jeszcze wiele razy :)



To tyle. Mam nadzieję, że zrobiło Wam się chociaż troszkę cieplej ;)
Buziaki! :*

sobota, 12 listopada 2016

sony alpha 350



Hejka! :)
Dzisiaj będzie standardowy post fotograficzny. Już chyba trzeci? Najpierw był kompakt Sony Alpha 350 NEX-3N, a później troszkę bardziej analogowo- Polaroid 1000 . W tym poście, z racji tego, że nadal świętuję swoje piąte urodziny będzie o sprzęcie, który wykorzystywałam przez ten cały czas... a na pewno przez pierwsze cztery lata, później już tylko sporadycznie z powodu totalnego zepsucia możliwości robienia zdjęć jedynie w idealnym świetle, czyli mniej więcej przez jedną godzinę dziennie. W każdym razie- będę patrzeć przez pryzmat lat, w którym styczność miałam jedynie z tą lustrzanką, ale siłą rzeczy będę go porównywać z moim nowym cudem. Na koniec zostawię sobie taką wisienkę na torcie i spróbuję zrobić zdjęcie tego samego kadru obydwoma aparatami (sony alpha 350 i canonem 6d). Tak więc zapraszam do zapoznania się z postem :)


Na początku chciałam patrzeć na to zupełnie surowym okiem, bez jakiegokolwiek porównywania do nowego sprzętu. Uznałam, że łączenie starego, zepsutego aparatu w kontekście do najnowszej pełnej klatki lustrzanki mija się z celem. JEDNAK na sam koniec stwierdziłam, że gdybym nie porównywała, to punkt plusy nie mógłby istnieć. Przeżyłam z Sony Alpha 350 najgorszy rok! W momencie kiedy moje umiejętności wzrosły już do wysokiego poziomu i mogłam zarabiać na mojej fotografii... nie miałam sprzętu. A licząc teraz te wszystkie grube tysiące, które mogłam zarobić jest mi smutno hahahha ^^ No w każdym razie. Nie dziwcie się, że porównuję. Robię to z głową i co najważniejsze- w tym porównywaniu neguje mój nowy aparat. Będzie bardziej technicznie. Nie mogę mówić nic o zepsutym aparacie... oczywiście, kiedyś nie był zepsuty, ale moje zdolności były zupełnie inne. No to zaczynamy:

1. Niesamowicie lekki i bajecznie układający się w dłoni! To coś co jest największą zaletą i oddałabym naprawdę niesamowicie wiele za to, żeby mój najnowszy aparat, z którym spędzę pewnie wiele lat był taki super! ♥ Może to też z powodu niezbyt dużego szacunku do tego sprzętu- nie bałam się z nim eksperymentować, dlatego często zdarzało się, że trzymałam aparat jednym palcem i było mi naprawdę bardzo, ale to bardzo wygodnie i stabilnie! Rączka jest wykonana z bardzo dobrego materiału. Jest jakby trochę klejąca? Chropowata i mimo, że jakaś taka śliska, to bardzo antypoślizgowa. Bajecznie cudowna w dotyku! Do aparatu miałam grip i była to jedna z najlepszych decyzji w moim fotograficznym życiu! Teraz zamierzam się do kupna gripu również do Canona, bo aparat bez tej częsci wydaje mi się paskudnym prostokątem- przyzwyczaiłam się już do kwadratowości. 

2. Wysuwany monitor! Rewelacja! Nie spotkałam się w żadnej lustrzance z taką funkcją, a jest naprawdę bardzo przydatna. Co prawda na pełnej klatce zupełnie nie, ale w tych modelach BARDZO! I na Waszym miejscu mocno brałabym to pod uwagę. Jeśli robicie zdjęcia dzieciom, albo ujęcia z dołu- nie ma potrzeby kłaść się głową na podłodze- wystarczy podnieść sobie w odpowiedni sposób wyświetlacz i sprawa załatwiona. Przez te cztery lata ułatwiało mi to pracę wielokrotnie, bardzo często z tego korzystałam. Trochę ubolewałam nad tym, że nie miałam możliwości wysunięcia go na odwrót... ale nie można mieć wszystkiego. Pamiętajmy, że lustrzanki nie służą do selfie (chociaż ja bardzo często o tym zapominam hahah^^)

3. Wszystkie guziki były rozmieszczone z głową i po kilku latach używania ich codziennie już z zamkniętymi oczami umiałam zrobić wszystko! Szacun dla projektanta. 

4. Nie posiada okienka na górze, w którym wyświetlane są wszystkie informacje potrzebne do ekspozycji, ale to wszystko pokazywane było na wyświetlaczu w bardzo dobry sposób. Mi było bardzo wygodnie (nie wiem czy canon ma taką funkcję, ale jeśli tak- to muszę jej poszukać)


1. Nie ma możliwości nagrywania filmów! Ubolewałam nad tym już po zakupie aparatu. Oczywiście, mając teraz możliwość nagrywania nie zrobiłam tego ani razu, ale to się niewątpliwie zmieni. Tym bardziej, że niedługo zaczynam pracę nad swoimi filmami. Brak możliwości nagrywania filmów w aparacie, to karygodne zaniedbanie.

2. Brak pilota do samowyzwalacza. Uwierzcie, że ta mała pierdółka była mi potrzebna wiele razy. Bardzo często robię sobie samej zdjęcia. Po pierwsze- ustawienie ostrości graniczy z cudem, a poza tym bieganie w tą i z powrotem po każdych dziesięciu sekundach przeznaczonych na jedną fotografię było naprawdę bardzo męczące. Po każdej sesji musiałam poświęcić kilka godzin na odpoczynek (ale to było akurat dobre, bo od razu mogłam przerabiać zdjęcia^^)

3. Sony ma bardzo drogie części, chociaż body jest bardzo tanie- to taki zabieg marketingowy, na który z łatwością się nabrałam... a później cierpiałam przy każdym zakupie. Przy innych firmach jest zupełnie inna sytuacja, poza tym w Canonie czy Nikonie jest bardzo dużo części używanych, do Sony najłatwiej było znaleźć nowe, chociaż to i tak nie było proste. 

4. Brak wielu możliwości jeśli chodzi o zdjęcia. Już dokładnie nie pamiętam, bo doszłam do perfekcji tuszowania niedoskonałości aparatu w swojej głowie. Dlatego wymazałam to wszystko i nie mogę Wam podać przykładów. Jednak wiem, że wielokrotnie, kiedy na warsztatach fotograficznych, albo sama gdzieś zajarałam się fajnym efektem uzyskiwanym bez przeróbki... w ostateczności okazywało się, że mój aparat niestety nie sprosta zadaniu (i to jeszcze wtedy kiedy był nowy!:/) 

5. Ma ogromną kartę (nie wiem jak ona profesjonalnie się nazywa), co powoduje mega wielkie problemy w momencie kiedy się zapełni lub na chwilę zgubimy kabel. Jest w każdym momencie problematyczna. Teraz mam niesamowity komfort tego, że mogę używać czegokolwiek i zapasową nosić w portfelu :)


Czy warto? To niesamowicie trudne pytanie. W obydwóch poprzednich wypadkach doskonale wiedziałam co mam Wam odpisać. Tym razem nie wiem. Model Sony Alpha 350 spędził ze mną pięć lat. Podczas nich zrobiłam trzy, albo cztery okładki do gazet, wiele pięknych sesji, sfotografowałam jedne z najważniejszych chwil w życiu kilku bliskich mi osób, wygrałam wiele konkursów, zrobiłam masę autoportretów, ozdabiałam tego bloga i pokazałam wielu osobo jak piękni są, chociaż na co dzień nie akceptowali siebie (i przez pewien okres było to dla mnie najważniejsze w mojej fotografii!). Pewnie, że wiele razy w złości mówiłam Wam żebyście nigdy nie kupowali tego aparatu... ale ja mam do niego tak wielki sentyment, że nigdy go nie sprzedam, nigdy nie oddam i zawsze będę darzyć ogromnym uczuciem. Cieszę się, że jego era w moim życiu się skończyła... mimo wszystko cieszę się, że była- chociaż może przydługa. Aktualnie na allegro lustrzanka ta nie przekracza tysiąca złotych, a jeśli dobrze poszukacie znajdziecie i taką z obiektywem już za sześćset złotych. Uwierzcie, że jest to tak tanio, że aż serce mi pęka ile teraz muszę wydawać na sprzęt ^^ 
Ważna informacja jeśli chodzi o lustrzanki- jeżeli zaczynacie dopiero swoją przygodę z fotografią nie ma sensu kupowania jej nowej. Używany sprzęt nie jest żadnych powodem do wstydu, jest wielką oszczędnością, a zazwyczaj jest to sprzęt, o który każdy dba i szanuje. To samo tyczy się obiektywów. Nie ma żadnego sensu kupowania nowych obiektywów, kiedy w internecie roi się od tych używanych o połowę tańszych. Najważniejsze, aby czytać w jakim są stanie :) Tak jak już kiedyś wspominałam- nawet najgorsza lustrzanka jest lepsza od najlepszego kompaktu (wiem coś o tym), więc jeśli chcecie poprawić swoją fotografię, to warto nawet na sony alpha 350. Jednak jeśli chcecie iść dalej, to poszukajcie czegoś innego :D


Nic dodać nic ująć :D Zdjęcie bez jakiejkolwiek przeróbki. Przy czym Canonem zrobiłam jedno zdjęcie na szybko (i maksymalnie przybliżyłam, ponieważ mam dwie różne ogniskowe w obiektywach, a chciałam żeby było jak najbardziej podobne), a z Sony robiłam ich aż trzy... i żadne mnie nie zadowala. No cóż-bywa. Cieszmy się zmianą, bo zmiany są dobre! :)

Uciekam. Buziaki! :*

czwartek, 10 listopada 2016

Trzy programy bez których fioletowe serce by nie istniało!

Hejka! :)
Dzisiaj notka typowo fotograficzna (takich na blogu chyba jeszcze nie było), ale będzie w taki sposób, że przyda się każdemu. Ja wiele lat poszukiwałam odpowiedniego programu, który sprostałby moim amatorskim potrzebom. Tworząc tego bloga już chyba miałam jeden z lepszych programów, którego nadal używam- jest zupełnie darmowy i obsługuje się go z łatwością. Będzie o nim dzisiaj na końcu. 

Od zawsze myślałam, że kiedy ma się już najcudowniejszy aparat, to nie potrzeba żadnych programów do obróbki zdjęć, bo i bez nich wszystko wygląda dobrze. W pewien sposób można się z tym zgodzić, ale dopiero na dobrej fotce można tak naprawdę zacząć pracę nad udoskonalaniem jej w programie graficznym. Uwielbiam fotografie, które wyglądają jak żywcem wyjęte z aparatu, ale tak naprawdę poświęcono im kilka godzin solidnej roboty. Ostatnio widziałam ślubne zdjęcia, które wyglądały całkiem normalnie- jedyną różnicą na pierwszy rzut oka było to, że był wykorzystywany jeden z lepszych aparatów już na pełnej klatce. Dopiero po zobaczeniu zdjęcia "przed" zobaczyłam w nim zwykłą fotografię, taką, którą sama wykonuję na co dzień (abstrahując teraz ja mam już jeden z najlepszych aparatów pełnoklatkowych♥) Dopiero wtedy tak naprawdę doceniłam talent ludzi, którzy umieją poświęcić czas na dopieszczenie każdego zdjęcia w jak najdrobniejszym szczególe. Ja nie mam do takich rzeczy cierpliwości. Nie znoszę bawić się kolorami, bo zawsze wydaje mi się, że przekombinowałam. Co innego z grafiką, tam mogę z każdym kwadracikiem bawić się kilka dni. Wiem, że moja fotografia mogłaby zyskać o wiele więcej, gdybym na komputerze poświeciła jej więcej czasu, ale z racji tego, że jest to moja pasja... nie chcę jej psuć żadnymi niepotrzebnymi czynnościami, których nie lubię ^^ Robię zupełne minimum i zaraz się o tym przekonacie. No to zapraszam do zapoznania się z notką :)

1. Surowe zdjęcie z aparatu Canon 6d z obiektywem stałoogniskowym 28mm przy sztucznym oświetleniu:


Lighroom- może to nie jest najlepiej pasujący program do notki, ponieważ fioletowe serce spokojnie przeżyłoby bez niego, tak jak robiło to przez ostatnie pięć lat, ale z racji tego, że przychodzi nowe, ja powoli się go uczę, to już wiem, że nie ma nawet takiej możliwości, abym jeszcze kiedykolwiek używała innego programu do przerabiania zdjęć z jakiejkolwiek rodzinnej imprezy, czy innej uroczystości, na której jestem poproszona o robienie zdjęć. Lighroom to program, który pracuje na RAWach i mogę zmieniać w nim totalnie wszystko, jeśli chodzi o ekspozycję. Co jest jednak dla mnie najważniejsze? Jeśli przerobię dobrze jedno zdjęcie, wystarczy, że nacisnę kilka przycisków i wszystkie zdjęcia zsynchronizują mi się z danymi zmianami w zdjęciu i nie muszę każdym bawić się osobno! Uwierzycie?! :o Mogę tu robić wszystko, co wcześniej w Camera Raw w photoshopie, tylko jakieś sto razy szybciej, ponieważ nie muszę bawić się każdym zdjęciem osobno (dla uzyskania takiego samego efektu!). Od zawsze irytowało mnie to najbardziej na świecie. Nie miałam motywacji do przerabiania zdjęć i zostawiałam je na o wiele później. Teraz już nie muszę! ♥ Na razie miałam możliwość przerobić dwie imprezy w tym programie i uwierzcie, że było świetnie :D Jeśli natomiast chodzi o bloga, to używam go przy każdej notce ze zdjęciem z nowej lustrzanki. Przerabiam tam RAW na JPG poprawiając kolory.... później następuję kolejny krok.


Zazwyczaj wychodząc już z Lightrooma nie poprawiam kolorów w dalszej obróbce, jednak dzisiaj robiłam to bardzo na szybko (dosłownie przed chwilą cyknęłam zdjęcie i postanowiłam, że właśnie taką formę nadam tej notce), tak więc nie sugerujcie się tym aż tak mocno. Jednak na pierwszy rzut oka widać, że wszystko jest o wiele jaśniejsze i ładniejsze... ale tym razem mnie to nie satysfakcjonuje, więc bezapelacyjnie skorzystać muszę z mojego ukochanego i najważniejszego programu na moim komputerze.


Photoshop- był zazwyczaj dla mnie najważniejszym programem do przerabiania zdjęć. Nie będzie to nadużyciem, jeśli powiem, że jest to najważniejszy program na moim komputerze, jak i w moim całym życiu!^^ Nigdy nie byłam stworzona do informatycznych zadań, dlatego sam fakt, że umiem jakieś komputerowe skróty klawiszowe i tak sprawnie operuję tym wszystkim co tam się znajduje jest godne oklasków na stojąco. Swoją przygodę z programem zaczęłam w drugiej klasie gimnazjum. Na warsztatach fotograficznych koleś pokazywał nam jak sam przerabia zdjęcia, jakich skrótów używa itp. Ja wszystko sumiennie olewałam i tylko to co zostało mi w pamięci mogłam później wykorzystać w domu. Patrzyłam na wszystkich uczestników, którzy tworzą ze swoich fotografii zupełnie nieprawdziwe grafiki i buntowałam się przed tym całą sobą. Wiedziałam, że umiem zrobić lepsze surowe zdjęcie, niż oni po przerobieniu. Nie wiem czy to było właściwe i potrzebne, ale- podstaw się nauczyłam, nadal z nich korzystam... a przy każdym nowym zestawie zdjęć, gdy mam więcej czasu i ochoty na grzebanie po wszystkich funkach uczę się jeszcze więcej! To było niesamowicie fajne, że kiedy poszłam do Liceum Plastycznego mogłam wszystkim mówić co i jak mają zrobić z fotką. Wow! Czułam się wtedy taka dumna z siebie... czasami nadal się czuję. Nic dziwnego, to coś co mnie interesuje. W innych dziedzinach to ja się do nich zgłaszam :D W każdym razie: nie wyobrażam sobie życia bez photoshopa, nie wyobrażam sobie tego bloga bez photoshopa i wreszcie nie wyobrażam sobie moich zdjęć bez niego. Nie wyobrażam sobie mojego artystycznego spełnienia bez poznania photoshopa, bo to właśnie dzięki niemu robię zadowalające mnie autoportrety. W Photoshopie pracuję już jedynie na JPG. Krzywe, kontrast, nasycenie kolorów i czarno-białe łagodne światło (daje najlepszy efekt na świecie!♥)  Dopiero po tych podstawowych ruchach lecę dalej. Aktualnie zazwyczaj wchodzę tutaj tylko po to żeby coś skadrować wedle uznania i zrobić grafiki. To w danym momencie zajmuje mi najwięcej czasu i podczas tworzenia powstaje najwięcej wersji, z których później wybieram ten jeden właściwy kierunek. 


W tym momencie zdjęcie jest już skończone. Jeśli mam na to czas i ochotę rozświetlam oczy krzywymi i pędzelkiem, dodaję kontrast i dzięki temu oczy są na pierwszym planie. Jednak robię to tak sporadycznie, że czasami zapominam, że coś takiego w ogóle istnieje. Nigdy nie robię tego, kiedy mam więcej niż 3 zdjęcia do przerobienia... no chyba, ze oczy są tak ciemne, że nie mogę na to patrzeć. ALE dzisiaj chciałam wykorzystać maksimum szybkich rzeczy, z których czasami korzystam. Także no. Poza tym- kiedyś ktoś mi napisał, że zazdrości mi cery, bo jest taka nieskazitelna. Oh, jak wielkie kłamstwo, a jak bardzo chciałabym żeby było prawdą! ^^ Nie mam problemu z trądzikiem, ale jak każdy nastoletni człowiek mam czasami wysyp wszystkiego co najgorsze w najmniej odpowiednich miejscach. Z racji tego, że na zdjęciach widać syfy, których nie widać jeszcze w realu, to mamy sytuacje bardzo niekomfortową jeśli jesteśmy blogerkami :D Bardzo rzadko, bo po pierwsze nieczęsto potrzebuję, a po drugie zazwyczaj mi się nie chce- używam magicznej funkcji, która stwarza z mojej twarzy cudowną rzecz. Jak już naprawdę nie mam co robić, to usuwam swoje znienawidzone piegi (kurde.. kto wymyślił żeby to lubić?! -.-), ale ogólnie to spoko- naturalność i lenistwo chodzą ze sobą w parze, więc zazwyczaj widzicie mnie taką jaką jestem. Nigdy, no może z dwa razy w życiu, poprawiałam koloryt ust, czy policzków lub tęczówek... ale za każdym razem wydaje mi się, że jest to widoczne tak bardzo, że każdy wyczuje i nazwie mnie clownem. Dla bezpieczeństwa tego nie robię ^^ Kiedy już jestem porcelanową laleczką (jedynie do tego momentu, który jest poniżej... więc aż tak porcelanowo nie jest) zdjęcie zapisuję i przechodzę do kolejnego programu.


NO ALE ... czasami nie przechodzę i tak jak wspominałam wcześniej jeszcze chwilę się bawię w grafika. Wtedy mam naprawdę najwięcej zabawy i uwielbiam to robić. Może dzisiejsze zestawienie nie powala na kolana, ale było robione w pięć sekund, ze zdjęcia, na którym podpierałam głowę ręką... nie oczekujmy cudów. Praca na warstwach to fenomenalny sposób na stworzenie czegoś naprawdę fajnego z prostych rzeczy. Uwielbiam wykorzystywać raster, kolorowe linie, kształty, prostokąty i kwadraty. Wręcz wielbię nakładać na siebie te same zdjęcia i zmieniać ich krycie. Strasznie cieszy mnie to, że doszłam do momentu, w którym wiem co i jak z tą fajną grafiką. Oczywiście, jak zanoszę coś mojemu nauczycielowi, to zawsze ma jakieś "ale"- nie ma co się dziwić. Skoro ja uważam, że posiadłam już jakąś wiedzę na ten temat, to co dopiero On?! Tyle lat w zawodzie, z głową zawsze pełną pomysłów i naprawdę pokaźnym zbiorem genialnych realizacji w swojej twórczości. Jego "ale" zawsze jest niesamowicie pouczające i daje mi kopa do kolejnego działania. Także tak. Polecam. A niebieskie linie tym razem są dla picu- ale zazwyczaj ich używam, bo są bardzo przydatne... i przy okazji wyglądają profesjonalnie hahahah


Nie no, powiem Wam, że nawet mi się to bardzo podoba. Dobre połączenie rastera z tyłu i tego dobrego odcienia żółtego. Dobra kompozycja i ... tylko zdjęcie bym zmieniła, ale nie zrobię tego ^^


PhotoScape- to program, o którym wspominałam na samej górze. Używam go od początku tego bloga i na początku nie używałam go z głową. Tak to już jest, że kiedy zaczynamy korzystać z jakiegoś programu nie mamy serca dodać efektu na ok. 10%, tylko od razu walimy na ponad 50, jeśli nie na 100. Cofając się do moich pierwszych wpisów możecie zobaczyć duży nacisk położony na filtry, które oferuje ten program. Wtedy używałam przede wszystkim ich, bo uważałam, że moje zdjęcie jest takie.. "profesjonalne". Robiłam coś również z ekspozycja, ale robienie tego na JPG w tak marnym programie jest zabójstwem.... na szczęście na początku fotograficznej drogi nie zauważany przez amatora. Poza tym- znam dziewczynę, która pracuje na nim po dziś dzień i robi w nim rzeczy fenomenalne! Wszystko zależy od podejścia... jednak nie zrozumcie mnie źle. Nigdy nie stawiajmy go na równi z photoshopem. Wiele zależy od umiejętności, ale program również robi swoje. Nie będę zagłębiać się w to co robiłam na nim kiedyś, ale przyznam z ręką na sercu, że używam go codziennie! Po pierwsze: ma świetną opcję łatwego łączenia zdjęć w zakładce "łączenie" (jak łatwo się można domyślić). Zazwyczaj to tam właśnie robię te wszystkie szybkie sklejki dużej ilości zdjęć. Instagramowe miesiące są robione tam zawsze! Nie miałabym serca katować się taką ilością zdjęć w photoshopie. Ostatnio miałam ambitny plan zrobić spoko grafikę na notkę Zmieniłam się? właśnie w ps... ale poddałam się po 3 minutach. Skoro mam już ten łatwy program, to nie będę unosiła się nie wiadomo jaką pychą, że przecież zawsze mogę zrobić lepiej. Także polecam ten program nawet jedynie dla tej funkcji, ALE dla mnie to nie koniec. Codziennie używam tego programu, ponieważ zmieniam rozmiar zdjęć do takich, które pasują na bloga. Znalazłam złoty środek na rozmiar i bardzo mnie to cieszy. Poza tym- bardzo rzadko, zupełnie sporadycznie wykorzystuję funkcję Anigif, aby zrobić szybki gif z kilku zdjęć (uwaga! Na przykład dzisiaj ją wykorzystałam^^) I to by było na tyle, ale to zdecydowanie wystarcza mi żeby polecić Wam ten program. Jest zupełnie darmowy i łatwy do znalezienia w internecie. Dowód? Ściągnęłam go sama dwa razy, na dwa różne komputery i nie wylałam przy tym miliona łez, że nie umiem (a zazwyczaj właśnie tak się dzieje^^)

Więc podsumowując: moja fotografia zawsze przechodzi większy lub mniejszy proces przeróbki komputerowej. Za każdym razem fotografia jest zmniejszana w PhotoScape i prawie za każdym razem używany jest Photoshop. Moją aktualnie najnowszą miłością jest Lightroom. Polecam Wam totalnie wszystkie trzy programy, bo ja używam każdego! Poza tym: Photoshop aktualnie zrezygnował z trzydziestodniowych, darmowych prób programu, ale można za niewielkie pieniądze kupować pakiety, dzięki którym możecie używać ps ile tylko macie ochotę!:)


Chciałabym się dowiedzieć, co myślicie o tego typu postach. Czy tworzyć je dalej? Może macie jakieś pytania odnośnie fotografii? Mam nadzieję, że będę umiała na nie odpowiedzieć, a jeśli nie, to mam to szczęście otaczać się ludźmi wykształconymi i zainteresowanymi tym kierunkiem w sztuce, więc spokojnie mogę podpytać ^^
Buziaczki! :*

środa, 9 listopada 2016

Niebo

Hejka! :)
Jest mi paskudnie dzisiaj smutno, ale będę pisać na temat tak wesoły, że może jest to zabieg specjalny? Mam nadzieję, że po nim moja dusza się rozweseli, a ja będę mogła skakać ze szczęścia. Post chciałam dodać już tydzień temu, ale albo nie miałam czasu, albo przyszedł czas pięcioletnich postów. Dzisiaj również takowy będzie, ponieważ dzisiaj będzie o jednym z najważniejszych tematów w moim życiu! Dzisiaj będzie o Bogu, a właściwie przede wszystkim dzisiaj będzie o Niebie! Natomiast na końcu zostawiam Was z moją najnowszą grafiką, która bardzo mi się podoba! Były to pierwsze sekundy mojego nowego obiektywu... od razu owocne, ja widać. Czasami się wkurzam, że kiedy z kimś idę na zdjęcia nie mam ochoty później przerabiać ich na fajne grafiki- ale z drugiej strony- swoich bym nie chciała przerabiać, ale bez photoshopa wyglądają miernie. No wiecie, jeśli idę z kimś na zdjęcia to się staram, wybieram ciekawe miejsca, zmieniam kadry... kiedy robię sobie zazwyczaj jest białe tło, jeden kadr i no cóż- nie ma co się oszukiwać: jedna osoba. Ale lubię to! Dzisiaj znalazłam odpowiedni pilot do samowyzwalacza, więc mam nadzieję, że będzie mi jeszcze łatwiej i milej robić swoje autoportrety. Mam jeszcze taki mega pomysł na siebie w najbliższym czasie! ♥ Chcę zawładnąć Elblągiem z tymi zdjęciami... ale o tym kiedy indziej, bo na razie sama muszę wszystko ze sobą ustalić w zgodzie.

Tydzień temu na mojej wspólnocie poruszyliśmy niesamowity temat. Swoją drogą wspólnota to temat na osobny bardzo długi post, który niewątpliwie się pojawi. W każdym razie: w poprzednią środę zawitał do nas bardzo przyjemny temat Nieba i życia wiecznego. Rozmawialiśmy, debatowaliśmy, dzieliliśmy się swoimi spostrzeżeniami na temat naszych wyobrażeń. Uwierzcie, że każdy widział to zupełnie inaczej, ale jedno nas łączyło- każdy z nas całym sercem tego pragnął! 

W pewnym momencie w sercu poczułam dziwne uczucie. Okazało się, że mój kolega, który obok mnie siedział również, tylko on nie bał się wypowiedzieć tych słów na głos. W jednym momencie poczuliśmy jak bardzo chcemy już tam być! Oczywiście, w momencie kiedy umiera ciało człowieka, którego kochamy, członka naszej rodziny, czy przyjaciela jest to cios tak mocny, że często ciężko się z niego szybko otrząsnąć. Nic dziwnego. Mamy świadomość, że nie spotkamy go jeszcze przez kilka lat. To przykra perspektywa. Jednak patrząc z tej drugiej strony? Kurcze! Jeśli znajdujemy się w tej szczęśliwej paczce Dzieci Bożych, to pewnie zastanawiamy się jak mogliśmy tak długo żyć na tym świecie, gdzie często nie zauważamy Tego Jedynego. Zachwyca mnie samo myślenie o tym, że kiedyś to właśnie JA będę miała to szczęście, że stanę twarzą w twarz z Jezusem. Wtedy spyta mnie on, czy kochałam i jeśli moja odpowiedz będzie twierdząca, to będę mogła przeżyć wieczność w sposób fenomenalnie niemożliwy do opisania. Jestem tak niesamowicie podekscytowana tym, że uczestniczę w tak wielkim działaniu miłości! 

Czasami ciężko mi pojąć, że ten Jeden zna moje imię i całą moją historię życia. Ba! Nie tylko zna- on ją stworzył. Ukochał mnie tak mocno, że podczas stworzenia świata miał już na mnie plan! Nie wyobrażam sobie swojego szczęścia, które przepełni mnie po śmierci, nie wyobrażam sobie tej wielkiej miłości, która będzie wszechobecna, której tak często brakuje mi tutaj na Ziemi. Jestem tak niesamowicie wdzięczna Bogu, że jednego dnia, przez jedną decyzję pogłębił moją wiarę w tak wielkim stopniu. Jednego dnia posłał do mnie pewną Wiktorię, z którą tak dobrze mi się gadało, że nie mogąc się z nią rozstać poszłam z nią na wspólnotę. Również przez tę decyzję pojechałam na rekolekcje jak wspólnota, w której nie istniałam i na końcu również przez tę decyzję poznałam  ludzką miłość mojego życia i uwierzcie, że nigdy nie byłam tak szczęśliwa. To wszystko (a nawet więcej) zadziało się przez jedną decyzję. Jednak decyzja spowodowała, że znalazłam się we wspólnocie, która tak mocno kształtuje moje chrześcijaństwo i która pozwala mi w nim działać i ewangelizować. Ta jedna decyzja pozwoliła mi kochać najfantastyczniejszego człowieka na świecie i obcować z nim codziennie, rozmawiać o Bogu (chociaż przychodzi nam to bardzo opornie) i stwarzać z nim jedność, która może kiedyś stanie przed ołtarzem i w obecności właśnie Niego wyzna sobie sakramentalne Tak. To właśnie On kształtuje we mnie wszystkie piękne uczucia, On pokazuje mi jak wiele mogę, to On zrzuca mi wielką cegłę na głowę z informacją: "To ten, weź go", kiedy ja cały czas się waham i nie chcę przyjąć do swojego serca czegoś, co jest tak oczywiście namacalne! To On kształtuje mój każdy dzień, pomaga mi w każdej decyzji i wiem, że gdyby On nie istniał moja egzystencja nie miałaby żadnego sensu. Bo to właśnie On- Bóg jest moją Drogą, Prawdą i Życiem. Chociaż często jest niesamowicie ciężko, nie rozumiem wielu sytuacji, które dzieją się w moim życiu to nigdy, ale to przenigdy nie umiałabym dobrowolnie się mu przeciwstawić. Codziennie otwarcie mówię NIE szatanowi. Brzydzę się nim, wiem, że jest i próbuje zdziałać w nas najgorsze rzeczy, pobudzić w nas najstraszniejsze emocje i czyny, jednak ja stanowczo mówię mu NIE. Każdego dnia z nim walczę. Wczoraj miałam niesamowicie ważną dla mnie rozmowę. Była taka oczywista, przecież wszystko to już wiedziałam... ale nie. Każdego dnia muszę umacniać się w tej prawdzie. Szatan istnieje i robi najgorsze zło jakie tylko może istnieć. Nigdy nie umiałabym wyznać przed nikim, nawet dla żartu, że jest mi obojętny. Mogę mu się stawiać, bo za mną stoi Bóg! On jest moją mocą! To za nim chcę iść każdego dnia. Popełniam mnóstwo grzechów, jak każdy. Często w tych grzechach żyję i czasami bardzo mi z nimi dobrze, bo tak łatwiej- jednak nigdy nie robię tego z premedytacją, aby powiedzieć Bogu NIE. Zawsze mam pragnienie mówienia jedynie TAK, CHCĘ CIEBIE W MOIM SERCU! Kiedy popełniam grzechy, robię to, bo jestem człowiekiem, robię to bo jestem słaba, a zło niesamowicie kusi, ale pocieszam się tym, że nigdy nie mówię: "bo Boże jesteś głupi i źle to wymyśliłeś! Zrobię po swojemu". Oczywiście, często robię tak jak ja chcę, nie zauważając jego miłosierdzia, ale nie robię tego dlatego, że chcę się od niego odwrócić. Gdybym tylko mogła, gdybym tylko miała na tyle siły- oddałabym się mu cała, całkowicie cała na zawsze! Wydaje mi się, a wręcz JESTEM PEWNA, że stanięcie przed Nim pewnego dnia będzie czymś co przez całą wieczność będzie moim najwspanialszym wspomnieniem. Wyobrażacie sobie obcowanie z Nim każdego dnia? Już bez tego zła, które w nas jest? Chciałabym skakać ze szczęścia, że dał nam taką możliwość! Jak wielkie miłosierdzie trzema mieć w sobie, żeby umiłować kogoś tak mocno! 

Zachwyca mnie każdy moment, w którym ludzie przebywający w Kościele w tak piękny sposób umieją oddać wszystko Temu Jedynemu. Kiedy zapalenie świeczki i położenie jej na krzyżu może być czymś tak oczyszczającym i tak głęboko wypływającym z serca, duszy... z tęsknoty za Niebem. Niesamowicie raduje mi się serce, w momencie kiedy każdy wokół mnie stara się być jak On. Dąży do tego, aby być idealnym na podobieństwo Boga. Nigdy nie zrozumiemy Jego miłosierdzia. Nigdy nie zrozumiemy jego Miłości. To niesamowite, że będąc wyedukowanym katolicko, czytając Biblię każdego dnia kilka razy, chodząc codziennie na mszę i uczestnicząc w życiu wspólnoty na całej petardzie.... nigdy, ale to nigdy- aż do śmierci i spotkania z Nim.... nie zrozumiemy Jego planu, nie zrozumiemy jak wielkie szczęście czeka na każdego z nas.

Myślę o Niebie każdego dnia. Myślę o moich fenomenalnych znajomych, którzy jeszcze nie odkryli Jego dobroci. Myślę o nich i boję się o ich wieczność. Przeraża mnie piekło. Przeraża mnie to co tam się dzieje i jak straszne to musi być. Przeraża mnie to, że sami się na to decydujemy. Chciałabym, aby każdy się nawrócił. Już. Teraz. W tym momencie. I nie z powodu strachu przed piekłem, ale z tęsknoty za Niebem. Chciałabym, aby każdy z nich, każdy kto tak bardzo nie wierzy w Boga wreszcie otworzył swoje serce na Jego działanie. Chciałabym tego i niesamowicie modlę się o to. 
Jakiś czas temu rozmawiałam z Księdzem i uświadomił mnie w czymś oczywistym, ale zupełnie przeze mnie nie zauważalnym- człowiek, który się nawraca i tak mocno pewnego dnia czuje obecność Tego Najwyższego nawet jeśli później błądzi, traci powera swojej mocy, to nigdy, ale to przenigdy nie ma myśli, że może mu się zdawało? Może to było chwilowe nawrócenie na coś, co ktoś mu wmówił? Są to tak silne emocje, że zostają w człowieku na zawsze! Wiem sama po sobie- nawet jeżeli nie mam siły chodzić przez miesiąc do Kościoła, wkurzam się, że Bóg nie odpowiada w żaden sposób na moje modlitwy i czuję jakby moje życie z Nim, czy bez Niego było takie samo... to nigdy nie wątpię w to, że On jest! JEST! Jest i zawsze będzie. ZAWSZE BYŁ! Zawsze idzie krok za nami. Pomaga nam w upadkach i cieszy się z naszych radości. Ciężko to wyjaśnić osobie, która nie wierzy (a mam nadzieję, że osoby niewierzące doszły do tego momentu), ale nawet jeżeli ciężko nam czasami żyć tak jak nakazuje Kościół... to człowiek, który raz Go doświadczył nigdy nie przestanie wiedzieć, że On jest. Idealnym przykładem jest Matka Teresa. Dopiero niedawno dowiedziałam się, że chociaż jest święta i dla mnie była ogromnym przykładem, to doświadczyła Boga tylko RAZ. Doświadczyła Go i poszła do zakonu (oj, Karolina... cóż za wielki skrót^^ Jednak nie jest to post biograficzny, polecam zagłębić się w tę historię dalej, ale nie na moim blogu- przynajmniej na razie). Nigdy więcej już nie doznała Jego oczywistej, namacalnej miłości. Przyjmowała Go codziennie do serca, chodziła codziennie na msze. Oddała całe swoje życie właśnie Jemu. Temu, który nie mówił jej do ucha :"W Niebie czeka na Ciebie wszystko. Dobrze, że tak działasz!". Nie mówił do niej nic. My jak istoty ludzkie potrzebujemy uznania. Potrzebujemy żeby ktoś za dobrą, rzetelną pracę powiedział nam kilka dobrych słów. Ja tego potrzebuję. Potrzebuję tego na przykład w szkole- kiedy zrobię dobrą pracę, dobrą w moim odczuciu- potrzebuję aby każdy mówił, że mu się podoba. Dopiero wtedy sama w sobie stwierdzam: tak, to prawda. I potrzebuję tego zapewnienia za każdym razem na nowo. Jednak z Bożym działaniem zawsze jest inaczej. Zawsze jest inaczej ze wszystkim! U niego wystarcza jeden raz. On za każdym razem u każdego jest tak mocny, że nie potrzeba więcej. To tak wielkie doświadczenie, że każdy chciałby przeżywać to codziennie... ale wystarczy raz, żeby już nigdy nie zwątpić! Ja nie zwątpię nigdy, wiem to! Wątpię w swoją konsekwencję chrześcijańską, wątpię w swoje religijne życie, ale nigdy nie zwątpię w Niego. Ponieważ On mnie doświadczył, On pozwolił mi doświadczyć siebie i poznać Siebie. To właśnie on kiedy stwarzał świat stworzył dla mnie taki plan, to on mnie ukochał i stwierdził, że taki będzie ze mnie człowiek. To właśnie on dał mi kilka namacalnych dowodów na Swoje istnienie. To On przygotowuje dla nas wszystkich miejsce w Niebie. Szykuje się na nasze przyjście. To właśnie On w Niebie będzie doświadczał nas codziennie stokroć bardziej niż to możliwe tutaj na Ziemi. JAK WIELKI JEST BÓG! ♥ 

Minęło pięć lat. Moja wiara przeszła wszystkie stadia. Od wiary wpojonej przez Babcie i mamę "bo tak trzeba",  przez bunt, bo przecież boga nie ma aż do wielkiego nawrócenia, które trwało i trwało i rodziło się we mnie powoli. Jedno jest pewne- za pięć lat, robiąc podsumowanie mojej wiary WIEM, że będę wierzyć w tego samego Boga. Moja wiara może mieć różny poziom natężenia... ale już nigdy nie zadam sobie pytania: "Gdzie jest Bóg? Skoro jest, to niech mi się pokaże. Niech coś zrobi. No gdzie On jest?! Czemu go przy mnie nie ma". Nie zadam ich, ponieważ dostałam odpowiedz i nawet jeśli ten dzień, w którym to się stało będzie oddalony od mojego życia o pięćdziesiąt lat (wow, będę już po sześćdziesiątce, no nieźle!) to nadal będę czuła to tak samo mocno. Nigdy nie przestanę wierzyć i kochać Boga i jestem tego pewna jak niczego na świecie!


Buziaki! :*