poniedziałek, 16 stycznia 2017

poniedziałek

Hejka! :)
W moim dotychczasowym funkcjonowaniu pociesza mnie jedynie to, że za już cztery dni rozpoczynam ferie i będę miała dwa tygodnie spokojnego robienia wszystkiego we właściwym czasie. Wysypiania się, chodzenia na spacery, oglądania filmów, robienia dyplomu i innych super rzeczy, na które w zwykłym tygodniu nigdy nie mam czasu. Serio. Nawet jeśli w poniedziałki zawsze kończę chwilę po dwunastej, to zanim się ogarnę, zanim chociaż trochę odpocznę i zjem obiad jest już naprawdę całkiem późno. Głupio mi tutaj za każdym razem pisać, że nie mam czasu i jestem zmęczona... ale tak jest. Mam czasami takie dziwne myśli, że powinnam się starać bardziej, bo przecież statystyki lecą mi solidnie w dół, moje notki nie są ciekawe i wszystko w sumie przez mój brak czasu leci w złą stronę... ale kurcze (!) tak wygląda teraz moje życie. Nie będę przecież go ubarwiać tylko po to, żeby odwiedziło mnie pół tysiąca osób, a nie dwieście. Tak teraz wygląda każdy mój dzień i mi też to nie pasuje. Najpierw powinnam sprawić żebym ja się dobrze czuła ze swoim brakiem czasu- wtedy będę mogła popracować nad tym, żeby na blogu też to dobrze wyglądało. Po wielu miesiącach dopiero to zrozumiałam i muszę w końcu przestać się obwiniać. Wystarczy, że w szkole wszyscy jesteśmy szufladkowani jedynie do bycia uczniami. Nikt nie zauważa, że jesteśmy ludźmi, jesteśmy mega zmęczeni i potrzebujemy odpoczynku. Potrzebujemy też chwili na własne rzeczy. To przecież nic strasznego, że czasami potrzebujemy posiedzieć i zrelaksować się przy muzyce, pójść do kina, czy po prostu na spacer. W tym roku każdy nauczyciel uważa, że to właśnie jego przedmiot jest najważniejszy i wydaje mu się, że nie mamy do roboty w domu nic poza nauką. Pewnie, gdybym miała w szkole tylko jeden przedmiot, to znalazłabym codziennie czas na realizację materiału, który jest zadany. Ale ludzie! trochę racjonalnego myślenia. Od klasy maturalnej wymaga się nie wiadomo jakich nadludzkich sił. Nie dość, że to najtrudniejszy rok, że przygotowujemy się do egzaminu, który przed oczami świecił nam całe życie, to jeszcze podchodzimy do dyplomu... ale to nie wystarcza- warto dowalać nam jeszcze mnóstwo rzeczy, bo czemu nie? :) Jest mi źle, że narzekam. Jest mi źle, że nie mam tych nadludzkich sił i nie potrafię wyrobić się ze wszystkim. Jest mi źle, że marnuję tyle czasu na odzyskiwanie straconej energii... ogólnie jest mi bardzo źle. Także tego.

Jednak żeby nie było tak depresyjnie (jej, tylko nie pomyślcie sobie, że teraz codziennie chodzę ze smutkiem na twarzy. Tak ogólnie, poza zmęczeniem, wszystko ze mną dobrze, i mam naprawdę bardzo dobry nastrój prawie codziennie) przejdźmy do kolejnego akapitu, w którym już troszkę luźniej :) Już od jakiegoś czasu zupełnie nieświadomie zaczęłam w szafie sięgać po ciuchy, które wcześniej wydawały mi się dosyć dziwne. Z czasem okazało się, że potrzebuję zmiany. Wyrosłam już chyba z ogromnych swetrów i szerokich koszul. Trochę potrzebuję zacząć podkreślać swoją, całkiem niezłą, figurę. Wkurza mnie, że przez ubrania każdy myśli, że jestem gruba :D Oczywiście, było mi w rozmiarze 42 bardzo wygodnie... ale jeśli moją miarą jest 36, to chyba czas zacząć nosić ubrania w swoi rozmiarze :D Nie jest to łatwa zmiana, tym bardziej kiedy szafa pęka w szwach, a ja nie mam co na siebie założyć, bo nie czuję się już atrakcyjnie w starych ciuchach. O wiele prościej byłoby mi wywalić wszystko na śmietnik i zacząć kompletować wszystko od podstaw... ale w czym miałabym chodzić podczas tego nowego kompletowania? Kilka dni temu pojechałam do Gdańska na zakupy (o matko!Wiecie kiedy ja ostatni raz byłam ta takim wypadzie na zakupy? Chyba z dwa lata temu. Zazwyczaj robię bardzo szybkie akcje i tyle :D) i kupiłam kilka fajnych rzeczy. Mam nadzieję, że uda mi się zmienić wszystko w jak najbliższym czasie. I tu pytanie do Was- czy mieliście niedawno też jakieś wielkie odświeżanie swoich szaf? Jestem ciekawa Waszych doświadczeń, a przede wszystkim porad- jak zrobić to mega sprawnie i fajnie :D


Buziaki! :*
ps. dzisiaj nie Disclosure, ale nowa płyta Florence and the machine- ona chyba nigdy się nie znudzi, chociaż spamowało nią pół społeczeństwa na tablicy faebookowej :D

piątek, 13 stycznia 2017

Uratuj mnie

Hejka! :)
Wiecie jak to u mnie ostatnio jest z tymi książkami. Nawet nie staram się tego zmienić, bo wiem, że to nie czas. Aktualnie muszę poświęcić coś dla innych rzeczy i cierpi na tym niestety jedna z moich ulubionych dziennych czynności. Za ten post zbierałam się już od ponad tygodnia, ale jakoś tak nie miałam ochoty. Na szczęście kilka dni temu odebrałam płytę Disclosure i wreszcie nie muszę słuchać jej na Spotify! ♥ Właśnie teraz włączyłam i czuję, że świetnie będzie mi się pisało ten post :)

Już zapewne bardzo dobrze wiecie, że czasami, bardzo rzadko zostaję skuszona młodzieżową propozycją wydawniczą i wiele razy te małe grzeszki wychodzą mi na dobre. Istnieje naprawdę niesamowicie dużo dobrej młodzieżowej lektury... ale Uratuj mnie do niej nie należy. Już spieszę z wyjaśnieniami.

Oczywistym jest, że w tego typu książkach zmienia się w pewien sposób język, który dostosowuje się do tego młodzieżowego. Zazwyczaj umiem się przestawić, ale tutaj było to niesamowicie drażniące. Kojarzycie kanał Pawła Opydo? Bierze on tam złe książki na warsztat i czyta najbardziej bzdurne fragmenty przed kamerą. Czytając Uratuj mnie miałam w głowie wizje tego w jaki sposób Paweł mógłby potraktować tę książkę ^^ No ale nie czepiajmy się tak słów, chociaż nie (!) przecież książki są stworzone po to, aby nadawać im ogromną wartość! W każdym razie zajmijmy się historią: dosyć szablonowa i bardzo typowa dla tego rodzaju książek, jednak to co ciążyło mi najbardziej to dwójka głównych bohaterów (tak więc przyznajcie, że klucz). Macie w swoim towarzystwie pary, które są dla siebie przesłodcy aż do porzygu? Wiecznie używają wobec siebie dziwnych zdrobnień i gdyby mogli to pożarliby się spojrzeniem i tymi przepięknymi uprzejmościami jakimi siebie obdarowują. Znacie? Tragedia! :D Ja na żywo w najbliższym gronie swoich znajomych na szczęście zostałam oszczędzona takim sytuacjom, ale nie opuściło mnie to w książce. W literaturze nie powinny znajdować się tak dziwne rzeczy! Moje czytelnicze serce cierpiało.

W każdym razie: skleję Wam pokrótce treść zawartą w środku. Jest to historia młodej dziewczyny, która od kilku lat nie może pogodzić się ze śmiercią swojego ukochanego brata. Zamyka się w sobie i nie dopuszcza nikogo do swojego życia. Pewnego dnia jednak do miasta przeprowadza się chłopak, który nie zna przeszłości dziewczyny. Jest on pierwszą osobą, z którą ma ona ochotę rozmawiać. Zaczyna się przed nim otwierać i wyznawać swoje tajemnice. 

Mimo wszystko, o dziwo, książkę przeczytałam i nie mogłam odłożyć jej w połowie, bo mimo wszystko byłam ciekawa co się wydarzy... a przy okazji- moja mama podczas mojej nieobecności wykradła mi ją z pokoju i również przeczytała. Tak więc chociaż Uratuj mnie nie jest książką najwyższych lotów, to jednak można stracić przy niej kilka godzin.


Musiałam zrobić nową kolumnę z książek, bo mój stos już mi się przewracał ze zbyt dużej wysokości :( Macie jakiś sposób na trzymanie książek w pionie? ;)
Buziaki! :*

poniedziałek, 9 stycznia 2017

chora

Hejka! :)
Chyba nikt nigdy nie cieszy się w momencie kiedy okazuje się, że zaczyna nieźle chorować. No ale cóż poradzić? Trzeba z tym żyć. Rozłożyło mnie już najprawdopodobniej w Rydze, ale wiecie jak to jest- czułam się źle, ale chęć zwiedzania i nie posiadanie zbyt wielu wyjść, prócz tego, aby rano wstać, wyjść i robić mnóstwo rzeczy, spowodowała, że z gorączką, ale i uśmiechem wypisanym na twarzy wędrowałam po Łotwie. Niestety tak kolorowo po powrocie już nie było. Zostałam przykuta do łóżka na tydzień. Nie miałam siły zrobić NIC. Miałam nadzieję, że uda mi się przejrzeć mnóstwo inspiracji na dyplom, codziennie dodawać bardzo ciekawe notki i czytać mnóstwo książek. Udało mi się jedynie (o dziwo) między drzemkami non stop oglądać filmy z czego jestem niesamowicie zadowolona! Wreszcie nadrobiłam Sausage Party, Sully, Bridget Jones 3, czy Zwierzogród- do którego zbierałam się chyba z pół roku! Łącznie obejrzałam osiem filmów, co daje ogólnie niezbyt spektakularny wynik patrząc na możliwości autorki tego bloga, ale to daje niesamowitą liczbę patrząc przez pryzmat tego co dzieje się ostatnio z moim umarłym życiem filmowym. W każdym razie: dzisiaj idę do kina (!) i pisząc te słowa aż chce mi się skakać z radości. Ludzie, kiedy ja ostatni raz byłam w kinie? Chyba przed wakacjami? :o Mam nadzieję, że wyolbrzymiam.

Nadal jestem chora, ale z racji klasy maturalnej i ostatnich dziesięciu tygodni szkoły (cooo?! Powtarzają jakieś dziwnie śmiesznie małe liczby już od dłuższego czasu, ale pierwszy raz sama z siebie napisałam to gdziekolwiek- i zaraz po tym policzyłam dla pewności w kalendarzu komórkowym- SZOK!) podobno nawet z gorączką muszę chodzić do szkoły... aha! i nie powinnam nawet w wolne wyjeżdżać gdzie chcę, bo później w szkole chodzą pogłoski, że się szlajam.... Jej, ale przeżywam tragedię rozczarowującą całe moje serce jeżeli chodzi o ostatnie miesiące w mojej ukochanej szkole. Boli to niesamowicie, ale przecież to tylko szkoła. Lepiej teraz znielubić niż później płakać, że się skończyła i już nie masz prawa tam chodzić ^^

Dzisiaj odebrałam bardzo sympatyczną przesyłkę od kuriera, ponieważ wreszcie przyszły mi wywołane zdjęcia, które kurzyły się w folderze do wywołania już od dłuższego czasu. Wreszcie w pięknej jakości wydruku mam swoje zdjęcia do dyplomu, jak i mnóstwo innych, które przywołują super wspomnienia. Też tak macie, że odliczacie do tych cieplejszych miesięcy? Ja wczoraj przeżyłam horror spacerując po mieście. Co za mróz!? :D


Będę zdrowieć i pisać posty...
tylko mam problem, bo ostatnio mi się to chyba mocno znudziło i nie mam motywacji.
Buziaki! :*

poniedziałek, 2 stycznia 2017

Ryga

No hejeczka! :D
Dzisiaj w nocy wróciłam z wyjazdu sylwestrowego i już się nie mogę doczekać żeby napisać Wam o tym dziwnym czasie kilka słów. 
W tamtym roku miałam wyjechać na Europejskie Spotkanie Młodych inaczej Taize do Hiszpanii. No wiecie- Hiszpania, w polską zimę można chodzić na krótki rękawek i zrywać mandarynki z drzew. Kto by nie skorzystał? Ja.... Nie żałowałam, bo ten czas spędziłam o wiele lepiej, ale obiecałam, że w tym roku pojadę. Już nie w tak ciepłe miejsce, ale miałam nadzieję, że w równie ciekawe. W tym roku padło na Rygę. Podejrzewałam, że będzie to kraj bardzo porównywalny do Polski, ale nie spodziewałam się zupełnie czegoś takiego. To może najpierw trochę o samej Rydze, a później Taize :)

W dniu wyjazdu coś mnie podkusiło żeby po raz setny sprawdzić, czy dzieje się tam coś ciekawego i czy cokolwiek będzie można zwiedzić i zobaczyć. Nie wiem jakim cudem, ale tym razem wyskoczył mi bardzo ciekawy blog z zastrzykiem informacji. Wstawiłam link na grupę ludzi, którzy wyjeżdżali razem ze mną i okazało się w autobusie, że każdy przeczytał wszystko od deski do deski. Tak więc jeśli wyjeżdżacie do Rygi to obowiązkowo zajrzyjcie TU.

Ryga to kolejne miasto, w którym możecie odnaleźć wiele łudząco podobnych budowli, które znamy z innych rejonów. Znaleźć tu możecie oczywiście Pałac Kultury, ale też Statuę Wolności i Small Bena (jak go nazwałyśmy z koleżanką, ale pewnie nie tylko my). Spędziłam cztery dni praktycznie tylko na Starym Mieście oraz w autobusach, które zawoziły mnie na zupełne obrzeża miasta, gdzie miałam nocleg. Chyba każda starówka wygląda dobrze, kiedy odwiedza się ją podczas przerwy świątecznej. No wiecie: te lampki, choinki, bombki, światełka. Ryga jest chyba mistrzem w zapalaniu całego miasta na grudniowe wieczory. Świeci się tam dosłownie wszystko i wygląda to bardzo dobrze! :) Alee... mój kolega powiedział odnośnie tego miasta, że tak bardzo nie poleca, że aż poleci... i chyba coś w tym jest ^^. Miasto na tyle dziwne, że będąc tam przestaje ci się chcieć żyć. Jest mnóstwo świetnych miejsc, które zapierają dech w piersi, ale zawsze jest coś nie tak i zazwyczaj jest to obsługa. Nie wiadomo o co im chodzi, ale chyba nigdy nie spotkałam tak niemiłych i smutnych ludzi. Tragedia. I niby wszystko fajnie, ale jednak wcale.

Natomiast teraz kilka słów o samym Taize. Szczerze mówiąc nie przeżyłam go w żaden szokujący sposób. Nie dane mi było doświadczyć mocniej Boga w Rydze niż w każdym innym miejscu na świecie. Nie lubię splendoru katolickiego. Czułam niesamowite obciążenie swojego chrześcijańskiego sumienia z powodu tego, że nie pojechałam na Światowe Dni Młodzieży. W pewnym momencie uznałam, że to był błąd i powinnam to zrobić, ale już teraz wiem, że wcale nie! Chociaż wcale się o to nie prosiłam, nie modliłam, ani nie chciałam aby Bóg odpowiedział mi na tym wyjeździe na jakiekolwiek pytania... to On sam wkroczył w te moje myśli i wypędził dziwne myśli. Dostałam jasne komunikaty i teraz tak do Was o tym pisze, bo może macie te same dylematy i nie wiecie, czy coś z Wami jest nie tak. Ej! NIE MUSICIE! Nie dla każdego taka modlitwa jest odpowiednia. Będę krzyczeć do wszystkich z całego serca, że dla każdego najlepszym rozwiązaniem jest wstąpienie do wspólnoty, ale nie dla każdego modlitwa z kilkoma tysiącami ludzi jest nawracająca. Nie każdy go doświadcza wtedy bardziej niż na co dzień. I DOBRZE! Gdybyśmy wszyscy byli tacy sami, to byłoby nudno. Nie musicie- i uczcie się na moim przykładzie, że wszystko z Wami dobrze... ale na Taize warto pojechać chociaż raz tak z ciekawości, bo czasami po prostu nie jesteśmy świadomi tego, co trafia w nasz centralny środek. Ja tymczasem czekam na Wasze historie z Rygi. Jestem przekonana, że ktoś z Was był... a może ktoś wybiera się za rok? :)


Buziaki! :*

piątek, 23 grudnia 2016

przedświątecznie

Hejka! :)
Tak podejrzewam, że u każdego teraz w domu rozbłyskują lampki, ale ostatnio na facebooku zauważyłam modę na przepiękne białe lampki, więc prawdopodobnie moje są już stare i niemodne, ale cóż ja poradzę na to, że to właśnie one tak bardzo nadają klimat moim wspomnieniom o świętach (o dziwo, bo całe życie miałam jedynie niebieskie lampki^^)? Już jakiś czas temu wspominałam Wam, że moje życie ulegnie teraz całkowitej deformacji i rzeczywiście tak się stało, ale nie sądziłam, że będzie to wyglądać aż tak mocno inaczej. Jedno jest pewne- jest najlepiej na świecie. Jeśli kogoś by interesowało czy jestem szczęśliwa, to tak! Bardzo. Najbardziej!!! ♥ Wiecie co? Wcześniej myślałam, że zupełnie nie mam czasu, ale okazało się, że byłam w błędzie. Teraz przez tydzień nie wyjęłam laptopa z pokrowca (nigdy w życiu mi się to nie przytrafiło^^). Na szczęście dzisiaj po roratach na szóstą wróciłam do domu, spałam do jedenastej i miałam cały dzień dla siebie.Wreszcie mogłam posprzątać pokój, spakować resztę prezentów i wyjąć lampki, którymi udekorowałam jeden z ulubionych elementów mojego pokoju tj. drewnianą drabinę oraz, standardowo, karnisz (na którym nigdy nie wisi żadna firanka. Nie lubię jak coś zabiera mi światło, nawet kosztem obserwowania przez ludzi^^). Czeka mnie jeszcze przyniesienie do swojego pokoju małej choinki i kilku gałązek świerku i będzie najpiękniej! :) A jak tam u Was przygotowywania do jutrzejszej wigilii Bożego Narodzenia?


Buziaki! :*

piątek, 16 grudnia 2016

Daria

Hejka!:)
Ostatnie dwa tygodnie miałam niesamowicie owocne i twórcze... chociaż zapewne moi nauczyciele byliby innego zdania. Jednak nauczyciele Liceum Plastycznego w tym roku to osobny, bardzo obszerny temat, nad którym nie będę rozckliwiać się na tym blogu. W każdy razie- jestem właśnie po trzech znakomitych sesjach zdjęciowych, z których jestem ogromnie dumna. Widzę tą różnicę! Widzę ją w świetle, ostrości i sposobie, w jaki teraz podchodzę do fotografii. Tak jak już Wam wspominałam- zbrzydł mi mój styl (o ile w tak młodym i niedoświadczonym życiu mogę o czymś takim tak świadomie i bezpośrednio mówić). Zbrzydły mi krzaczki, zamknięte oczy i smutne minki. Przestało mi się to podobać i pierwszym, najważniejszym postanowieniem podczas kupna pełnej klatki było zainwestowanie więcej czasu, siebie i ochoty w bardziej świadomą fotografię. Szczerą, naturalną, poruszającą w jakikolwiek sposób. Zapewne to przede wszystkim dlatego, że miałam genialne tematy i wspaniałych modeli ze sobą.... ale czuję, że podołałam i mam głowę pełną pomysłów, a dzięki tym kilku kadrom moja lista osób chętnych na zdjęcia poszerza się do nieosiągalnych dla mnie rozmiarów- z czego w pewien sposób bardzo się cieszę! Chciałabym jeszcze napomknąć jedynie o tym, że robię również bardzo wiele zdjęć, których niestety nie mogę tutaj publikować. Są to akty kobiece. Bardzo naturalne, proste i przepiękne w swoim wyrazie. Jestem z nich szalenie zadowolona, co potęguje mój smutek spowodowany z niemożliwością publikacji ich- ale spokojnie. Jak kiedyś będę sławną artystką, to moje zdjęcia będą w galeriach sztuki i każdy będzie mógł je zobaczyć :D 

Nie jest mi łatwo zrezygnować z krzaków i poważnego wyrazu twarzy na każdym zdjęciu (poza tym nie oszukujmy się- czasami jest to wręcz potrzebne!) dlatego na razie oscyluję, staram się znaleźć złoty środek, a przy okazji wreszcie zmotywowałam się do robienia grafik z modelami, a nie tylko z sobą! ♥ Co zainspirowało mnie do tych konkretnych zdjęć? ZAINSPIROWAŁO- to dobre słowo. Wiecie, w mojej klasie mam laskę, która nie rozumie tego słowa i totalnie zżyna każdą pracę jota w jotę. Nie wiem jaki jest sens chodzenia do Liceum Plastycznego, jaką przyjemność czerpie z powielania czyjejś pracy- ale to nie moja sprawa (a może jednak trochę moja? Bo serce mnie boli po każdym plagiacie!). W każdym razie ja się jedynie inspirowałam, czyli kiedyś zobaczyłam coś gdzieś, rozpoczęłam swoją pracę z modelką właśnie od takiej formy i skończyłam na zupełnie czymś innym i zupełnie SWOIM! Najważniejszym bodźcem tej sesji było przeraźliwe zimno. Tak, należę do fotografów, którzy uwielbiają rozbierać swoich modeli na mrozie i śniegu (aktu jeszcze nie udało mi się zrobić, ale wszystko przede mną- wcześniej byłam zbyt niedojrzała w tej kwestii... teraz się czaję!), ale kiedy widzę, że ktoś nie może wytrzymać i lata mu szczęka i ja również nie czuję się komfortowo- zbieram manatki i idę do domu. I tym razem tak było. Tylko różnica polegała na tym, że nie zakończyłam zdjęć dając dziewczynie herbatę, a jedynie zagospodarowałam ciemny pokój tak, aby dobrze wyglądał w kadrze (herbatę też dałam!^^). Uwierzcie, że wyglądało to bardzo źle... było niesamowicie ciemno, kratka mi się uginała pod ciężarem materiału i bałam się, że zupełnie nic z tego nie wyjdzie. No wiecie- niby miałam super plan, robiłam świadome kadry, ale czułam, że coś jest nie tak- na szczęście błędnie! Drugą inspiracją był oczywiście prl: stół, kratka, roślina, a ostatnią- najważniejszą- zdjęcie Andrzeja Wajdy wykorzystane na okładkę WAJDA: kronika wypadków filmowych,, o której pisałam kilka postów niżej. Całość złożyła się na coś z czego jestem bardzo zadowolona. Tym bardziej, że kiedy wstawiłam zdjęcie na facebooka (staram się nie bronić przed tym portalem. Czas wyjść na przeciw!) posypały się niewiarygodne ilości prywatnych wiadomości o tym jak ludzie są nim zachwyceni. Ej! To mega miłe! :) Mam nadzieję, że Wam również się podoba! :) Zostawiam Was ze zdjęciem i uciekam:


Buziaki! :*

czwartek, 15 grudnia 2016

Sully

Hejka! :)
Nie wiem, czy wiecie- ale ja wiem- jestem masochistką! Jutro pewien pilot samolotu z Liverpoolu odbędzie najważniejszy lot w moim dotychczasowym życiu. Kiedy wyląduje w Gdańsku moje życie ulegnie całkowitej zmianie i będzie tysiąc razy lepsze, fantastyczniejsze i piękniejsze. Odliczałam do wystartowania tego samolotu każdy dzień od ponad pół roku (jeśli nie od półtora roku). Jutro się go spodziewam. Więc co robi Karolina przed lądowaniem? Czyta książkę o katastrofie lotniczej. Oj, litości! ^^

Wszystko co napisałam powyżej jest prawdą, ale opisaną z przymrużeniem oka, teraz zapraszam Was do zapoznania się z moją opinią na temat najnowszej pozycji od wydawnictwa Znak. Sully już okładką krzyczy, że film można obejrzeć w kinach. Można i niewątpliwie trzeba. Słyszałam wiele dobrego, a poza tym Tom Hanks mówi sam za siebie. Właśnie z niesamowitej ciekawości ogarniającej całe moje wnętrze włączyłam zwiastun (a przecież nigdy tego nie robię!). Te kilka minut trzyma w napięciu. Czuję dosyć duży zgrzyt pomiędzy książką, a filmem, ale jak wiadomo- kino rządzi się innymi prawami. Teraz oczywiście nie będę wypowiadać się na ten temat zbyt obszernie, ale mam nadzieję, że za kilka dni uda mi się go obejrzeć i napiszę co nie co. Tymczasem przejdźmy do książki. 

We wstępie wspominałam, że jestem masochistką. Na szczęście czytanie o różnych tragediach w lotnictwie nie była aż tak bardzo traumatyczna. Sully to książka stworzona przez mężczyznę, który dokonał cudu na rzece Hudson i ocalił 155 osób przed śmiercią. Niewiele ponad dwieście sekund sprawiło, że stał się bohaterem i niewątpliwie zapisał się w historii lotnictwa. Pilot Sullenberger już od małego wiedział co chce robić w przyszłości. Chciał zostać pilotem. Jego marzenie się spełniło. W powietrzu spędził wiele godzin swojego życia i dopiero czytając jego słowa tak naprawdę doceniłam rolę pilotów w naszym życiu. To niesamowite jak niezauważalny jest on podczas naszej podróży, a przecież powierzamy mu całe swoje życie na kilka godzin. Rewelacyjne rozłożenie napięcia i tajemnicy. Autor zaczyna historię od swojego początku, jednak już na wstępie sugeruje do czego to wszystko prowadzi i jaki jest cel tej książki. Lot 1549 trwał niecałe cztery minuty, a ja podczas czytania poszczególnych kroków, które działy się w kokpicie myślałam, że piloci mają przynajmniej godzinę zanim wylądują. To niesamowicie jak muszą być oni wyszkoleni i zahartowani! Chylę czoła. To, że opisuję Wam jak to wszystko przebiegło nie ma nic wspólnego ze spojlerem. Nic nie straciliście czytając to wszystko co napisałam. Sully zawiera tam bardzo ważne treści, które warto przeczytać. Od momentu kiedy wsiadłam w swój pierwszy samolot, którym poleciałam do Rzymu nie czuję strachu przed lataniem. Uwielbiam to... chociaż oczywiście, przy większych turbulencjach, czy dziwnych zjawiskach pojawiają się w nas emocje. Paradoksalnie dzięki tej książce i po zapoznaniu się z wieloma katastrofami, które są tak przytaczane czuję się jeszcze pewniej. Dopiero teraz zostałam uświadomiona w tym, że nawet najpoważniejsze usterki samolotów dzięki wyszkolonym pilotom nie zawsze muszą uśmiercić wszystkich pasażerów. 

Książka napisana lekkim językiem. Idealna na kilka wolniejszych zimowych wieczorów. Bardzo polecam, a z racji tego, że mam do niej jeszcze wiele emocji- nie umiem napisać nic więcej sensownego ^^ Ale polecam! Polecam bardzo mocno! Warto. Warto przede wszystkim dla tych, którzy boją się latać. Może dzięki tej książce i wnikliwemu poznaniu jednego z pilotów zmienią swoje nastawienie do tego przecież najbezpieczniejszego transportu ;)


Buziaki! :*
ps hoł hoł hoł kolejny dobry prezent na święta!

nowości muzyczne



Hejka! :)
Zacznę do tego, że moja miłość do canona 6d nie maleje, a jedynie wzrasta każdego dnia! To takie niesamowite, że w zimę o godzinie osiemnastej mogę wziąć aparat i zrobić przepiękne jakościowo zdjęcia płyt w słabo oświetlonej części mojego pokoju. Poza tym bardzo wiele zdjęć robiłam w tym samym miejscu i nigdy nie było dobrze. Jestem świadoma tego, że to ogromna zasługa najlepszego obiektywu jaki kiedykolwiek mogłam trzymać w swoich rękach i bardzo polecam! :D A teraz przechodząc do tematu notki: muzyka! Kilka dni temu odwiedził mnie brat i zostawił mi na chwilę dwie nowości z polskich wytwórni muzycznych. Byłam niesamowicie zaciekawiona co kryją obydwie z nich, ponieważ single były tak dobre, że trochę obawiałam się o swoje emocje podczas słuchania wszystkich kawałków. Okazało się, że moje przypuszczenia nie były mylne: zarówno Organek jak i Zalewski wykonali kawał porządnej roboty i chylę czoła... a poniżej kilka słów.


1. Organek Czarna madonna: jakiś czas temu to właśnie mój brat powiedział mi, że w sklepach już jest druga płyta Organka i że zapewne już ją mam... no cóż. Ostatnio u mnie na bakier ze wszystkim, co kiedyś było dla mnie niesamowicie ważne nagle stało się zbędne. Mhy... może zbędne to zbyt duże słowo, ale z braku czasu musiałam sobie na pewien czas odpuścić. Stało się tak z filmem, kinem, teatrem i z dziwnych powodów również z muzyką na CD. Ktoś mógłby teraz powiedzieć, że przecież kupienie płyty zajmuje kilka minut. Jednak wchodzi w to trochę większej pracy- m. in. bycie na bieżąco z nowościami, a ja ostatnio nie mam czasu, na szukanie niczego- chyba, że wyświetli mi się na mojej inspirującej tablicy. Wtedy wiem wszystko ^^ No ale wreszcie się dowiedziałam, miałam możliwość przesłuchania i.... jestem zachwycona! W tym momencie debiutancka płyta wydaje mi się tak bardzo infantylna. Ta natomiast jest już w pełni dojrzała i genialna. Oczywiście pierwszą uwielbiam i będę słuchać jeszcze wiele lat, ale dopiero teraz zauważam ogrom talentu i niesamowitą świadomość artystyczną. Męskie, mocne granie. Gitara. Dobry głos. Tekst. Słucha się tego wyśmienicie, chociaż za pierwszym razem czułam lekki niepokój (ale ja chyba zawsze tak mam za pierwszym razem). Tak więc jeżeli obawialiście się, że z Tomkiem stało się coś niedobrego, albo że po pierwszej już nie warto sięgać po kolejne- to przybyłam z pomocą i właśnie dzisiaj oświadczam, że warto sięgać, warto słuchać i czerpać garściami! Jak niesamowicie fantastyczne jest to, że mamy w Polsce tak genialnych artystów! Tak genialnych i bardzo mocno udzielających się w świecie muzyki. Nie wiem jak Wy, ale ja cały czas o nim gdzieś słyszę. I słyszę same dobre rzeczy! :) Polecam bardzo mocno!


2. Zalewski Złoto: zacznę od tego, że na Spotify jest już cała płyta i polecam posłuchać numerek dziesiąty w duecie z Natalią Przybysz i po jej wysłuchani zakochani bez pamięci pobiegnijcie do sklepu i od razu kupcie cały krążek! Jestem niesamowicie zachwycona! Zupełnie inna niż wszystkie utwory, z genialnym tekstem, muzyką i dodatkiem damskiego głosu. W sumie dosyć ciężko mówić tutaj, że akurat ta jest inna od wszystkich, ponieważ nie ma tu dwóch takich samych piosenek. Cała płyta jest bardzo różnorodna, ale nie chaotyczna. Wszystko rewelacyjnie się łączy i przechodzi. Na płycie znaleźć można oczywiście single takie jak: Miłość czy Luka. Wplecione w inne utworu nabierają świeżości i chociaż na youtubie już ich nie puszczam, to miło znowu posłuchać ich na lepszych głośnikach niż te laptopowe ^^ Słuchając jej trzy razy była przerażona, że nie jest dobra... ale czwarty odsłuch był zbawienny. Serce zaczęło bić mi mocniej i czuje jedynie te emocje, których potrzebowałam. Myślałam, że płyta wydana w 2013 roku Zelig była już najlepszym co Zalewski mógł zrobić, ale oczywiście się myliłam! CUDO! 6 stycznia w Mjazzdze będzie jego koncert, zapewne nie ma już biletów, ale gdyby były, to biegnę od razu! Muszę dowiedzieć się na dniach co i jak. Trzymajcie kciuki :) Nie da się nie powiedzieć kilku słów o okładce płyty. Z każdym dniem przekonuję się do niej coraz bardziej, a trzeba zaznaczyć, że już za pierwszym razem wpadła mi w oko. Jednak dzisiaj pisząc ten post i wpatrując się w zdjęcie, które zrobiłam tej płyty, to jestem zachwycona! Doszukuję się nowych detali, które umknęły mi wcześniej. Wow, rewelacja! Ostatnio przestaję się opierać grafikom bazującym na fotografii. W mojej szkole jest to w pewien sposób metoda realizacji tematu po łepkach, ale moim zdaniem jeśli ktoś zrobi dobre zdjęcie (a takich ludzi jest mało!) i później ma na to dobry pomysł, to może stworzyć coś naprawdę genialnego. Chcę używać swojej fotografii, chcę ją modyfikować i takie przykłady jak ten utwierdzają mnie jedynie w przekonaniu, że mam rację! :) Polecam płytę bardzo! :)

Buziaki! :*

poniedziałek, 12 grudnia 2016

The young pope/ Młody papież

Hejka! :)
Kilka miesięcy temu obejrzałam zwiastun serialu. Nie wiem dlaczego, ponieważ nigdy tego nie robię, ale pewnie uwiódł mnie wzrok Jude'a Law. Te kilka minut sprawiło, że zakochałam się bez pamięci i uznałam, że co by się nie działo- serial muszę obejrzeć!No i oczywiście... zapomniałam. Na szczęście mam znajomych, którzy wiedzą co dobre i w czteroosobowej grupie mobilizowaliśmy się do wspólnego zapoznawania się z wizją Sorrentino. Jednego dnia wzięłam nawet aparat żeby nie wstawiać Wam zdjęcia z internetu, tylko nas podczas seansu, ale jakoś tak nie było kiedy zrobić tę fotkę i postanowiłam, że zrobię następnym razem... którego już nie było, bo sezon się skończył! Nawet nie zdajecie sobie sprawy jak wielki smutek nas przepełnił, bo Młody papież to naprawdę fantastyczny serial! ♥

Pius XIII jest młodym, przystojnym dopiero co wybranym na papieża mężczyzną. Nie rozpoczyna dnia bez Coca-Coli i nałogowo spala dziennie ogromną ilość papierosów. Czy poza tym zachowuje się jak wszyscy jego poprzednicy? Zdecydowanie nie. Po wyjściu Kościoła do ludu, innych religii i ludzi niewierzących Pius XIII zrywa z panującymi zasadami i powraca do poprzedniego kanonu papieskiego. Jego zmiany wzbudzają wiele protestów i negatywnych komentarzy, jednak mężczyzna nie zważa na ich zdanie dalej robiąc swoje. Co najdziwniejsze? Nie wierzy w Boga... 

Tu pojawia się problem. Zakochany w sobie papież, który ma głosić Boga ludowi nagle chowa się w murach Watykanu, rezygnuje z pielgrzymek i spotkań z wiernymi. Z niechęcią wychodzi na przemowy do ludu, a jeśli już się na to zdecyduje- mówi do nich tyłem. Swoje pierwsze słowa kieruje w zupełnej ciemności, tak aby żaden dziennikarz nie zrobił mu dobrego zdjęcia do gazety. Jest surowy i bardzo restrykcyjny. Na pierwszy rzut oka stwierdzić można, że zupełnie nie pasuje na miejsce, które zajął... jednak czy na pewno?

Serial oglądałam z kolegami i Księdzem na parafii i czułam naprawdę niesamowite działanie Boga w tamtym czasie. Dialogi są wręcz idealne, ukazanie wszystkiego perfekcyjne, ponieważ wszystko zależy od tego jak spojrzymy na cały serial. Jestem osobą wierzącą (co doskonale wiecie), na plebani spędzam zapewne jedną czwartą swojego życia i całkiem dobrze idzie mi patrzenie na Księży jako na ludzi, a nie świętych stąpających kilka centymetrów nad ziemią. Nie, to nie oznacza, że zgadzam się na jakiekolwiek przestępstwa, które tyczą się osób świeckich, czy już tych zakazanych czynów po święceniach... ale nie patrzę na każdego Księdza przez pryzmat gwałciciela i pedofila. Jeśli by tak było, czyż nie powinniśmy na każdego mężczyznę patrzeć jedynie pod tym względem? To jak media manipulują niektórymi sprawami jest okropne. Oczywiście, bardzo ważne aby mówić o takich rzeczach, sprzeciwiać się im, ale ludzie (!) nie popadajmy z paranoję. I z tego powodu właśnie bałam się tego serialu. Ludzie zawsze wynajdą we wszystkim to czego chcą. W serialu znajdziemy seks, nałogi, brak wiary, spiski i wszystko czego tylko można chcieć. Nie twierdzę, że tak nie jest. Pewnie istnieją tacy księża... ale jeśli zdecydujecie się obejrzeć Młodego papieża- błagam (!) patrzcie na niego jak na fikcję, ponieważ takową jest. Pius XIII nie zasiadł na tronie papieża i nie schował się w Watykanie. Wszystko tu jest nieprawdą. Jeśli podejdziecie do tego w taki sposób- możecie naprawdę wiele zyskać, a nawet: pogłębić swoją wiarę! Młody papież mówi naprawdę przepiękne rzeczy, z których można wynieść wiele dobrego, a niektóre zdania można nawet wpleść w kazania (to taki spaczony obraz ze względu na to, że oglądałam go z Księdzem, który kazania mówi ^^). Byłam i jestem zachwycona i chociaż bohater był przedstawiony jako czarny charakter... to w pewnym momencie zaczęłam się zastanawiać czy aby na pewno? Sezon się skończył, a ja nie znalazłam odpowiedzi, dlatego tym bardziej czekam na drugą serię.

Pomijając cały kontekst wiary, Boga i papieża... Młody papież jest serialem zrobionym na najwyższym poziomie. Zaczynając od kadrów, które zapierały dech w piersi, przez scenografię i oddanie charakteru prawdziwego Watykanu i każdej komnaty (ej, czasami się łapałam na tym, że serio wierzyłam, że wygonili papieża i całą załogę na potrzeby kręcenia serialu^^) kończąc na arcyważnym punkcie jakim jest muzyka! W każdym momencie, każda ścieżka jest idealna. IDEALNA! A czołówka to majstersztyk, który może i lekko bym zmodyfikowała.... ale mając już tą fantastyczną podstawę mogę zrobić wiele. Sama z siebie nie wpadłabym nigdy na pomysł, aby zrobić to w taki sposób i połączyć z tak fantastyczną muzyką! Wow! ♥

Polecam bardzo serdecznie. Jeśli wahacie się przed rozpoczęciem, to przestańcie i włączcie pierwszy odcinek :D Jest ich tylko dziesięć, a ze swojego doświadczenia wiem, że kiedy zaczną się nowe sezony i będzie więcej do nadrobienia wielu z Was podda się na starcie (mam tak z milionem seriali i strasznie tego nie lubię!). 


Buziaki! :*

piątek, 9 grudnia 2016

Plakat Polski


Hejka! :)
Wiecie co, zupełnie usunęłam się ze światu internetu a ściślej mówiąc z internetu przez laptopa. Zupełnie nie mam czasu na nic. Wkurza mnie, że wszyscy chcą ode mnie nie wiadomo ile, a ja nie umiem znaleźć czasu nawet na bloga, który jest dla mnie mega ważny. Wracam tutaj już nie wiem który raz, ale jestem tym razem pewna, że nie wrócę na długo. Na szczęście mam kilka pomysłów na fajne posty, więc przez kilka dni prawdopodobnie będę. Będziecie mogli wtedy dowiedzieć się trochę o fajnym serialu, poznać nową muzykę, obczaić kilka nowych tytułów książek i zainspirować się czymś co pozwoli Wam zrobić super prezent pod choinkę! Ja w tym roku niestety zupełnie nie znajduję czasu na długie podróżowanie po sklepach w celu kupienia drobiazgów dla najbliższych, więc co mi się udało, to kupiłam przez internet! Uf! Jakie to pomocne. Także wchodźcie, czekajcie. Będzie fajnie. Mam nadzieję.

Pamiętacie jak dwa lata temu byłam we Wrocławiu i niesamowicie cieszyłam się z wizyty w Galerii Plakatu? Chyba nigdy nie zapomnę mojego szczęścia, które towarzyszyło mi podczas tych kilku godzin. Z galerii wyszłam z dwoma plakatami które mojemu sercu są bardzo bliskie- Bałtyk i Krynica Morska. To miejsca gdzie spędziłam najwięcej czasu w przeciągu swoich dziewiętnastu lat życia. Miałam niesamowite szczęście, że te dwa plakaty były przepiękne! Tak naprawdę wszystkie mi się podobają, ale te są jednymi z najlepszych. To się nazywa szczęście ahahha. Uznałam, że kupowanie Elbląga mieszkając w Elblągu jest bez sensu i postanowiłam, że jeśli będę miała taką ochotę to zrobię to jak stąd wyjadę... chociaż nie przekonuje mnie fakt, że nie ma samego Elbląga, a jedynie elbląski kanał, ale jest to kwestia do przegadania. Plakat jest piękny, więc warto. 

No i widzicie. Minęły dwa lata, a ja dopiero teraz zdecydowałam się na podjęcie jakichkolwiek kroków w tej sprawie. Na razie wyjęłam jakieś stare ramy i wsadziłam tam moje dwa przepiękne plakaty. Z braku mężczyzny w domu położyłam je na razie luzem, ale już za tydzień moja sytuacja się zmienia. Pomocnego Mężczyznę będę miała na wyciągnięcie ręki, więc wreszcie będę mogła puścić wodzę fantazji i nie kłaść wszystkiego co chcę mieć na ścianie na podłogę ahhaha. To oczywiście też ma swój urok- ale w granicach rozsądku.

Mam jeszcze kilka pocztówek z replikami plakatów i mam zamiar kupić piękne, brązowe ramki w starym stylu (idealnie by było, gdybym znalazła takie u Babci lub Dziadka!!) żeby pasowały mi do całego pokoju. Do wykorzystania mam całą białą ścianę, na której kilka lat temu miałam odkryty wieszak na ubrania. Zdjęciem niestety nie umiałam oddać uroku dwóch ram, które na plus zmieniły mój pokój... ale pomimo, że stoją na wierzy i zasłaniają mi wszystkie płyty, to już jest pięknie! :D

Jestem teraz w szale szukania odpowiedniego prezentu na wigilię klasową i już kilka dni temu wpadłam na pomysł, że to może być dobre rozwiązanie! Was również zachęcam. Plakaty teraz wracają do domów i rozwiązania w jakich można je zobaczyć są naprawdę bardzo zadowalające. Nie zrozumcie mnie źle. Nie mówię tu oczywiście o plakatach motywacyjnych z wymyślnymi fontami (swoją drogą- we wtorek odkryłam font, który idealnie pasuje do mojego dyplomu artystycznego! Nareszcie!♥ Długo poszukiwane rzeczy cieszą najbardziej). Mam na myśli dobre ilustracje, piękne plakaty i rozwiązania graficzne. Jak to zawsze bywa- najwięcej można znaleźć rzeczy niedobrych, ale istnieją perełki, na których widok aż chce się krzyczeć z radości. Dlatego podam Wam skąd można czerpać, ale oczywiście są to linki dzięki którym możecie przeszukać cały internet w poszukiwaniu czegoś dalej ;) Ja swoje plakaty kupiłam w stacjonarnej Galerii Plakatu we Wrocławiu KLIK. Internetowe sklepy z plakatami to m. in. : galeriaplakatu.com.pl  :)


Buziaki! ;*

środa, 30 listopada 2016

Zakopane

Hejka! :)
Dzisiaj szybkie rozwiązanie zagadki co robiłam w pociągu w weekend. W piątek zupełnie spontanicznie narodził mi się w głowie pomysł pojechania w góry, konkretnie do Zakopanego. Plan wypełniłam i już o trzynastej w sobotę byłam w tym pięknym górskim mieście, które uwielbiam. Wiem, że pewnie miłośnicy gór teraz zjadą mnie od góry do dołu, ale ja potrzebuję być tam przynajmniej raz do roku, a z miłą chęcią pojawiałabym się jeszcze częściej. Cel był jeden- zrobienia wspaniałego zdjęcia do mojego dyplomu. Potrzebowałam Anieli, którą na pewno doskonale znacie. Łóżka. Białej pościeli i wykonania kadru, które miałam w głowie już od dłuższego czasu. Zadanie wypełniłam. To zdjęcie które publikuję nie jest tym docelowym. To właściwe pojawi się w dyplomie, który prawdopodobnie nie będzie publikowany- ale może? Zobaczę jak to będzie. W każdym razie na dniach przyszykuję dla Was pierwsze wzmianki na temat mojej pracy dyplomowej kończącej moją edukację w Liceum Plastycznym. 

W górach było tak pięknie! Pierwszy raz miałam możliwość bycia tam przez chwilę samej. Rozmawiałam z góralami, zachwycałam się słońcem i śniegiem na szczytach gór. Było mi bajecznie! ♥ Nie wyobrażam sobie swojego życia bez podróży. Ludzie łapali się za głowy mówiąc, że jechanie na drugi koniec Polski nie ma sensu, że po co, że przecież łóżko, białą pościel i dziewczynę znajdę w Elblągu... ale ja wiedziałam swoje- i bardzo dobrze, że to wiedziałam! Było idealnie ♥ Miałam bardzo intensywny weekend, ale niesamowicie odpoczęłam. To właśnie na wszelkiego rodzaju wyjazdach odpoczywam najlepiej- wtedy moja głowa jest wolna od problemów i zadań, które powinnam zrobić, ale nie robię. Mam wolny umysł od komputera (niestety już nie od Internetu od którego jestem uzależniona z powodu darmowych 30GB na telefonie. eh). Jest mi wtedy idealnie i polecam! :)

Chciałam na początku pokazać Wam jedynie przepiękne zdjęcie gór, które udało mi się zrobić (za mgłą znajdował się Giewont, ale widziałam go chyba tylko przez dziesięć minut całego mojego pobytu tam^^). Trochę kombinowałam co i jak i z racji tego, że jestem niesamowicie zakochana w tej grafice- wstawiam to. Miłośnicy gór i tak doszukają się tego co chcą zobaczyć, więc spokojnie :) Są góry, jest Aniela i jest satysfakcja :) Polecam.
Buziaki! :*

poniedziałek, 28 listopada 2016

WAJDA. Kronika wypadków filmowych

Hejka! :)
Bardzo trudno zabrać mi się za ten post. Zawsze kiedy dostaję propozycję przeczytania jakiejś książki mniej więcej już w głowie ustalam sobie zarys wstępu. Moje pierwsze odczucia co do ogólnego tematu itp. W tym wypadku jednak nikt przed premierą prawdopodobnie nie spodziewał się takiego przebiegu akcji i czytając ostatnie słowa książki łza w oku się kręci...

Z twórczością Andrzeja Wajdy nie miałam wiele wspólnego. Na filmwebie odnotowano sześć moich spotkań z jego twórczością. Nie popadajmy jednak w skrajności i nie utożsamiajmy liczby z moją wiedzą na temat reżysera. Wiedza była duża, uznanie i szacunek jeszcze większy, jednak nikt nie przyznaje dodatkowych godzin w ciągu doby na nadrabianie starych filmów. W pewnym momencie mojego życia nie robiłam nic innego, jak tylko zagłębiałam się w dobre kino dawnych lat. W czasie kiedy mój chłopak pasjami oglądał wszelkie nowości, ja wracałam do starych dat, pięknych plakatów, czarno białych filmów. Żyło mi się świetnie. Z biegiem czasu świadomość wzrosła, czasu brakowało, a do nadrobienia zostało jeszcze masa filmów. Ba, stwierdzam nawet, że z każdym rokiem klasyki na mojej liście "do obejrzenia" wzrasta w coraz to nowsze punkty. Kilka lat temu naszła mnie ogromna fala fascynacji twórczością polskich twórców. Zachłysnęłam się Romanem Polańskim.... a Andrzej Wajda nadal był gdzieś z boku.

Miałam nadzieję, że ta książka pobudzi mnie do nawiązania pewnego rodzaju romansu z ponad sześćdziesięcioma filmami, które stworzył. Nie spodziewałam się jednak wydarzeń z dziewiątego października... 

Nie lubię (i wiele razy o tym wspominałam) sytuacji, kiedy to po śmierci nagle wszyscy zachłystują się muzyką, filmami, czy fotografiami danego artysty. Przed śmiercią obojętny, nagle rośnie w oczach tych ludzi do kogoś wybitnego. Na szczęście tym razem tak się nie stało, przynajmniej nie w moim otoczeniu. Tak więc bez żadnej krępacji i obrzydzenia mogłam w spokoju zapoznać się  pozycją proponowaną przez wydawnictwo Mg. 

Chciałabym w jednej chwili napisać o wszystkim co mam w sercu, wiem, że się nie da... dlatego postaram się opanować i w spokoju wybrać poszczególne rzeczy w kolejności poruszenia ^^ Tak więc po pierwsze: fantastyczna okładka! Zakochana w fotografii od wielu lat uwielbiam biało czarne zdjęcia mężczyzn z głębokim spojrzeniem w obiektyw. Tylko raz udało mi się uchwycić mojego Dziadka w sposób mnie zadowalający- ale graficznie (zrobiłam jedną z najlepszych grafik w swoim życiu!), zdjęcie nie wyszło aż tak dobre. Nadal szukam i poszukuję dobrego rozwiązania. Jeśli kiedykolwiek jakikolwiek młody człowiek będzie chciał mnie wziąć na zdjęcia i uda mi się wychwycić w nim właśnie to nieodgadnione coś- to obiecuję, że pierwsza rzucę się na kolana i oświadczę, że chcę zostać jego żoną hahahha. A może to nie chodzi o sam kadr, o dobrą pozę? Może wszystko kryje się w historii tych oczy? To zdjęcie jest tego idealnym przykładem, ponieważ to co dzieje się na ponad trzystu stronach tej książki opowiada historię przepiękną! Człowieka wybitnego i docenionego, którego grono wielbicieli nie zmaleje nigdy. Mogłabym patrzeć w to zdjęcie godzinami. Jestem zachwycona wyborem i chylę czoła przed fotografem (Rafałem Latoszkiem). Wiem jak trudno jest zmusić mężczyznę żeby pozował do portretu z ręką przy twarzy. Nie doszłam jeszcze do takiego poziomu, żeby dla mnie i modela była to sytuacja naturalna. Natomiast Pan Rafał robi to nadzwyczaj często i robi to wybitnie. Polecam portfolio zobaczyć TUTAJ. Wybór fontu i idealny odcień zielonego. To wszystko zdziałało cuda i mogę z ręką na sercu powiedzieć, że to jedna z najlepszych okładek jaka wpadła w moje ręce ostatnimi czasy! Ale przejdźmy do kolejnego punktu^^

Dosyć przykro było mi w momencie, kiedy czytając Kronikę wypadków filmowych zdałam sobie sprawę, że autor książki- Bartosz Michalak- nie skorzystał z możliwości rozmowy z samym reżyserem. Oczywiście, rozumiem zamysł i jestem pełna uznania, że wszystkie wypowiedzi aktorów jak i współtwórców filmów Wajdy zostały poprowadzone w taki sposób, że chociaż samego artysty w książce nie ma, to przepiękne opisy jego osoby, historie z planu, czy sposób w jaki Andrzej Wajda pracował z aktorami stwarzają nam pełen obraz człowieka. Nie brakuje w tej książce niczego i pewnie gdybym przeczytała ją rok temu, to podobałoby mi się w niej wszystko... ale zważywszy na datę premiery zapewne każdy inaczej patrzy na to wydanie i nieświadomie doszukuje się chociażby tych ostatnich wypowiedzi reżysera. Jednak to moje odczucia, bardzo głębokie i zupełnie nie wpływające na jakość książki. Taki był zamysł i taki akceptuję.

Książka podzielona jest na rozdziały, w każdym z nich na warsztat brany jest jeden z najważniejszych filmów Wajdy. Wyczuwałam tą niesamowitą atmosferę na planie, tą inność, która towarzyszyła podczas pracy z Panem Andrzejem. Czułam ją, ponieważ w piękny sposób wypływała z wypowiedzi współpracowników reżysera. Nie jest to forma wywiadu (uf! Całe szczęście). Jednak wypowiedzi są w książce poukładane w taki sposób, że w jasny i czytelny sposób przemierzany te ponad sześćdziesiąt lat pracy i produkcji fantastycznych filmów.

Tekst dopełniony jest kilkoma zdjęciami, kadrami z filmów, a co najważniejsze- znaleźć tu można fragmenty scenariuszy, scenopisów, storyboardów, czy szkiców kadrów filmowych. Jest to dla mnie na tyle cenne, że wiem, że z takich materiałów warto korzystać. Kiedy w szkole uczymy się o tego typu formach przedfilmowych każdy z nauczycieli ma inny system, w internecie również można znaleźć wiele opinii jak powinno robić się np. storyboard. Przez pewien czas miałam z tym problem. Rok temu mój nauczycie ganił mnie za zbyt duże marnowanie czasu na jakiekolwiek zbędne kreski w szybkim zarysowaniu kilku kadrów filmowych, natomiast w tym roku moja nauczycielka kładzie nacisk na bardzo dokładne, wręcz komiksowe oddanie naszych wizji. Miałam mętlik w głowie, na szczęście co nie co podpatrzyłam w tej książce i wiem, że skoro Andrzej Wajda to akceptował, to jest to dobre hahahha. To taka mała dygresja. Może kogoś zainteresuje ^^ 
Cieszę się, że wstawki graficzne nie zostały potraktowane jedynie fotograficznie, cieszę się, że znalazło się tutaj naprawdę wiele zeskanowanych, bardzo ciekawych materiałów. 

To pozycja chyba wręcz obowiązkowa! Tak jak wspominałam: przez ten miesiąc będę proponowała Wam różne pomysły na prezenty i to bezapelacyjnie jest jedno z najlepszych rozwiązań! Pięknie wydana w niekonwencjonalnym formacie, idealnie nadaje się na sprawienie komuś radości spod choinki :)


A czemu zdjęcie zrobione zostało w pociągu? 
To bardzo ciekawa historia, o której opowiem Wam już jutro :)
Buziaki! :*

czwartek, 24 listopada 2016

Sposób na (cholernie) #szczęśliwe życie

Hejka! :D
Pewnie już to wiecie, ale powtórzę jeszcze kilka razy- mam najbardziej inspirującą tablicę facebookową na świecie. Po wyłączeniu wszystkich powiadomień od znajomych i redukcji fanpage'ów została mi naprawdę garstka rzeczy jedynie dobrych. Oznacza to, że przeglądając tablicę wcale nie marnuję czasu, a jedynie dobrze spędzam czas. Jednym z dobrych polubień jest Piotr Żyłka Blog. Dziennikarz, który zachwyca pięknym Słowem Bożym, słowem o Bogu w połączeniu z pięknymi, prostymi grafikami. Jest twórcą książek o księdzu Janie Kaczkowskim (których jeszcze nie miałam możliwości przeczytać), który urzekł mnie pięknymi słowami na temat swojego przyjaciela. Już jakiś czas temu zaczęły pojawiać się jakieś wzmianki o nowej książce. Tym razem miało być o cholernym szczęściu. Brzmiało wyśmienicie. 

To przykład nieudanej, zbyt szybkiej promocji. Od mojej pierwszej styczności z pomysłem na książkę minęło naprawdę bardzo dużo czasu. Wciąż sprawdzałam w księgarniach internetowych kiedy w końcu będę mogła ją kupić, ale bezskutecznie. Czytałam pewną krótką wzmiankę nawet o tym, że te same odczucia miał Szymon Hołownia, który niesamowicie czekał... i doczekać się nie mógł (niestety teraz nie mogę znaleźć tej wypowiedzi). Wreszcie o książce zapomniałam. Dopiero niedawno znalazłam ją na plebani, a kilka dni później dostałam w prezencie na imieniny (których nie miałam- długa historia^^). Zasiadłam i przeczytałam w dwa dni. Tutaj potwierdza się reguła, że jak chcesz, to zawsze znajdziesz czas- jakimś kosztem, ale jednak. Ja znalazłam i jestem niesamowicie szczęśliwa, że wreszcie mogę dodać jakiś książkowy post! :D

Siostra Małgorzata Chmielewska była mi osoba zupełnie nieznaną i aż do przeczytania tej książki sądziłam, że została odkryta przez autorów Sposobu na (cholernie) #szczęśliwe życie Tak jednak nie było. Siostra jest niesamowicie mocno działającą osobą. Robi fantastyczne rzeczy dla ludzi i swoim życiem pokazuje jak szczęśliwie żyć- a przecież to jeden z największych celi w naszym życiu. Nie jest to zwykły poradnik, w którym w punktach zostało wypisane co zrobić, aby dzień w dzień chodzić z uśmiechem na twarzy. Takie coś nie istnieje. Aby być radosnym trzeba również być smutnym. Ja odkryłam to dopiero kilka lat temu, kiedy podczas składania urodzinowych życzeń ktoś powiedział mi, abym przeżywała trudne chwile i nie zawsze dla mnie łatwe. Te słowa zostały we mnie do teraz i za każdym razem, kiedy składam komuś życzenia pamiętam o tym. W życiu potrzeba kontrastów. Ludzie zbyt szybko przyzwyczajają się do dobrobytu. Pragną go więcej. W życiu potrzebna jest równowaga.

Nie przepadam za formą książkowego wywiadu, nie leży mi to, ale jestem świadoma, że w taki sposób bohater jest przedstawiony najbardziej realistycznie. Do mnie przemówiło naprawdę niesamowicie wiele! Zachwycałam się wieloma cytatami i w pewnym momencie moje serce wybuchło radością z powodu tak oczywistych stwierdzeń, że pobiegłam po zakreślacz i podkreśliłam w całej książce aż trzy drogowskazy. Te banalne, wpajane nam rzeczy są przez nas najczęściej zapominane. Warto do nich wracać. Warto spojrzeć na małe rzeczy z perspektywy rzeczy ogromnych!

Słowa Siostry Chmielewskiej są trudne. Wiem, że gdybym dopiero zaczynała historię z odkrywaniem Miłosierdzia Bożego, to cała książka byłaby dla mnie niezrozumiała. Patrząc na siebie z przed kilku lat wiem, że osoby wierzące w moich oczach zawsze miały dostawać namacalne dobra materialne, miały leżeć na łożach z baldachimem w domu z basenem. Im jednak dłużej jestem zakochana w Bogu tak na maksa, tym bardziej wiem, że nie o to chodzi. Największy skarb jaki możemy otrzymać, to łaski spływające od Pana. Wtedy to, czy jesteś biedny, czy mieszkasz w kawalerce, czy w willi, czy zarabiasz miliony lub tysiąc złoty miesięcznie jest ważne, ale staje dopiero na drugim lub nawet trzecim miejscu. Najważniejsze jest zawierzenie tego wszystkiemu Bogu- teraz to wiem, więc z przyjemnością czytało mi się tę pozycję! Siostra Małgorzata jest wypełniona Bogiem w każdym centymetrze siebie, a co ważne dla tej książki- na wiele tematów patrzy z zupełnie innej perspektywy. Czasami są to takie proste stwierdzenia, czasami wychodzące zupełnie poza ramy istoty ziemskiej. 

Czytając tę książkę chciałam Wam wiele napisać, miałam wiele sugestii i ciekawych przemyśleń, ale chyba aktualnie zostały na dnie mojego serca- i dobrze, najwidoczniej miały być jedynie dla mnie. Piszę do Was o tej książce z kilku powodów. Przede wszystkim po to, żeby zainspirować Was do sięgnięcia po tą książkę i może obudzenia ludzi, którzy podobnie jak ja nie wiedzieli, że premiera w końcu się odbyła i na pułkach sklepowych można już znaleźć ten tytuł... ale jak to zwykłe mam w zwyczaju- piszę o niej również dlatego, że niedługo są święta, propozycji na prezenty pod choinkę mam nadzieję, że znajdziecie u mnie wiele i to jest właśnie pierwszy post z inspiracją dla bliskiej osoby. Czasami nie warto kupować powieści- moim zdaniem bardzo rzadko warto, ponieważ patrząc na mój przykład: taka książka nigdy nie była trafiona. Jednak wszelkiego rodzaju biografie, wywiady książkowe są strzałem w dziesiątkę. Oczywiście tylko wtedy, kiedy są naprawdę dobre- a ta pozycja: poza wspaniałym tytułem, ma również fantastyczne treści o genialnej osobie! :) Chwała Panu za Siostrę Małgorzatę Chmielewska. 


Buziaki! ;*

sobota, 19 listopada 2016

łatwiej?

Hejka:)
Przeciążyło mnie pisanie na konkretny temat dzień w dzień. Musiałam dać sobie chwile swobody, dzisiaj też to robię. W teorii zapisałam naprawdę fantastyczne tematy, które chciałabym poruszyć, i mam nadzieję poruszę, ale to tak może od jutra na nowo ^^

Krążę obok tematu wspólnoty już od dłuższego czasu. Nie, to nie dzisiaj. Jeszcze nie dorosłam do momentu, w którym mogłabym Wam pięknie zapromować to zgromadzenie, ale dzisiaj chciałabym powiedzieć kilka słów tak o- tak jak zawsze... z byle powodu.

Jestem wierzącą osobą. Rzec by można- bardzo wierzącą. Otaczam się ludźmi, którzy są wierzący i kiedy poznam kogoś kto jest fantastyczny i dowiem się, że wierzy- to moje serce raduje się bardziej. Uwielbiam rozmawiać z ludźmi, którzy nie wierzą, ale są otwarci na mój sens życia jakim jest Bóg. Nie mam problemy ze spędzaniem każdego dnia na parafii, na mszy w Kościele, czy na odmawianiu różańca w zaciszu swojego domu. Nie mam z tym problemu, ale tylko w momencie, kiedy całą sobą angażuję się w moją wspólnotę. Jaka by ona nie była. Czy składałaby się jedynie z ludzi wspaniałych, czy z tych, którzy nie za bardzo do mnie przemawiają- za każdym razem Ci ludzie motywują do codziennego dawania świadectwa samym sobą. W środku mnie zapala się wtedy taka lampka: "chcę zrobić tak wiele, chcę zarazić kolejne osoby, chcę aby wszyscy byli tak samo zakochani w Panu jak ja!". To ciężkie zadanie. Codziennie wkurzam się na wszystkich po kolei, że nie odczuwają tego tak jak ja. Bóg stara się nauczyć mnie w tym wszystkim pokory, ale ja zapieram się nogami i rękoma. Przecież robię dobrze, na Jego chwałę... dlaczego mam stopować? Może jest tak, że tego bloga założyłam jedynie po to, żeby raz na jakiś czas Bóg szepnął mi kilka słów podczas pisania notki. Za każdym razem kiedy zabieram się już za ten "trudny" temat wychodzi z tego zupełnie coś innego niż chciałam. Niż wcześniej sobie to obmyśliłam. Czuję wtedy takie kierownictwo Boga, wiem, że to jest dobre. Wiem, że trafia to do ludzi (zdaję sobie sprawę, że nie do wszystkich), ale to przede wszystkim zrzuca na mnie kubeł zimnej wody i wyjaśnia mi wiele trudnych dla mnie sytuacji. Dziwne to prawda? Przecież to ja- Karolina- piszę te wszystkie posty. To JA siedzę chora na łóżku, to JA stworzyłam bloga, to JA postanowiłam napisać ten post, i to wreszcie JA go piszę własnymi rękoma.... I w tym właśnie cała tajemnica naszej wspaniałej katolickiej wiary!♥ To JA to cała JA, prawdziwa z ciała i kości... wypełniona Bogiem po każdy brzeg swojej 168 centymetrowej osoby. Przepełnia mnie to niesamowitą radością, kiedy dostaję wielki dar odwagi, aby iść do konfesjonału, aby zapomnieć o Księdzu i oddać Mu wszystko, aby później móc cieszyć się spotkaniem z Nim w Eucharystii. Wyobrażacie sobie, że Bóg stworzył mnie niezliczone wieki temu wiedząc już ile mam włosów na głowie, wiedząc jak dziwną osobą będę i jaki plan dla mnie zgotował. Jest to dla mnie niepojęte. Każdego dnia staram się jakoś zrozumieć to Miłosierdzie i ten wielki zamysł. Nie udaje mi się.

Dzisiaj poruszyłam z kolegą temat Nieba. Zastanawiał się on, jak będzie mógł w Niebie spełniać swoją pasję muzyczną. Jak będzie wyglądała tam jego droga muzyczna. Niesamowite jest to, że tak bardzo jesteśmy pewni tego miejsca, że tak bardzo chcemy się w nim znaleźć. Pisałam Wam o Niebie już TUTAJ Lubię o tym mówić z ludźmi, lubię się tym zachwycać.
Jest jeszcze jedna dyskusja, która w pewnym momencie wypłynęła w rozmowie z moją koleżanką. Nie jest wierząca. Widzi nas jako osoby, którym wszystko wychodzi, ponieważ Bóg prowadzi nas za rączki i w każdej chwili odsuwa od nas swoim palcem z Nieba przeszkody podkładane nam pod nogi. Chciałaby uwierzyć, ale nie z potrzeby miłości- z potrzeby łatwego życia. Kochani, tak się nie da. Poruszanie tematu: "wierząc masz bardzo łatwe życie"- jest bardzo trudne. Z jednej strony nie wyobrażam sobie życia bez Niego, nie widzę w tym sensu. Nawet jeśli wielokrotnie nie zgadzam się z różnymi rzeczami w Kościele, nie potrafiłabym zrezygnować z Eucharystii, Spowiedzi, codziennej modlitwy, czytania Pisma Świętego [...] Nie widzę sensu w byciu Polakiem- otaczaniem się tak oczywistym działaniem Pana Boga i nie wierzeniem w Niego. Chyba nie jestem aż tak odporna na nieprzyjmowanie namacalnej Miłości. NAMACALNEJ! Kiedy wiem, że całe moje życie jest zaplanowane, że Bóg zna mnie z imienia i całej mojej historii życia oczywiście jest mi łatwiej... ale czy mam łatwe życie? Słysząc tyle świadectw w swoim życiu stwierdzam, że nie! Każde życie jest trudne, każdy nosi swój krzyż- taki, jaki umie udźwignąć. Z boku może się wydawać, że ktoś nie ma problemów, za to Ty masz najwięcej... tak nie jest. U Boga każdy traktowany jest na równi. Mam wiele problemów. Nie dorosłam jeszcze do świadectwa swojej wiary opublikowanego w internecie. Mam masę problemów i gdybym komuś opowiedziała o tym wszystkim mógłby uznać, że mam najgorzej. Ja o sobie nie umiałabym powiedzieć tego nigdy. Czuję się najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. Jednak wypełniając ankietę jestem pewna, że nie wyszedłby mi pozytywny wynik. Jezus jest obok zawsze. Stara się nas chronić... ale on nigdy nie otoczy nas bańką mydlaną, na którą będzie chuchał przez osiemdziesiąt lat. Powoli nam wiele razy upaść, ale za każdym razem poda nam rękę. Jest mega super hiper! :D

We wspólnocie jest moment spontanicznej modlitwy. Na wierzch wychodzą wtedy największe problemu. Wydaje mi się, że jest to miejsce, do którego przychodzą ludzie najbardziej pokaleczeni, ale mimo wszystko najbardziej radości. Bo człowiek wierzący, to człowiek szczęśliwy! Pocieszamy się kiedy jest taka potrzeba- i robimy to w sposób najlepszy, ponieważ zawierzamy to wszystko Jemu. Umiemy dogadać się wszyscy razem, ponieważ wyznajemy jedne i te same wartości. Kiedy jest czas śmiejemy się, imprezujemy, chodzimy do kina i na piwo. Tworzymy razem coś na wzór rodziny i to jest niesamowite. Nie, nie musimy się wszyscy lubić- i mogę Was zapewnić, że tak nie jest (też miałam mylne zdanie o członkach wspólnoty^^). Nie wszyscy rzucamy się sobie w ramiona, ale nigdy nie ma sytuacji, żeby ktoś rzucił się sobie do gardeł. To nie szkoła, we wspólnocie nie znajdziecie ludzi połączonych ze sobą z dziwnej kombinacji punktów w rekrutacji. We wspólnocie każdy z nas jest Dzieckiem Bożym i stara się tym dzielić. To wszystko sprawia, że jesteśmy w każdej chwili razem i to jest super! 

Ciężko mi czasami przezwyciężyć swoje lenistwo lub gniew z powodu tęsknoty za Jego namacalnym dotykiem Miłości. Wkurzam się wtedy i zamykam w sobie. Nie zauważam drobnych rzeczy, które dla mnie robi... a przecież robi to ciągle! I właśnie wtedy ważna jest wspólnota. Przebywanie ze Słowem i wspólna motywacja do działania. Nie potrafiłabym żyć bez wspólnoty, bez bliskiej relacji z Księżmi i możliwością rozmowy z nimi w każdym momencie. Jestem wdzięczna Bogu, że pomógł mi nigdy nie skręcić na tę złą drogę... że zawsze trzyma mnie za rękę i przeciąga na Swoją stronę pokazując mi Swoją wielkość. Nie wiem, czy to listopad tak na mnie działa, czy coś innego, w każdym razie wróciłam do działania i czuję, że nawet jeśli już wszyscy mają mnie dosyć- to umacniam się w Bogu bardzo mocno i bardzo życzę tego również Wam. No. Najbardziej Wam tego życzę :*

A, no i widzicie- Bóg chciał żebym Was zaprosiła na wspólnotę, bo teraz czytałam notkę żeby ją opublikować i tak "przypadkowo"(nie ma przypadków! ^^) zrodziła mi się myśl, że może napiszę o spotkaniu mojej wspólnoty. hahahha. Bóg działa zawsze Kochani. Doceniajmy to! W takim razie: w najbliższą ŚRODĘ! 23 listopada 2016 roku w ELBLĄGU moja wspólnota o godzinie 19.00 ma spotkanie w salce parafialnej na ulicy SOBIESKIEGO 37 przy parafii ŚW. RAFAŁA KALINOWSKIEGO. Nie bójcie się przyjść, bo będzie bardzo dużo nowych osób. My jesteśmy mili i rozmawiamy z każdym nowym członkiem, serio. Jeśli w sercu poczułeś, że to informacja do Ciebie, to chooodź! Jeśli czytasz mojego bloga, a we wspólnocie już byłeś, to choooodź do nas znów! Jeśli tęsknisz za Bogiem, to choooodź! Nawet jeśli nie czujesz Boga, to chooodź! Było u nas już wiele takich przypadków- Słowo Boże ma moc. Pomaga! :D



Buziaki! :*

wtorek, 15 listopada 2016

muzyczna siódemka

Hejka! :)
Na wstępie tylko zaznaczę, że każdy kto w Elblągu zastanawia się czy przyjść na rekolekcje o uzdrowienie wspomnień, które odbywają się na hali CSB od dzisiaj do czwartku o godzinie 18.00- niech przestanie się zastanawiać i jutro stawi się twarzą w twarz z Bogiem. Jak co roku jest naprawdę rewelacyjnie! Bardzo dobre katechezy, czas na własną modlitwę, wspólne wyznanie wiary. Polecam.

Dzisiaj zdałam sobie sprawę jak bardzo moja youtubowa historia płacze z przepełnienia. Otworzyłam wszystko co interesowało mnie od ostatniego postu muzycznego i z miłą chęcią podzielę się z Wami najnowszą dawką muzyki, która ostatnio mocno ze mną trzyma! Jest ich oczywiście o wiele więcej niż siedem, ale to nie moja wina, że wszyscy na raz postanowili wydać tak dobre kawałki! Oczywiście, byłoby ich więcej... ale z racji ilości postanowiłam wybrać same perełki lub utwory, które zmuszą Was do włączenia się w rozmowę ze mną :) No to lecimy:

1. Daria Zawialow- Kundel Bury. Bardzo lubię tytuły piosenek tej artystki i nadal z niecierpliwością czekam na jej płytę. Czuję, że to będzie niesamowite i bardzo trafiający w mój muzyczny gust. Kiedy tylko pierwszy raz usłyszałam tę piosenkę nie mogłam powstrzymać się od ciągłego zapętlania, co spowodowało, że aktualnie aż tak ochoczo do niej nie podchodzę, ale nadal uwielbiam! Dzisiaj będę mówić też trochę o teledyskach, więc i o tym wspomnę: pomysł na ten taniec świetny, mimika twarzy piosenkarki super, montaż bez zastrzeżeń... tylko proszę mi powiedzieć co to za nagranie?! Cóż to za marna jakość, słabe kadry i amatorska praca z naturalnym światłem? Jeśli było to zamierzone- to tym bardziej nie popieram.


2. Krzysztof Zalewski- Miłość Miłość. Aż się dziwię, że jeszcze nie wspominałam o tej piosence na tym blogu! Rewelacyjna, jestem tak bardzo zakochana! Cieszę się, że Zalew zmienił stylistykę. Tym razem postawił na bardziej romantyczne nuty, zrezygnował z szaleństwa. Na korzyść moim zdaniem. Poprzednia płyta była wybitna, ale ciszę się, że nie stara się powielić sukcesu, a spróbować z czymś innym. Myślę, że wyszło zadowalająco!♥ Mnie zadowala. Bardzo! Co do teledysku- czuję, że nauczę się chińskiego dzięki temu wstępowi hahaha. A tak naprawdę: myślę, że performance był iście ciekawy, oglądanie teledysku pochłonęło mnie bez reszty, a wspaniała Natalia Przybysz (do której te określenie od pewnego czasu zupełnie mi nie pasuje i bolało mnie serce, kiedy to pisałam... jednak postanowiłam nie iść tym tropem i napisać odczucia z pierwszej analizy teledysku. Wtedy jeszcze czułam, że jest wartościową Kobietą) i jej genialna mimika, czerwona sukienka- to coś mistrzowskiego! Mogłabym patrzeć i patrzeć :)


3. Natalia Przybysz- Przez sen. Tak, należę do tych osób, które zupełnie nie skupiają się na tekście, nie słyszę co chce mi przekazać artysta. Dopiero za którymś razem zaczynam rozumieć sens i wgłębiać się w to wszystko bardziej. Piosenkę usłyszałam pewnego dnia z rana i zachwyciłam się. Zupełnie nie słysząc niektórych zastanawiających fraz. Spodobała mi się bardzo! Dałam łapkę w górę. Zapomniałam o niej. Kilka dni później wróciłam do niej i zaczynałam już powoli ją śpiewać... tylko, że jak ja śpiewam, to robie milion innych rzeczy. Po prostu mój mózg zapamiętuje niektóre wersy i pozwala mi to śpiewać bez żadnego przemyślenia. I nagle nadeszła sobota podczas której przeczytałam OBRZYDLIWY artykuł Natalii Przybysz dla Wysokich Obcasów o aborcji. Cała piosenka nabrała dla mnie wtedy zupełnie innego wydźwięku. Czemu ją tutaj umieszczam? Ponieważ obiecałam sobie i Wam, że będę tutaj dodawać nawet moje bolączki sercowe, które wpadają mi w ucho. Przeżywam to bardzo mocno, ale piosenka jest naprawdę dobra! Świetny tekst (pomijając jego obrzydliwe znaczenie!!!!!!!). Kłócą się we mnie dwie Karoliny. Jedna chce słuchać, druga karci siebie za te myśli. Ktoś może powiedzieć, że Marii Peszek słucham i jej wykrzykiwania, że Pan nie jest moim pasterzem- ale nie musi być. Modlę się o to, aby wreszcie odkryła kto jest jej Bogiem i dla kogo żyje... ale jeśli tego nie zrobi, to wiem jak dobrym człowiekiem jest i jak bardzo Bóg ją kocha. Mogę to słuchać, mogę nawet śpiewać. Jednak jeśli ktoś zabija swoje dziecko, bo nie chce znów babrać się w pieluszkach, to mam dosyć! Jednego nie można zarzucić Natalii- jest bardzo dobrą artystką, która niestety w moich oczach straciła cały szacunek już na zawsze. Więcej na ten temat przeczytać możecie TUTAJ


4. Maria Peszek- Znajdziesz mnie znowu. Ah, jak te moje dzisiejsze zestawienie następuję jedno po drugim. Jeśli jakiegoś artystę wspominam w punkcie poprzednim, to nagle jego utwór pojawia się pod kolejnym numerkiem. Nie robiłam tego celowo, ale właśnie to zauważyłam... chyba niestety już nie będzie takiej możliwości. W każdym razie! Nie wiem gdzie mi się to wyświetliło. Myślałam, ze na fp artystki, ale jak teraz patrzę, to nie mogę znaleźć :/ Może podsunął mi to yt. Z racji tego, że posiadam płytę Karabin ,jak i każdą inną swoją drogą, to bardzo rzadko znam tytuły piosenek. Nie wiem czemu, ale tym razem nie miałam ochoty oglądać teledysku do (jak mi się zdawało) najnowszej piosenki Marii. Jednak kilka dni później się przemogłam. Okazało się, że piosenki na Karabinie nie ma, że jest stara i na dodatek pochodzi z filmu. Teledysk bardzo mnie zaciekawił... chociaż nie za bardzo go rozumiałam, był mocno pocięty. Z opisu wyczytałam, że były to kadry z filmu "Z miłości". Pomyślałam, że to na pewno jakiś nowy film i będzie genialny. Okazało się, że premierę miał w 2011 roku, a ocena na filmwebie to zaledwie 3,3- uznałam, że nie oglądam. Dzień później obejrzałam. Z czystym sumieniem stwierdzam, że był to najgorszy film jaki widziałam w życiu! Czuję się niesamowicie oszukana. Jednak wracając do samej piosenki- CUDO! Polecam bardzo serdecznie :)


5. Sorry Boys- Wracam. W zespole zakochała się moja siostra po ich koncercie w Mjazzdze. Ja podchodziłam bardzo sceptycznie, nigdy nie zagłębiając się za bardzo w twórczość. Nie wiem o co mi chodzi, ale czasami tak mam, że na wzrok już stwierdzam czy lubię. Tym razem jednak się przemogłam i włączyłam. Cudowna piosenka! Idealne nawiązanie do ludowych pieśni. Wstęp starszej kobiety skradło moje serce. Teledysk bardzo mnie wciągnął i bardzo mi się spodobał. Jestem jak najbardziej na tak ze wszystkim... a czy kiedyś nadrobię inne piosenki? Polskie na pewno! ;) Jak to trafnie ujęła moja siostra: "Aż chce się WRACAĆ" :D


6. Dawid Podsiadło- Tapety. Usłyszałam pierwszy raz i myślałam, że się popłaczę. Tak bardzo mi się nie podobała! Nie wiedziałam jak to możliwe, skoro za każdym razem Dawid trafia w każdy dźwięk, który lubi moje serce. Dałam kolejną szansę- nie pożałowałam. Cudowna piosenka. Bardzo w jego stylu. Wszystko super. Z racji tego, że nie ma teledysku, to powiem tylko, że okładka jest przedziwna i zupełnie jej nie akceptuje. Rozumiem przesłanie i nawiązanie do wcześniejszej fotografii, ale nie przekonuje mnie to wizualnie i estetycznie.


7. Sarsa- Dzieję. To jeden z tych momentów, w których nie wiem, czy lepiej pominąć, czy jednak napisać. Sarsa od zawsze kojarzyła mi się z najgorszymi tekstami wakacyjnych piosenek, ze słabym wyrazem artystycznym i niezbyt ładnym śpiewem. Pewnego dnia za sprawą Pawła zagłębiłam się w jej karierę i dowiedziałam się, że była uczestniczką The Voice Of Poland... i była mocnym rywalem! Obejrzałam wszystkie jej występy i stwierdzam, że nie wiem co się stało, bo była genialna :o Może właśnie dlatego moja podświadomość tak bardzo chciała przekonać się do tego? Nie wiem. Nie chcę tego więcej komentować. Zostawiam Was z tytułem i polecam się zapoznać.


8. Taco Hemingway- Marmur [cały album]. Nie lubię takich dziwnych nawiązań całej płyty do czegoś konkretnego. Z Prądzie Przybysz jest za dużo kwiatów, w Dronach Fisz Emade jakoś za dużo elektroniki i chęci zamienienia się w nią (?). Tutaj jest jakiś dziwny pobyt w Hotelu Marmur. Trochę mnie wkurza, ale mimo wszystko to niesamowicie dobre utworu! Chylę czoła temu artyście. Nie mogę go codziennie słuchać, bo mocno mnie męczy, ale bardzo cenię za wrażliwość i talent! Polecam posłuchać. Cała płyta na yt.



9. Wojtek Mazolewski i Justyna Święs- Organizmy piękne. Słucham i cały czas się zastanawiam, czy to na pewno mi się podoba. Jest dużo fajnych momentów... poza tym uwielbiam głos Justyny! Nic więcej o tym nie napiszę. Polecam posłuchać i wyrobić sobie własne zdanie.


10. Marek Dyjak- Miejsca przedmioty kształty drzwi. Uwielbiam Marka. Za jego historie życia, za to jaką osobę ukazuje w wywiadach, przede wszystkim uwielbiam go za wrażliwość muzyczną. Nie śledzę jego poczynań aż tak dokładnie, ale z tego co wiem... ostatnio było o nim głucho jeśli chodzi o nowe materiały muzyczne i wizualne. Nagle wraca- przynajmniej dla mnie nagle- z tak dobrą perełką wśród internetu! Cieszy mnie to, że weszła moda na piękne teledyski- piękne w taki sposób. Że nie jest to już dziwna historyjka w kawiarni, gdzie piosenkarz dostaje dziwną rolę barmana lub klienta. Piękne to wszystko. Oglądajcie i się zachwycajcie.


11. OSTATNIE, BO JUŻ NIE MAM SIŁY! DZISIAJ TYLKO POLSKIE:
Rysy- Father. Utworu nie mogę za bardzo słuchać, bo nie lubię takiej muzyki...ale kiedy włączyłam ten genialny teledysk, to nagle wszystko nabrało znaczenia! Żadna z tych rzeczy nie powinna być odbierana osobno. To właśnie dopiero razem tworzy idealną całość. IDEALNĄ! Polecam maksymalnie!!!!!!!!♥


Dzisiaj to na tyle. Jak uzbieram pełną siódemkę zagranicznych piosenek, to Was poinformuję. Na razie mam pięć :)
Buziaki! :*

poniedziałek, 14 listopada 2016

najlepsze podróże z fioletowym-sercem

edit: post zaczęłam pisać wczoraj, ale wypadła mi bardzo ważna sprawa i nie mogłam jej dokończyć. Także przepraszam i notka pojawia się dzisiaj.
----------------------------------------------------------------------------------------------------------

Hejka! :)
Tak sobie myślę, że najlepszym antydepresantem na zimne dni i noce jest powrót pamięcią do słonecznych wspomnień... najlepiej do tych, gdzie działania są kreatywne, wzbogacające i wywołują wielkiego banana na twarzy. Jak już Wam wspominałam, na ten miesiąc mam zapisane notki, tj. zapisane tytuły jakie chciałabym poruszyć (nie jestem na tyle szalona, żeby pisać notki na miesiąc w przód, spokojnie). Jedną z nich był ranking moich najlepszych podróży, które w większy lub mniejszy sposób zapisały się na kartach tego bloga. Wczoraj obudziłam się i spojrzałam przez okno... a za nim na trawie leżał najprawdziwszy śnieg. Uznałam, że większej tragedii być nie może. Dlatego teraz moje życie podtrzymuje jedynie ciepła herbata. Postanowiłam wykorzystać właśnie dzisiejszy dzień na wspomnienie lat- ale nie tylko tego, wszystkich pięciu, które miałam możliwość spędzić już jako autorka bloga. 

Zaskakujące jest jak wiele wspólnego z moim wyborem miał Bóg. Oczywiście nie tyczy się to wszystkich tych wypadów, bo w niektórych nie uczestniczył chyba w ogóle (tzn. ja w ogóle Go do siebie nie dopuszczałam), ale większość z nich jest najzwyczajniej najprostsza, a przez doświadczenie Boga staje się tak bardzo uwznioślona, że jestem pewna o trwałości tych wspomnień. Dzisiaj w moim rankingu miejsce ma znaczenie, dlatego pierwsze miejsce jest wspomnieniem najlepszym, natomiast piąte zajmuje ostatnie miejsce w najlepszych wspomnieniach z moich podróży. Najgorsze z najlepszych to i tak najlepsze- pamiętajcie ^^ A żeby nie było nudno, chciałam wybrać zdjęcia inne niż te, które dodawałam w notkach- tym bardziej, że było ich wtedy niewiele (chcę zupełnie zmienić koncepcję moich notek podróżniczych. Iść bardziej w stronę tej z Londynu niż tych surowych: "byłam i wróciłam") tak więc oglądajcie i słuchajcie, bo będzie fajnie.

1. Zakopane 2015 r.   - wyruszając na ten wyjazd wiedziałam, że będzie fajnie, wiedziałam, że będzie super, ale nie spodziewałam się, że to doświadczenie będzie towarzyszyło mi rok praktycznie bezustannie. Z mojej wspólnoty chyba już każdy wie o tym wyjeździe i wie jak było super. Dlaczego? Oczywiście, jest to w dużym stopniu spowodowane tym, że wyruszyłam w miejsce z chłopakiem poszukującym przygód, ale uwierzcie, że gdybym pojechała z tym samym chłopakiem teraz, to bym zabiła! :D Przede wszystkim wspominam to wydarzenie tak niesamowicie, ponieważ przez cały tydzień był w tym wszystkim tak niesamowicie namacalny Bóg! Serio, czułam jakbym po tych górach chodziła nie tylko ze Sławkiem, ale również z Nim. To było takie naturalne, że rozmawialiśmy z Nim podczas wędrówek, że zachodziliśmy na pięć sekund pomodlić się przez lub po całym dniu. Wszystko było takie zwyczajne, takie Boże... a przede wszystkim czułam niesamowitą swobodę mówienia o Nim. Rzadko czuję żeby każdy mój gest, każdy ruch i każda czynność była tak bardzo Boża- ale wtedy czułam. Czułam, że nawet najzwyklejszą bułkę jem z Nim!

2. Licheń 2015 r.  - tak jak już wspominałam: jak jest Bóg, to jest impreza! To było pierwsze tak wielkie świadectwo mojej wiary, przed samą sobą i przed kilkoma tysiącami ludzi. Z pozoru był to wyjazd jednodniowy, zupełnie nic nieznaczący pewnie dla wszystkich, którzy wybrali się tam ze mną, ale nawet nie wiecie ile się wtedy zmieniło w moim życiu! Przełamałam swoją największą barierę i wyszłam na scenę przed ludzi. Pokonałam swój lęk, bo On był ze mną. Czuję, że teraz bym tego nie zrobiła. Wtedy z Nim było mi tak dobrze! Po miesiącu mówiłam świadectwa do tłumu- wyszłam na scenę i mówiłam o czymś, o czym nie umiem powiedzieć nawet najbliższym bez lekkiego stresu. Wow! Polecam wiarę w Boga, bo to tak bardzo kształtuje, umacnia i tworzy z nas pięknych ludzi! Polecam max ♥ A jak się jedzie, to się śpi- też polecam ^^


3. Wrocław 2015 r.  - kolejne wielkie dzieło Boga. Uwierzcie, że wakacje 2015 roku zostaną w moim sercu i duszy na stałe, ponieważ wtedy Bóg tak bardzo doświadczał mnie pięknymi rzeczami, tak mocno mnie zmieniał, kształtował. Gdyby nie te wakacje byłabym zupełnie inną osobą i chociaż wypływało to ze mnie, nie kierowała mną żadna ludzka istota, chęć bycia fajniejszą, czy tworzenie fajniejszych notek, to czuję, że ten czas z samym Bogiem zmienił mnie diametralnie. Może niezauważalnie z boku, ale sama ze sobą czuję się świetnie! Pisałam Wam już o tym przy wielu sposobnościach, ale należę (należałam?) do osób, które panicznie nienawidziły same jeździć autobusem miejskim, pociągiem, czy wychodzić na zakupy. Nie wspomnę tutaj o wyjściu same do kina, czy na spacer. W apogeum mojej nie-samotności poznałam Człowieka, fantastycznego chłopaka, który o dziwo spowodował, że nie uzależniłam się od niego (jak to zwykłam robić. Zapewne większość z Was też tam ma, że zachłystuje się nową znajomością, czy to damsko-damką, czy damsko-męską [i nie mówię tutaj o związkach], nie widzicie wad, wydaje Wam się, że to najcudowniejszy człowiek na świecie i nie chcecie spędzać bez tej osoby nawet minuty!). U mnie było na odwrót. To właśnie dzięki tej osobie zapragnęłam być w zgodzie sama ze sobą. Nie namawiał mnie, nawet o tym nie rozmawialiśmy, to po prostu urosło w moim sercu. W pewnym momencie po prostu przestałam się czuć samotna w jakiejkolwiek sytuacji. Czułam w sercu ogromne działanie Boga i o wiele bardziej wolałam iść z różańcem na spacer do lasu niż spotkać się z koleżanką na kawie. Stąd właśnie zrodziła się chęć bycia samej w ukochanym Wrocławiu przez tydzień. Robiłam totalnie wszystko, żyłam ze sztuką, pisałam notki, czytałam książki, jadłam, modliłam się, chodziłam codziennie do kościoła (chociaż na sekundkę). Było mi wybitnie dobrze i jeśli kiedykolwiek miałabym coś powtórzyć- to chyba właśnie to ^^ 


 4. Łódź 2015 r. - w tym roku mam dyplom artystyczny, na który składa się moja praca użytkowa e specjalizacji (taaaak,o niej napiszę już niedługo) oraz dyplom ustny z historii sztuki. No nie powiem żeby przychodziło mi to bez żadnego stresu, ale coraz głębiej w to wchodzę i coraz bardziej cieszy mnie to wszystko. Dyplom z historii sztuki składa się z trzech części: analiza dzieła, historia specjalizacji i prezentacja wydarzenia artystycznego. Na warsztat wzięłam Festiwal Murali w Łodzi organizowany od 2009 r. przez Fundację Urban Form. Czytam o tym niesamowicie wiele, analizuję dzieła, poszukuję informacji o artystach, Łodzi i samej Fundacji. Mój mózg jest posiadaczem tak wielkiej wiedzy na ten temat, że jestem ciekawa jak to będzie wyglądało w kwietniu, jeśli do tego czasu cały czas będę dokształcać swoją wiedzę. Wyjazd do Łodzi był dla mnie niesamowicie zaskakującym przeżyciem. Spodziewałam się paskudnego miasta z dobrymi muralami, a dostałam cudowne, przepiękne miasto wypełnione po brzegi sztuką. To miasto, dzięki któremu pierwszy raz w życiu zaświtała mi myśl :"A może zamiast Wrocławia?". Z miłą chęcią bym tam zamieszkała, z miłą chęcią obcowałabym z tym wszystkim na co dzień. To były dwa dni, jedna noc. Wystarczyło żebym się zakochała! W najbliższym czasie wybieram się tam, aby zrobić lepsze zdjęcia, wywiady z ludźmi oraz skontaktować się z najważniejszymi ludźmi. Z miłą chęcią w kwietniu chciałabym Wam przedstawić moją pracę dyplomową na łamach bloga, ponieważ wiem, że będzie interesująco (a do kwietnia niewątpliwie forma mojego bloga ulegnie zmianie i taki post nie będzie niczym dziwnym). 


 5. Wejherowo 2012 r. to wyjazd, który bardzo często wypada mi z głowy, ale również taki o którym nie mogę zapomnieć tak do końca. Byłam wtedy piętnastoletnią szaloną dziewczynką. Z koleżankami pojechałyśmy na koncert, spałyśmy na plaży, umierałyśmy z zimna i byłyśmy zakochane w tym szaleństwie! Nie pamiętam wiele, moje wspomnienia opierają się już prawie tylko na zdjęciach, ale powiem Wam, że takie sytuacje są mega ważne i serdecznie polecam. Czasami trzeba być bardzo nieodpowiedzialnym i zaskakująco spontanicznym :D


6. Zakopane 2013 r.  w dwóch ostatnich punkach będę promowała wakacje z mamą. Moja mama mi za to nie zapłaciła, ani żadna firma, która interesowałaby się dobrymi relacjami między matką a córką. Mamy z moją mamą taką zasadę, że raz w roku wybieramy sobie miejsce, do którego jedziemy tylko we dwie i spędzamy ze sobą czas. To jest super! Polecam matkom i córkom oraz ojcom i synom... i ojcom i córkom też, bo ojciec jest arcyważny w relacjach z każdym dzieckiem! Nazbierałoby się tych wyjazdów już kilka, ale dzisiaj chciałabym wspomnieć moje dwa ulubione.
Na pierwszy rzut leci Zakopane. Czemu tak bardzo je dobrze wspominam? Bo była przepiękna pogoda, mieszkałam w przepiękny miejscu, a na dodatek miałam jedne z najlepszych wakacji w życiu! Pamiętam, że kupiłam tam swoje pierwsze szarawary, byłam kilka dni po zrobieniu dredów, miałam jakiś czas chodzenia w bandamkach i dużych drewnianych kołach kolczykach. Pamiętam, że drugiego dnia stanęłam przed lustrem i stwierdziłam, że od zawsze patrzyłam z podziwem na dziewczyny, które tak wyglądały... a teraz ja zaliczałam się do ich grona. Pamiętam moją radość ze swojego wyglądu, zachowania i wszystkiego co wtedy otaczało mnie samą. I nie bierzcie tego za jakikolwiek początkowy eta narcyzmu- po prostu pełnej akceptacji siebie. Wtedy mi było z samą sobą świetnie. Mam nadzieję, że również macie takie momenty w swoim życiu :)


7. Paryż 2014 r. tego wydarzenia w ogóle nigdy nie wspominam, o dziwo, by było spełnieniem moich marzeń. Szykowałyśmy się z mamą do tego wyjazdu tyle lat, że w pewnym momencie straciłam jakiekolwiek nadzieje na wyjazd. Aż wreszcie się udało. Uwzględniam ten wyjazd dlatego, że spełniło się jedno z największych marzeń mojego życia (chociaż jak teraz o tym myślę, to mnie śmieszy... no cóż- priorytety się zmieniają ^^). W każdym razie: to był naprawdę niesamowicie udany wyjazd. Piękna pogoda, idealny czas, genialne rozpracowanie każdego dnia na idealną ilość zwiedzanych miejsc. Wspaniały czas dla mnie samej jak i na pogłębianie relacji z mamą. Zdobycie Wieży Eiffla-mimo ogromnego strachu, Wersal, Luwr (chociaż nie wspominam go dobrze) i wiele naprawdę wiele niesamowitych miejsc. Nie marzę o tym żeby chłopak mi się tam oświadczał (wolę skromniejsze miejsca typu dom/łóżko/kuchnia/pokój... ale zupełnie nie żałuję, że udało mi się tam być. Ba! Z miłą chęcią na spokojnie wrócę tam jeszcze wiele razy :)



To tyle. Mam nadzieję, że zrobiło Wam się chociaż troszkę cieplej ;)
Buziaki! :*