sobota, 31 października 2015

Gdynia

Hejka! :)
Wiecie co, odwykłam od wolnych sobotnich wieczorów. Właśnie przeżywam taki pierwszy od dawna i szczęśliwa od dwóch dni myślałam, że w końcu pójdę spać jakoś wcześnie, ale nie... jednak nie dałam rady. Zabrałam się za wypisywanie opisów, przerabianie zdjęć i jest nagle już noc, a ja w planach miałam jeszcze napisanie notki- także piszę.

Dzisiaj o 5. 50 miałam autobus do Gdańska skąd miałam się dostać do Gdyni na klif, gdzie robiłam zdjęcia. Muszę Wam powiedzieć, że w autobusie byłam zauroczona bardzo gęstą mgłą, ale kiedy weszłam na plażę i bez kurtki było mi ciepło dzięki wspaniałemu słońcu uznałam, że taki początek soboty to najlepszy scenariusz jaki mogłam sobie wymyślić.

Wydaje mi się, że ostatnio jestem jakoś za bardzo zadowolona ze swoich zdjęć... niby krytyczna, ale cały czas mi się podobają. Wcześniej tak nie było i lubiłam to w sobie. Mam nadzieję, że szybko mi przejdzie- jednak dzisiaj zrobiłam naprawdę fantastyczne zdjęcia pod względem kompozycji i pod względem uśmiechu ( czego u mnie szukać ze świecą! ) Powiem Wam, że bardzo pozytywnie było, ale żeby pokazać Wam zdjęcia z dzisiaj- najpierw muszę opublikować wcześniejsze zdjęcia z Bartoszem( a Bartosza będzie coraz więcej na blogu teraz niedługo, ale ciiiiicho, Wy nic nie wiecie^^)... bo były na początku jesieni i wiąże się z nimi mała historia! :D Także spodziewajcie się za kilka dni! :D

Celem mojego wyjazdu było odwiedzenie salonów z tkaninami, gdzie miałam zakupić materiał na sukienkę studniówkową. Moja krawcowa mówiła, że w Gdańsku na Grunwaldzkiej jest wspaniały wybór i na pewno coś znajdę... Ta! Gówno prawda! Jeżeli nie mieszkacie w Trójmieście, a spotkacie na swojej drodze kogoś kto zawsze będzie narzekał na lokalne rzeczy- to wiedzcie, że nie ma racji!! W Gdańsku nie ma totalnie nic i teraz przyznam z ręką na sercu, że w moim Elblągu jest większy wybór i w wolnej chwili niewątpliwie jeszcze raz wybiorę się na ul. Nitschmana i przejrzę totalnie każdy centymetr każdego salonu z tkaninami i coś znajdę... a jak nie, to będę musiała zmienić projekt sukienki, no ale nie jest jeszcze za późno, więc dam radę! :D

No to tak tyle dzisiaj moich żali. Zostawiam Was z małą, w sumie nic nie znaczącą zapowiedzią zdjęć. Nic nie wnosi, ale bardzo lubię to zdjęcie, stąd ten wybór! ;)


Jak sobota?
Buziaki! :*

czwartek, 29 października 2015

Małe kobietki

Hejka! :)
Na wstępie powiem jedynie, że właśnie w moim domu jest dwóch panów, którzy postanowili sprawić dzisiaj szczęście dwóm Kobietom i dniem dzisiejszym prawdopodobnie zakończą remont kuchni. Jestem bardzo szczęśliwa i już nie mogę się doczekać jakiegoś wolniejszego dnia, kiedy będę mogła tam wejść i już nie wychodzić ^^

Dzisiaj jednak głównym tematem nie jest kuchnia, a  książka. Szło mi to jak po grudzie, chociaż zapowiadało się niesamowicie. Pamiętam, że Małe kobietki chodziły za mną od momentu nawiązania współpracy z wydawnictwem MG ( a wydaje mi się, że trwa to już całą wieczność. Ludzie jednak przyzwyczajają się do dobrych sytuacji! ^^ ) Jakoś tak mnie ciekawiły, ale zawsze były inne propozycje i za każdym razem rezygnowałam. W wakacje, kiedy byłam we Wrocławiu, pierwszy raz widziałam tą książkę na żywo i moja chęć przeczytania jej powróciła ze zdwojoną siłą. Uznałam, że to znak i nie mogę tym razem odpuścić. Zaczęłam ją czytać dokładnie o piątek rano, przed wyjściem na basen. Po jednym rozdziale niestety musiałam wyjść z domu, ale na basenie myślałam jedynie o powrocie do wspaniałej historii. Uwielbiam takie sytuacje, kiedy żyjesz tylko tym, że za kilka godzin będziesz miał okazję otworzyć jakiś inny świat i poznawać go strona po stronie. 

I okey, przez pierwsze sto stron było znakomicie.... ale nagle się wypaliłam i książka już do ostatniej strony niesamowicie mnie nużyła. Nie widzę chyba większego sensu w pisaniu książek zwykłych. Okey, zwykłe życie jest jak najbardziej okey i zapewne lepiej kiedy jest zwykłe niż złe, ale po co pisać o tym książki? Kiedy już poznałam wszystkie cztery bohaterki nie czułam żadnego napięcia związanego z ich losami. Wszystko było poprawne, nawet nie nudne... ale po prostu zwykłe. Chyba oczekuję od książki czegoś innego. Co by nie mówić- dzięki książkom chciałabym dostawać więcej dawek emocji. 

To tak samo jak z filmem. Może Wam się wydawać, że reżyser siada z pustą kartką i przelewa swoją wizję na papier.... poniekąd tak jest, jednak w głowie ma również kilka punktów, które są obowiązkowe- czyli przede wszystkim dramaturgia! Nikt z nas nie lubi chodzić na nudne filmy. Oczywiście, niestety takie powstają, ale nie wyrażamy się wtedy o nich dobrze. I nawet jeżeli czasami narzekamy na schematyczność komedii romantycznych, to i tak na zawsze będziemy je kochać. Te niesamowite zaskoczenie kiedy jednak im się udaje, kiedy są na zawsze szczęśliwi. To jest fajne, to jest urok właśnie tych filmów! Napięcie i dramaturgia są potrzebne. Chodzimy do kina i czytamy książki aby poznać coś innego, aby oderwać się od swojego zwykłego życia....

W Małych kobietkach zupełnie tego nie dostałam, a szkoda! Liczyłam niesamowicie na tą książkę. Mimo wszystko nie mówię stanowczego nie. Może najzwyczajniej w świecie dzięki przebrnięciu przez całą bibliografię Bronte poznałam już ten świat, życie małych i większych kobietek i już tak nie pochłaniam z zainteresowaniem każdej chwili opisanej w tamtych czasach. Oczywiście, jestem pewna, że nadal taka tematyka może mnie zaciekawić i poruszyć moje serce, ale niewątpliwie jest to o wiele trudniejsze niż kilka lat temu. 

Mimo wszystko poleciłabym ją, bo może dla niektórych to będzie dobry czas. Może odpocznie, może mimo wszystko ktoś inny odnajdzie w tej książce to czego mi tak bardzo zabrakło. Zbliżają się święta, więc to może dobry prezent? :)

Ostatnie zdanie oczywiście na temat okładki. Jestem zdecydowanie na tak! Uwielbiam tę okładkę. Jest wykonana naprawdę z pomysłem i to po prostu dobra robota graficzna. Aktualnie mam do zrobienia okładkę do książki tak więc inspiracji szukam w dobrych rzeczach... ta okładka jest niewątpliwie bardzo inspirująca. Wszystko w niej gra! Nie uważacie? :)


Idę dzisiaj do kina na Obce niebo. Mam nadzieję, że to będzie dobre kino! Za dużo ostatnio tego zwykłego :(
Buziaki! :*

środa, 28 października 2015

naturalne sposoby na porost włosów

Hejka! :) Jak już wiecie przeprowadzam właśnie rewolucję drożdżową w swoim organizmie. Jednak chociaż jest to najbardziej głośna kuracja i gadam o niej wszystkim moim znajomym, to jednak nie jest jedyną rzeczą, którą robię dla swoich włosów. W październiku spędziłam kilka godzin nad szukaniem różnych dobrych sposobów na porost włosów i znalazłam kilka, które tanim i łatwym sposobem podobno pobudzają cebulki :)

Nie ze wszystkich korzystam od razu, kilka zostawiam na za dwa miesiące, kiedy to będę robiła sobie przymusową przerwę od drożdży. 

No to lecimy:
1. Pierwszym najważniejszym punktem jest olejek łopianowy, o którym pisałam TUTAJ. Aktualnie zmieniłam jedynie zapach na taki z różową nakrętką i uwierzcie, że jest o niebo lepszy! Delikatniejszy i w sumie w ogóle go nie czuć! :) Aktualnie używam go dwa razy w tygodniu.

2. Chyba najtrudniejsze do zrealizowania, ale po miesiącu mogę śmiało stwierdzić, że wykonalne, mianowicie- rzadkie mycie włosów. Okey, teraz możecie sobie pomyśleć, że jestem głupia, ale rzadkie nie oznacza raz na miesiąc ;) To zależy od człowieka i jego włosów. Dla niektórych będzie to co dwa dni, dla niektórych co cztery. Ja kiedy miałam długie loki mogłam myć włosy dwa razy w tygodniu, posiadając dredy oczywiście w ogóle ich nie myłam, bo po co? ( ŻART OCZYWIŚCIE!!! Jeżeli ktoś jest nowym czytelnikiem fioletowego-serca i nie czytał notek, kiedy miałam dredy, to chciałabym oświadczyć, że dredy się myje i jest to całkowicie normalne! ) tak więc- dredy byłam jakoś raz w tygodniu zazwyczaj, no czasami rzadziej, ale to już w skrajnych przypadkach... natomiast krótkie włosy były na tyle uciążliwe, że w wakacje myłam je codziennie. Kiedy poszłam do szkoły było to niezwykle problematyczne, ale robiłam to nadal. Teraz przyszła jesień, więc musiałam zrezygnować z porannego mycia, a wieczorne nie dawało efektu, który chciałam uzyskać- ponieważ każdy włos niby stał w swoją stronę. Postanowiłam, że loki już są coraz dłuższe i mogę przyzwyczaić moją skórę głowy go mycia włosów dwa razy w tygodniu, jak za dawnych dobrych czasów. I przyzwyczajała się naprawdę długo, było ciężko- ale w końcu osiągnęłam to co chciałam. Tutaj również liczy się systematyczność i dzięki temu dwa razy w tygodniu bez problemu nie zapominam o oleju łopianowym. WAŻNA INFORMACJA: nie każdy może sobie pozwolić na tego rodzaju przerwy w myciu włosów. Pamiętajcie, że każdy z nas jest inny i każdy ma inne włosy. Nie powiem Wam teraz, że każde z włosów przyzwyczają się do rzadkiego mycia, bo tak nie jest... jednak spróbujcie na sobie i sprawdźcie. Może dla osoby myjącej włosy codziennie- nagle super rozwiązaniem okażę się mycie ich co drugi dzień? JESZCZE WAŻNIEJSZA INFORMACJA: włosów nie można przetłuszczać! O widzę tutaj mądre rady Karoliny ^^ A tak na serio- przetłuszczone włosy osłabiają cebulki włosa... więc jeżeli chciałybyście dla lepszego porostu włosa przemęczyć się z tłustymi włosami związanymi w kitka- to nic z tego! Dlatego po raz kolejny polecam znaleźć swój złoty środek. Znalezienie idealnego odstępu czasu może Wam zająć nawet dwa/ trzy tygodnie- ale warto to zrobić :) Trzymam za Was kciuki ! :D

3. Masaż głowy- pięciominutowy masaż głowy podczas mycia włosów. Dosyć mocny masaż niesamowicie pobudza cebulki, dzięki temu włosy rosną szybciej i są zdrowsze. Tak więc- wykorzystajcie dodatkowe pięć minut na chwilowy relaks pod prysznicem ! :D 

4. ZIELONA HERBATA- na mnie czas jeszcze nie przyszedł, ale planuję zrobić to właśnie w mojej przerwie z drożdżami. Picie codziennie przynajmniej jednej szklanki zielonej herbaty podobno jest bardzo wskazane i oczywiście bardzo zdrowe. Jestem na tak! Wyobrażacie sobie jak przez ten miesiąc za 8 tygodni będę szczęśliwa? Picie pysznej herbaty zamiast drożdży? BAJKA! :D

5. Owoce i warzywa- to u mnie nie była wielka zmiana w diecie. Mama jakoś tak mi wbiła do głowy od dziecka, że bez jabłka do szkoły się nie wybieram, a i po szkole jem co nie co dla zdrowia. Także cieszę się, że normalna czynność w moim życiu również dobrze wpływa na moje włosy :)

6. Dieta- nie od dzisiaj wiadomo, że zdrowe odżywianie świetnie wpływa na cały organizm, również na włosy. Oczywiście nie należę do osób, które zbytnio przesadzają ze zdrową żywnością ( gluten toleruję i będę jeść ! :D Do Mc również lubię czasami zajść! ) ale moje 10 zmian w nawykach żywieniowych, o których kiedyś pisałam nadal istnieją w moim życiu i mają się świetnie. Niewątpliwie doszło jeszcze kilka nowych punktów. O nich może niedługo?!:)

7. Odżywki do włosów- ja nie używam niestety nic na porost włosów, ale używam od miliona lat tego samego Jedwabiu, który serdecznie polecam. Co nie co o nim TUTAJ ( dobra jednak nie, znalazłam tę notkę- pisałam ją jak miałam jakieś piętnaście lat... i nie, to nie był dobry post! ^^ Nie będę do nich wracać. ! :D ) No ale polecam, tak! ^^

8. No i oczywiście dobra na wszystko WODA! Nawodniony organizm również idealnie pomaga w poroście włosów! ;) Nad tym nawodnieniem jeszcze muszę mocno popracować. Niedawno miałam nawyk brania do szkoły dużej butelki wody, ale aktualnie jakoś zapominam. Obiecuję zmianę w najbliższym czasie :D


No i tyle... na razie! :D
Zdjęcie wrzesień/ październik. :)
Buziaki! :*
+ właśnie zobaczyłam jaka jest różnica w bransoletkach na mojej lewej ręce. Wszystkie same odpadają! :( Muszę chyba zrobić nowe! A tak bardzo nie lubię nowych przez około dwa miesiące. No nic, trzeba zrobić- to zrobię! ;) I taka mała kolejna refleksja- ileż to ja już lat je noszę! Tak do nich przywykłam, że zupełnie ich nie zauważam. Niesamowicie moje! Lubię, chociaż nie zawsze zdaję sobie z nich sprawę. Macie coś takiego na swoim ciele? Może kolczyki lub naszyjnik? Kurcze... skoro nie zauważam na nadgarstku mnóstwa kolorowych bransoletek, to może jakiegoś tatuażu też bym nie zauważała? Nie, spokojnie- nie zamierzam sobie nic takiego robić... tak sobie jedynie głośno myślę ^^ Buziaki x2 :*

drożdże


Witajcie. Tak ogólnie to ta notka nie ma żadnego sensu, ale napiszę ją, bo dlaczego by nie? Właśni minął miesiąc odkąd zaczęłam stosować kurację drożdżową. Dopiero niedawno trafiłam na jedyny właściwy artykuł na ten temat dlatego odsyłam do przeczytania wszystkich najpotrzebniejszych informacji TUTAJ. Dzięki temu blogowi dowiedziałam się, że prawdziwe efekty zacznę zauważać dopiero po ponad miesiącu- także nie za wiele mogę jeszcze pisać... ale jak już wspominałam- napiszę! :D

Zacznę od tego, że drożdże w płynie to najobrzydliwsza rzecz jaką piłam w swoim życiu! Uwierzcie, że nie należę do wybrednych ludzi jeżeli mowa o jedzeniu- jednak pitne drożdże to rzecz tak obrzydliwa, że nie da się tego opisać! Oczywiście, czytając te wszystkie (słabe) relacje z kuracji myślałam, że na pewno nie będzie tak źle. Kiedy zrobiłam pierwszy kubek bardzo się bałam, bo wszyscy mnie straszyli... ale w głowie miałam, że pewnie jakimś cudem mi będą smakowały... no guzik prawda! Jestem przekonana, że na świecie nie ma ani jednego człowieka, któremu ta mikstura by smakowała, po prostu nie ma takiej możliwości. Istnieją oczywiście jakieś sposoby na picie drożdży w owocowych lub czekoladowych koktajlach, ale jak sobie pomyślę, że tych drożdży mogłoby być więcej chociaż o krople, to robi mi się niedobrze, więc ja preferuję wypicie małej ilości na kilka łyków i zapomnienie. Miałam już naprawdę różne próby. Picie i popijanie wodą, przegryzanie czekoladą ( co okazało się głupie, bo nie można łączyć drożdży z cukrem! ) lub moje ulubione- kładłam się spać, ustawiałam sobie budzik i piłam w pół śnie prawie nie czując tego smaku ( z naciskiem na prawie -.- ). Aktualnie od trzech dni zapominałam o tym, że wieczorem je zalewałam i rano miałam niestety paskudne niespodzianki w łazience tj. pełny kubek na zlewie, który musiałam wypić. No nie za fajnie powiem Wam! :D 
Zanim przejdę do jakichkolwiek pozytywów powtórzę jeszcze dużymi literami :

DROŻDŻE SĄ NAJPASKUDNIEJSZYM NAPOJEM LECZNICZYM NA JAKI TRAFIŁAM W SWOIM ŻYCIU!!! 

Poza tym- zapach zalanych drożdży jest tak wyrazisty, że wypełnia cały pokój, a uwierzcie, że jest to równie ohydny zapach, co smak. 
Tak bardzo chcę Was do nich zniechęcić tylko dlatego, że kiedy jednak zdecydujecie się na tą kurację, to zapewne jeżeli dotrzecie czternastego dnia picia drożdży, to będzie Wam żal przestawać... jednak do smaku nie ma jak się przyzwyczaić, więc przez kolejne miesiące ( kuracja trwa trzy miesiące ) co wieczór będziecie przeżywać katusze.... Tak więc jeżeli ktoś wie, że ma wybredne podniebienie i złego po prostu nie ruszy, to nie zabierajcie się za to. Jest mnóstwo innych, może nie tak skutecznych, ale innych, sposobów na porost włosów, że polecam wypróbować ( przy okazji... za kilka dni postaram się o nich również napisać! ). 

Minusem jest podobno wysyp pryszczy na twarzy... ja nie zauważyłam u siebie zbyt wiele. Oczywiście coś tam się czasami pojawia, ale nie oszukujmy się- jestem nastolatką, takie rzeczy niestety się zdarzają. Mimo wszystko mam świadomość, że w pewnym momencie moja twarz może zapełnić się czerwonymi kropkami. Oczywiście bardzo tego nie chcę, ale jest to proces oczyszczania cery, na którą również mają zbawienny wpływ drożdże- także coś za coś. Jestem w stanie na jakiś czas się poświęcić :)

No dobra... a teraz kilka plusów. Kilka? Uwierzcie, że plusów jest naprawdę wiele! Trzeba jednak pamiętać, że włosy i paznokcie organizm odżywia jako ostatnie, tak więc jeżeli będziecie mieli jakieś braki, to włosy mogą wcale tak szybko nie rosnąć. Ja już po miesiącu mogę stwierdzić, że moje paznokcie lekko się odżywiają, a włosy spokojnie sobie rosną... jednak tak jak wspominałam na początku, minął dopiero miesiąc i nie za wiele mogę jeszcze o tym powiedzieć. Jednakże drożdże mają naprawdę niesamowicie wiele leczniczych właściwości i nawet z tego powodu warto je pić- jeżeli mam być odżywiona wewnętrznie, to mogę nawet z krótkimi włosami! :D 

Wiele osób pytało mnie, czy nie boję się, że przytyję ( albo urosnę, co rozbawiło mnie najbardziej! ♥ ) ... o wzroście chyba nie muszę mówić- drożdże jedynie w powiedzeniu pomagają rosnąć, jednak o tą wagę się trochę obawiałam. Na szczęście Fair hair care mnie uspokoiła. Drożdże mają niewiele kalorii, więc nie ma powodów do obaw- jeżeli któraś z Was się bała, to możecie odetchnąć! Wasza figura zostanie bez zmian, przynajmniej na zmianę nie wpłyną drożdże ;)

Jest również wiele innych ciekawych właściwości drożdży, o których możecie poczytać na blogu, do którego link podałam wyżej :)

Wracając jeszcze do długości włosów. Czuję, że rosną, na zdjęciach może aż tak bardzo tego nie widać ( wybaczcie, śpieszyłam się do kina jak zaczęłam robić fotki.... nawet pomalowałam oczy na niebiesko, ale nie widać :< ) jednak ja bardzo czuję w dotyku i przede wszystkim patrząc na te moje krótsze włosy po bokach i z tyłu - są o wiele dłuższe, przez co cała fryzura wydaje się gęstsza i ładniejsza.... ja co prawda za każdym razem jak widzę swoje zdjęcia w krótszych włosach uważam, że wyglądałam paskudnie, więc coś jest nie tak ^^

Ostatnia dość ważna informacja- drożdże trzeba pic codziennie 1/3 kostki zalewając wrzątkiem. Systematyczność w tym wypadku jest bardzo ważna. Ja na pierwsze dni rozpisałam sobie wielką kartkę na drzwiach z przypomnieniem, później weszło mi to w krew. Polecam pić jak najzimniejsze, ponieważ gorące mają wyrazistszy-ohydniejszy smak. Mogłoby się wydawać, że jest to dosyć duży koszt patrząc w perspektywie trzech miesięcy, ponieważ w sklepach kosztują one ok.1,50 zł - jednak polecam przejść się do Lidla, tam kostka takich samych drożdży kosztuje 0,69 zł !!! Okazja życia, na miesiąc wychodzi banalnie mało. Polecam serdecznie :)



Aha! No i jeszcze żeby tak konkretnie i dosadnie napisać- kuracja trwa trzy miesiące dlatego, że organizm lubi przyzwyczajać się do tego co dostaje. Po tym okresie trzeba zrobić przynajmniej miesiąc przerwy, a chętni po tym czasie mogą zacząć stosować drożdże przez kolejne trzy miesiące :) 

Podsumowując- z bólem serca nie kończę jeszcze kuracji. Pozostały mi dwa miesiące, więc perspektywa fantastycznego miesiąca luzu jest jak najbardziej zachęcająca. Mam nadzieję, że moje włosy będą rosły standardowo o 2 cm więcej na miesiąc i że etap, którego nie wytrzymałam w wakacje i poszłam do fryzjera tym razem przejdzie bezboleśnie! :D Trzymajcie kciuki.
Za miesiąc pojawi się kolejny taki post.

Buziaki! :*

niedziela, 25 października 2015

październikowy instagram

Ostatnia niedziela miesiąca zobowiązuje do instagramowej notki. Całkowicie nie mam na nią siły i pewnie pisanie jej zajmie mi kilka godzin, ale motywuję się bardzo! :D Ogólnie patrząc na pierwsze zdjęcia z października wydaje mi się, że to działo się parę lat temu! Ciągnął się ten miesiąc niemiłosiernie i chyba nie za bardzo go lubię pomimo, że wydarzyło się naprawdę wiele dobrego... w sumie samo dobro. Naprawdę, było wspaniale. Jest nadal :)


1-15. TEATR! Przede wszystkim ♥ Właśnie dzięki takim dniom uświadamiam sobie, że moje życie będzie fantastyczne, że jeżeli mi się wszystko uda, to będę pracować w miejscach, które kocham i będzie mi to sprawiało jedynie radość. No... także trzymajcie kciuki. Ja wiem, że będzie dobrze! :D Na ostatnim zdjęciu możecie zobaczyć proces ściągania mnie z sufitu w dzień, kiedy robiłam fotki ;)
16. Jednogodzinne wagary na gruzie ! :D 17. Matematyka życiem 18. Podręcznik do pierwszej gimnazjum taki banalny = kulisy kręcenia filmiku promującego rekolekcje 19-20. Godzina wychowawcza. 21-22. Malarstwo i kolejna martwa, która mi się zaczyna podobać...


1. Poszukiwanie materiału na sukienkę studniówkową trwa nadal! 2. Poranny basen 3-5. Exra-nowy-kolorowy dres! :D 6. Wyspa tajemnic najbardziej znienawidzony film października! 7. Przepiękny krem. 8. Spódnica ♥ 9. Karolina przygotowuje się już na zimę i kupuje czapki z ciężkimi pomponami! :D 10-14. Stylowo^^

1-5. Wycinanie pierwszego linorytu w tym roku czas zacząć! :) 6. Chrupki kukurydziane w czekoladzie deserowej- moje nowe objawienie, rewelacja! Polecam 7. Taka wskazówka- robienie nieprezentu zajmuje więcej czasu niż prawdziwe zrobienie prawdziwego prezentu! :( 8. TAKI DŁUGI KOK! Prawie już dziewczęcy. 9-10. Źródło wyniszczania mnie od środka : Szlachetna Paczka... Na szczęście wiem, że to po coś i później będzie dobrze! Będzie wspaniale! ♥ O wszystkich złych rzeczach zapomnę ;) 11. Przypadkowe włączenie się aparatu w torebce skutkowało rewelacyjną kompozycją 12. Najwspanialszy dwulatek na świecie! 13. Matematyka 14. Czego to uczą w tych podręcznikach od matematyki, no ja nie wiem! ^^ 14. Karolina raz na rok postanowiła się pomalować uuu... 15. ODKRYCIE NAJWIĘKSZEJ TAJEMNICY KAROLINY- właśnie tak tworzą się zazwyczaj zdjęcia, na których jestem Ja :D Brak możliwości dokupienia pilota na samowyzwalacz do Sony Alpha 350 ( jak zawsze nie polecam tego modelu! ) skutkuje rozwojem wyobraźni! :D 16. Pierwszy dzień kuracji drożdżowej i proste włosy! :D 17-18. Takie życie! :D

No i tyle. W tym miesiącu jakoś skromnie ;)
Buziaki! :*

wtorek, 20 października 2015

brak

Hejka! Aktualnie przeżywam całkowity brak czasu na powolne i leniwe życie osobiste, dlatego na blogu również nic się nie pojawia. Wyobraźcie sobie, że codziennie pojawiam się o szóstej na basenie, później z kawą i tostem z bekonem zostaję zawożona do szkoły, później spędzam czas z Rodzinami do nocy na rozmowach i wypełnianiu ankiet. Wchodzę do domu, zdejmuję buty i kładę się spać. Nie mam siły już totalnie na nic... ale czuję, że z Jankiem wypełniamy wielkie dobro i to mnie wciąż motywuje! :) Także nie ma co narzekać, a jedynie cieszyć się z tego, że nadal nie poddałam się w dążeniu do wypełniania dnia w stu procentach. Jestem ciekawa czy kiedykolwiek mi się to znudzi, czy w pewnym momencie mój organizm po prostu tego nie wytrzyma- ale na razie nie jest tak źle, więc trzymajcie kciuki! ^^

Nadal czytam książki i z Jankiem motywujemy się do kina i filmów ( Jan chyba mnie motywuje, ja nie za bardzo! ^^ ) także wszystko ze mną nadal dobrze... tylko remont się nie chce skończyć, a ja już nie mogę z nim wytrzymać, dosłownie! Teoretycznie lodówka już wróciła na swoje miejsce, nie ma folii na podłodze, ale wszystkie urządzenia leża jeszcze w salonie... brak blatów i stołu to jednak podstawowe braki w kuchni! Ale spokojnie, przetrzymam i to. Już niedługo! :D

No i tyle u mnie ( kłamstwo! Dzieje się o wiele więcej, ale ani nie mam czasu, ani siły żeby o tym pisać. Uciekam czytać Wesele i idę spać! Jutro robię sobie taką labę, że nie idę na basen, a szkołę mam dopiero na 8.50... rozumienie te trzy godziny więcej snu!? :O Czuję się jak w niebie! :D )
Także nie bądźcie źli, że może mi się do początku grudnia pisać rzadziej, ale siła wyższa... jednak postaram się, aby to zdarzało się jak najrzadziej :)


A co tam u Was?
Opowiadajcie! :*
Buziaki! :*
+ dzisiaj dostałam list od wspaniałego Piotrka z Krakowa! Wiecie jaka byłam zaskoczona i uradowana? Takie niespodzianki to chyba jednak najwspanialsze sytuacje na świecie! :) Ktoś z Was bierze udział w akcji tworzonej przez autora Róbmy dobrze ? Polecam nadal! :)

piątek, 16 października 2015

Chcę wszystko

Hejka! :) 
Właśnie sobie leżę pod kołdrą z odkręconym na full grzejnikiem, jem chrupki kukurydziane w czekoladzie ( rozumiecie to połączenie?! :o ... ale pyszne, polecam! :D ) słucham jakiejś śmiesznej, starej płyty Natalii Kukulskiej ( wcześniej zawsze słuchałam jej z siostrą na kasecie!♥) bo akurat dzisiaj Spotify zaproponowało mi ten kawałek: To ja zatrzymaj mnie, lepiej późno niż wcale lallala ^^ Kojarzycie? No i w takim połączeniu tego wszystkiego chyba nie można nie poczuć się sennym, więc uwierzcie, że w tym momencie skończenie pisania tej notki graniczy z cudem. Jednak z racji tego, że na wieczór mam plany, a właśnie skończyłam książkę i chciałam się nią z Wami podzielić- to zmuszę się i opublikuję! :D

Bycie ogromną fanką Bronte zobowiązuje. Przez to muszę być na bieżąco ze wszystkimi nowymi wydaniami jej powieści. Prawdopodobnie Pani Dorota z wydawnictwa MG doskonale wie, że informowanie mnie o nowych książkach tej autorki sprawia mi mnóstwo radości! ^^ Najśmieszniejsze jest to, że z każdym mailem myślę, że to już będzie moje ostatnie spotkanie z Charlotte...a tutaj proszę- zawsze można być zaskoczonym! :D

Co prawda aktualnie ukazują się już jedynie niedokończone opowiadania lub ( jak w tym wypadku ) dokończone przez kogoś innego. 
Dorota Combrzyńska-Nogala podjęła się naprawdę trudnego zadania. Na swój sposób spróbowała dokończyć powieść Ashworth. 
Problem z byciem wielką fanką Bronte polega na tym, że chyba już nie umiem pokochać niczego podobnego. Pewnie to już całkowite czepianie się, ale wiele razy odczuwałam, że to jednak nie to, że to już nie jest dla mnie, że nie trafia w ten punkt w sercu, który jest przeznaczony dla Charlotte. Nie wiem, może to byłoby pierwsze opowiadanie, nawet skończone przez Bronte, które nie spodobałoby mi się aż tak bardzo jak inne... nie umiem tego stwierdzić, ponieważ nie mam porównania- Ashworth skończyła inna Kobieta. Wydaje mi się, że wielu rzeczy sama Bronte nie przedstawiłaby w tej książce, ale ona za każdym razem, w każdej książce mnie czymś zaskakiwała, więc kto wie?! 

I można tak godzinami próbować znaleźć rozwiązanie na ten temat, jednak nie chcę chyba Was tym zanudzać ;) Powiem więc parę słów o samej książce już nie zwracając uwagi na to kto jest jej autorem.... 

Chcę wszystko to dobra książka! Naprawdę całkiem dobrze się ją czytało, a ostatnie pięćdziesiąt stron pochłonęłam w moment, rewelacja. Trzy wspaniałe wątki, historie trzech Kobiet. Dobrze poprowadzone wątki, dobre miłości i problemy tamtych czasów ( chociaż ja odczuwałam trochę współczesnego patrzenia, ale może to znowu te moje przewrażliwienie? ) Na miejscu Pani Doroty byłabym z siebie dumna, także BRAWO! :)

No i okładka... eh! Widzicie tego konia, błagam no! Dlaczego tak dobre książki są niszczone tak złymi okładkami? Mam nadzieję, że już ostatni raz piszę źle o okładkach wydawnictwa MG. Teraz już czekam na same dobre ;)


Buziaki! :*

czwartek, 15 października 2015

Góry przenosić!

Są etapy w życiu każdego człowieka, kiedy to może wręcz latać kilka centymetrów nad ziemią. U mnie już naprawdę dawno nie było źle, jednak jeżeli zawsze jest dobrze, to w końcu przestaje się to zauważać i doceniać no i nagle pojawia się takie WOW, że stać Cię nawet na przenoszenie gór. Ja tak od jakiegoś czasu już mam, a ta radość nawet gdyby trwała do końca życia jest zbyt mocnym uczuciem żeby nagle stała się rutyną. Tylko, że to uczucie jest przede wszystkim wspaniałe dlatego, że zdarza się rzadko, a po nim przychodzi powrót do normalności. Wiecie, właśnie sobie żyję w takim miesiącu miodowym, w którym to mogłabym gadać cały czas o Bogu i uwierzcie, że powstrzymuję się pisząc tutaj notki jak tylko mogę żeby nie zanudzać Was Nim cały czas. Każda minuta mojego życia jest Nim teraz wypełniona, więc ciężko się do tego nie ustosunkowywać- ale uwierzcie, że na fioletowym-sercu się staram. Potrzebnie? Niepotrzebnie? Nie takie było założenie tego bloga. No ale dzisiaj to już po prostu muszę! :D

Ponieważ uwielbiam Go w tym, że dzisiaj zmotywowałam się do pójścia na basen i pływałam sobie z trzema innymi osobami, co na Dolince jest wyczynem, ponieważ zazwyczaj na jednym torze pływa po pięć osób, więc na całym basenie znajduje się około dwudziestu pięciu... a tutaj proszę- jedynie trzy! :)
Uwielbiam Go w tym, że wczoraj znalazłam wspaniałą krawcową, która uszyje mi przepiękną kreację na studniówkę, a już traciłam nadzieję ( a o przygotowaniach do studniówki niedługo napiszę osobny post, bo strasznie mnie bawi zaistniała sytuacja, która właśnie tworzy się w mojej głowie ^^ )
Uwielbiam Go we wszystkich osobach, które wprowadzają tyle nowego szczęścia w moje życie!
Uwielbiam Go w tym, że cały czas daje mi tak niesamowicie mocne znaki.
Uwielbiam Go w codziennych mszach.
Uwielbiam Go w Piotrze.
Uwielbiam go w tej mojej codziennej walce o długie włosy! ^^
Uwielbiam Go we wspaniałej Pani, która sprzedawała mi dzisiaj włóczki na skarpety! :D
Uwielbiam Go w mojej Babci- bo jest najwspanialszą Kobietą na świecie i w mojej Mamie i.... i uwielbiam Go we wszystkim co właśnie mnie otacza. Co jest dobre.
Uwielbiam Go w moim Bracie, bo jak myślicie, że macie super Brata- to jesteście w błędzie! ^^ Mój jest najlepszy! Jest wspaniałym Bratem, Synem i przede wszystkim Ojcem... a wspaniałych ojców w moim otoczeniu próżno szukać.... i co by nie mówić, to ten Brat mi się udał najbardziej w moim życiu!! ♥
Uwielbiam Go również w tym, że właśnie mnie odnalazł i pozwala mi tak pięknie teraz żyć! :D

I tak sobie myślę, że poleciłabym to każdemu z Was! :) Ja chyba bym się skusiła... nigdy nie miałam wielkiego nawrócenia zawsze jakoś tam- lepiej lub gorzej- wierzyłam, ale miłość ogromna przyszła dopiero z czasem... Jednak rozmawiając z ludźmi, którzy nawrócili się po czasie dochodzę do wniosku, że oni zupełnie inaczej postrzegali katolików... zawsze byli dla nich niesamowicie szczęśliwi... dla mnie byli zwyczajni, bo spędzałam z nimi mnóstwo czasu... ale chyba coś w tym jest :) Więc jaka recepta na szczęście? Otworzyć swoje serce i pozwolić zadziałać Bogu na wszystkich płaszczyznach życia.

Wiecie jak mi czasami ciężko z niektórymi rzeczami! Kiedy Bóg coś mi daje, a później zabiera. Kiedy pozwala mi kogoś poznać i nagle mi go wysyła gdzieś na koniec świata! I pewnie w życiu bym tego nie przeżyła sama, no bo przecież to nie miałoby żadnego sensu! Ale z Bogiem wszystko ma jakiś sens, ponieważ On ma na nas idealny plan... i takie beznadziejności pokazują nam jedynie jak bardzo nasze myślenie różni się od jego wspaniałomyślności... Bez niego nigdy nie przeżyłabym marcowych sytuacji- a tutaj proszę... stało się najgorzej, a ja po prostu więcej chodziłam do kościoła i więcej się śmiałam. Z boku wyglądałam na człowieka bez serca, ale w sercu to mi się dopiero działy rzeczy niemożliwe! :D Teraz muszę spędzać każdą środę z człowiekiem, z którym w ogóle nie chciałam już mieć nic do czynienia... i zawierzając to Bogu- nagle mogę z nim normalnie robić WSZYSTKO! Spędzać idealnie imprezy, jeździć na przejażdżki i planować wędrówki. 

A najbardziej na świecie uwielbiam Pana za to, że dał mi Łukasza, dzięki któremu moja wiara to istne cudo! Człowiek nie wierzy i to jedyny Ktoś w moim tak bliskim otoczeniu, który Boga całkowicie nie akceptuje... a ja w nienaturalny i dziwny sposób docieram do niego z Nim... i wiecie, polubił Go nawet. Co prawda mówimy o nim jako o Moim Bogu, ale wiem, że tam na górze jest na niego jakiś super plan! :D  Cały czas się dziwi jakim cudem na mnie trafił, ale ja jestem przekonana, że tutaj nie było żadnych zbiegów okoliczności, bo takowych nie ma. 

W takich sytuacjach ciężko mi myśleć o Bogu jako o kimś groźnym. Dla mnie zawsze jest kimś kto patrzy na mnie z góry i podśmiewa się ze wszystkich sytuacji, które mi się zdarzają i z których musi mnie podnosić. Ponieważ Bóg jest największym żartownisiem świata i nie pozwala mi o tym zapomnieć... ale to jest dobre. Trafił swój na swego! :D

Tylko jedno coś mi nie działa... ale może dlatego, że dziewczyn nie za bardzo lubię, to nie powinno działać? ^^ W każdym razie- bez Boga pewnie bardzo bym się tym zamartwiała, a tak to... jest tysiąc razy łatwiej. Bezboleśnie... no może po prostu o wiele mniej boli. No nie ma co mówić- dziewczyny to zło, nie rozumiem ich istnienia ^^ Chociaż na szczęście nie wszystkie! Znam małą garstkę takich, z którymi mi całkiem dobrze ;)

I tyle... czuję, że swoją potrzebę monologu zapełniłam w jakimś tam znikomym procencie. Resztę zostawiam w głowie ;)



Uzewnętrznienie stu procentowe uważam za zaakceptowane!
Buziaki! *

środa, 14 października 2015

Historia wnętrz

Hejka! :) Może to wydaje się Wam za każdym razem dziwne, kiedy pisze o książce/ albumie, którego jeszcze nie skończyłam czytać, ale jest wiele takich pozycji, które cieszą mnie rozległym zapoznawaniem się z ich treścią, a z drugiej strony chcę Wam o nich szybko powiedzieć. No i teraz powinnam zrezygnować ze swojej pierwszej przyjemności, przeczytać wszystko raz dwa i dopiero wtedy wypowiadać się na jej temat. Jednak istnieją takie książki, które od pierwszej strony nie mają żadnych szans na trafienie w mój gust, jak i te które już samą swoją oprawą graficzną uderzają w środek mojego serca z ogromną siłą. 

Historia wnętrz jest jedną z takich pozycji. Wielki i ciężki (!) album opisujący i pokazujący ponad 6000 lat zmian w designie pewnie gdyby został zadany do przeczytania na studiach wzbudziłby we mnie wielkie przerażenie, no bo jak to!? Tak wiele do zapamiętania, tak wiele do przyswojenia... tak dużo tekstu. Na szczęście ja za historię wnętrz wzięłam się jeszcze przed studiami i poznawanie tego wszystkiego z samej ciekawości sprawia mi naprawdę dużo radości :)

Album to typowa skarbnica wiedzy, autor zajmuje się przede wszystkim Europą i Ameryką, jednak z racji tego, że posiadam egzemplarz rozszerzony pojawia się tutaj również kilka słów o wnętrzach tradycji islamskiej i azjatyckiej. 

Jestem urzeczona wydaniem i ilością zawartych fotografii w środku. Samo ich oglądanie zapewne wiele już uświadamia, z tekstem natomiast robi to wszystko idealną całość i moim zdaniem jest to idealne wdrożenie w pierwsze etapy świadomego designu- stronę, w którą chcę wejść już na stałe! ;)

Co do okładki- zapewne teraz wyglądałaby zupełnie inaczej, jednak musimy pamiętać, że pierwsze wydanie pojawiło się w 2000 roku. Moim zdaniem jest bardzo dobra. Koloru na zdjęciu poniżej nie oddają tych oryginalnych, u mnie wygląda to tysiąc razy lepiej i efektowniej. 

Zatem ja wracam do historii, poinformuję Was kiedy już ją skończę! :) Jak wiadomo to taki typ książek, który jeżeli na początku jest dobry, to do ostatniej strony taki zostanie- więc już z ręką na sercu mogę Wam polecić to wydanie. Zbliżają się święta ( ale ja ostatnio dużo o tych świętach już mówię! Jakby już był grudzień ^^ Wybaczcie, chyba zawsze tak jakoś szybko zaczynałam o tym wszystkim myśleć... należę do osób, które ten grudzień już przeżywają trochę inaczej, nie z myślą o prezentach, dlatego już teraz zastanawiam się co by pod tą choinkę schować, żeby do grudnia mieć już wszystko załatwione- no ale nie o tym dzisiaj przecież! Nie wiem czy zauważacie, ale ja chyba w momentach kiedy spędzam dzień bez szkoły, w połowie samotnie- później piszę nie wiadomo jakie monologi na blogu, eh! To chyba źle^^ Jak Wy to odbieracie?^^ ) więc może to właśnie idealny prezent pod choinkę? Myślę, że każdy kto pasjonuje się designem, w troszkę większym formacie niż jedynie przeglądanie Czterech kątów będzie zachwycony! :) Wydaje mi się, że albumy to w ogóle taki bardzo właściwy prezent na jakąkolwiek okazję. Takie wydania mają w sobie coś magicznego, kolorowego, estetycznego i pięknego! Jak kiedyś byłam fanką biografii i albumów, to pierwsze mi się przejadło i już wiem, że jedynie ta druga miłość była właściwa i dobra... ta kategoria po prostu nigdy nie może się znudzić, no bo jak?! :D 


Mogę być szczęśliwą posiadaczką Historii wnętrz dzięki wydawnictwu ARKADY
Kto się skusi?:)
Buziaki! :*

wtorek, 13 października 2015

Świętujemy!


Pewnie już wszyscy wiedzą, że mam remont kuchni, tylko myślicie zapewne, że jest już zakończony... no cóż- nadal nie. Ciągnie się to jak flaki z olejem. Najpierw koniec miał być w poprzednią środę, później w piątek... no i dzisiaj. W domu już zaplanowałyśmy świętowanie z wykwintną kolacją w roli głównej upichconej w nowym piekarniku, jednak fachowiec od blatów postanowił, że pokrzyżuje nam plany i w naszej niedorobionej kuchni zawita dopiero jutro... także wszystko przesunie się o kolejny tydzień. Nie ma co narzekać- ważne, że w końcu będę miała wszystkie wspaniale sprawne sprzęty u siebie i będę mogła trochę bardziej czarować- a jak wiadomo zbliżają się święta i tradycyjnie spędzanie każdej soboty listopada przy robieniu pierniczków. Im jestem starsza tym mniej potrzebuję do tego pomocy mamy, ale wiążę się to też z tym, że z roku na rok jest coraz więcej chętnych na nie^^ Mimo wszystko sprawia mi to tyle radości, że już się nie mogę doczekać! :D

No i co? Przygotowane na świętowanie z butelką przepysznego cydru ( chyba jedynego alkoholu, który w pełni akceptuje, chociaż Dobrońskiego wcześniej nie próbowałam... może nie jestem jakimś ekspertem od cydrów, ale jest naprawdę przepyszny! :) ) postanowiłyśmy się nie poddawać. Z braku jakichkolwiek sztućców, czy talerzy przygotowałyśmy sobie kanapki i bez krzeseł siedziałyśmy na zimnych kafelkach. Muszę Wam powiedzieć, że lubię takie momenty! :D Z moją mamą już chyba przywykłyśmy do remontów i czasami umiemy czerpać z tego radość. Pamiętam jak kiedyś przy remoncie dużego pokoju siedziałyśmy na podłodze przy telewizji i jadłyśmy zupkę chińską i było nam wtedy naprawdę świetnie! ... takie jakieś to życie studenckie mamy na okrągło ^^

A wracając do cydru, to mam dla Was małą informację o konkursie. Do wygrania rewelacyjne nagrody! KLIK  Zachęcam! :) Ja już wzięłam udział, fajnie jest czasami coś wygrać ;)

Teraz czekamy już na prawdziwy koniec... a wtedy niewątpliwie pyszną kolację z cydrem zrobimy znowu! :D Czekajcie, ponieważ pojawi się na dniach, mam nadzieję ^^ Trzymajcie kciuki! :)


Buziaki! :*

poniedziałek, 12 października 2015

Szlachetna paczka

Hejka! :) 
Dzisiaj mamy jakieś dziwne niezgodności co do planu lekcji. Co by nie mówić o naszej szkole, to jednak zastępstwa to zawsze taki punkt, w którym nie wiadomo o co chodzi! ^^ Wszystko wychodzi w praniu, dopiero w szkole... także dzisiaj pewna jestem jedynie pierwszych dwóch lekcji rysunku, do którego muszę się przygotować- więc dzisiaj tak szybciutko, ale zwięźle i na temat! A temat bardzo ważny.

W jednej notce już Wam wspominałam, że dołączyłam do grupy wolontariuszy ze Szlachetnej Paczki... chciałam w tym poście powiedzieć o tym trochę więcej, a przede wszystkim zachęcić Was do tej akcji. W niedzielę byłam na szkoleniu i dowiedziałam się wielu ważnych informacji, o których nie wiedziałam decydując się na udział w projekcie. Także myślę, że jeżeli ktoś się jeszcze waha, to może te kilka informacji Wam pomoże podjąć decyzję! :)

Zacznę od najważniejszej rzeczy: jesteście nam nieziemsko potrzebni! Szlachetna paczka potrzebuje każdej chętnej osoby, bo każdy jest dla nas bardzo ważny. KAŻDY z wolontariuszy dostaje TRZY rodziny, którym może pomóc! Wyobrażacie sobie?! Nie grupa, nie pięć osób- KAŻDY Z WAS może pomóc aż trzem rodzinom, naprawdę! Kiedy jest nas dwadzieścia możemy pomóc sześćdziesięciu rodzinom!!!! Jeżeli byłoby nas dwa razy więcej tych rodzin jest już ponad sto!

Nie twierdzę, że nie zajmuje to dużo czasu... jeżeli to jest właśnie Wasza największa przeszkoda, to wiedzcie, że swój czas poświęcić musicie- ale to kwestia zorganizowania, naprawdę! Tylko tyle! :D Może mi jakoś banalnie łatwo o tym mówić, bo ja potrafię od zawsze dobrze zorganizować czas i robić milion rzeczy na raz, a później umierać ze zmęczenia, ale sprawia mi to radość, więc mam nadzieję, że ta cecha zostanie we mnie już na zawsze. 
Tylko nie myślcie, że jak jesteście w Paczce to codziennie przez 24 godziny na dobę jesteście zobowiązani coś robić. Ja aktualnie do czwartku mam totalnie wolne- czujecie ile to dni!?! ^^ Na razie czekamy na przydział rodzin, później będziemy do nich chodzić- rozmawiać z nimi. Następnie będziemy szukać darczyńców i wtedy pomagać im znaleźć ludzi do tworzenia paczki... ostatnim etapem jest zawiezienie paczek do rodzin, co daje tyle szczęścia, że wszystkie trudy zostaną od razu wynagrodzone! :D

Macie jeszcze trzy dni! Możecie się zgłaszać. Spróbować. Dowiedzieć się więcej... wyobraźcie sobie te TRZY RODZINY, którym tak bardzo możecie pomóc! :) W Krakowie jest już śnieg, to już tak przybliża magię świąt. Zastanówcie się nad tym...
To oczywiście nie chodzi tylko o Elbląg, w akcji udział bierze cała Polska! :)

Ja mocno trzymam kciuki, że może ktoś się jednak zdecyduje. Jeżeli chcielibyście się jeszcze czegoś dowiedzieć ( nawet ode mnie ) to zapraszam do pisania maili (karolinaz27@wp.pl)... odpowiem na wszystko, na co będę miała jakiekolwiek pojęcie... albo dopytam moją super liderkę! :D

A tak poza tym... to wiecie jacy fajni ludzie są w Paczce! Jakie dobre serca mają... a jakie pyszne rzeczy do jedzenia robią!? :D Magia dosłownie ^^


No to do dzieła! LECIMY! :D
Buziaki ;*

niedziela, 11 października 2015

Niedzielne inspiracje / teatr

Wiecie... w teatrze zza kulisami jest mnóstwo głośników, słychać przez nie każdy dialog wypowiedziany ze sceny. Słychać również, kiedy inspicjentka woła kolejnych aktorów na scenę no i oczywiście na koniec słychać gromkie brawa... czasami też gwizdy, ale nie wnikajmy w kulturę osobistą gimnazjalistów lub bardziej jej brak oczywiście. No i wtedy po dwóch godzinach znudzonym charakteryzatorkom powraca iskierka życia. Po tych oklaskach mają one niecałą minutę na zrobienie miejsca i czekanie na falę rozentuzjazmowanych aktorów. Wbiegają wszyscy przez te małe drzwi- jeden po drugim. Zajmują najlepsze miejsca, nawilżone chusteczki, płyny do demakijażu i bliżej nieokreśloną tłustą maź dzięki której cała nasza trzygodzinna praca schodzi prawie(!) bez trudu. Szał trwa mniej więcej dziesięć minut. Mycie włosów, ścieranie krwi z czoła, ściąganie białej farby z zębów,  odklejanie nosa. Później jest już spokojniej. Aktorki przychodzą zdejmować peruki, aktorów już prawie nie ma. Zostają jedynie zużyte chusteczki i otwarte opakowania.

Rok temu skupiłam się na udokumentowaniu procesu tworzenia, w ten piątek na destrukcji....

W ciągu dziesięciu minut zrobiłam 28 zdjęć. Wróciłam do domu i... byłam zachwycona, no! To jednak ta magia teatru. Wiadomo, że to zupełnie coś innego niż w poprzednim październiku. Wtedy miałam dużo czasu, aktorzy odpoczywali na fotelach, wszystko było estetyczne i piękne. W piątek wszystko było tłuste i w połowie zmyte. Były chusteczki i kremy przy twarzach zniszczonych i wycieńczonych od kosmetyków. Były pozdejmowane kostiumy do połowy... dobrze było! Ale inaczej. Chociaż cały czas czułam, że trzymam się konwencji : zdjęcie przez ramie z odbiciem w lustrze. Na raz to był naprawdę mega sposób, ale nie chciałam powielać swoich prac tylko dlatego, że były dobre. 

Wieczorem miał odbyć się już ostatni spektakl Balladyny w tym roku. Sprawdzałam gdzie bym mogła wejść tak żeby zdjęcia robić z góry, ale niestety nigdzie nie było takiej miejscówki. Płakałam, że chciałabym usiąść na parapet przy suficie, bo tam byłoby idealnie- idealna perspektywa na wszystkie lustra... no ale przecież za wysoko, nie wejdę. Wejść nie weszłam, ale zostałam podsadzona przez Zapowiadacza ... uwierzcie, że jak po spektaklu aktorzy wchodzili i czuli błysk lampy byli tak zdziwieni, że nie wiedzieli co się dzieje. Rozglądali się po charakteryzatorni i nagle przy drugim fleszu zauważali mnie. Hahaha, mam mnóstwo zdjęć pod tytułem: Karolina?! Coś Ty znowu wymyśliła?! :D HAHAHHAHAA. Uwierzcie, ze zejście z tamtego miejsca było koszmarem. Ale daliśmy radę- wspólnymi siłami... a zdjęcia chyba też nie najgorsze. Chociaż sentyment do tych pierwszych zostanie już w moim sercu na zawsze. Także nie ma nawet możliwości im dorównać ! :D

Jeżeli kilka z nich chcielibyście sobie przypomnieć to są TUTAJ


Buziaki! :*

czwartek, 8 października 2015

kolory

Hejka! :)
Właśnie sobie leżę z gorącą wodą imbirową, słucham Korteza ( nadal! Z małymi przerwami porannymi na pobudzające Modern Talking ... ostatnio kupiłam ich płytę i za pierwszym razem czułam, że jest smutno, ale teraz jak już znam wszystkie piosenki i słyszę te melodie to jedynie się cieszę. Zabawny zespół ^^ ). Od powrotu z teatru chciałam napisać jakąś wartościową notkę, żebyście z tego fioletowego-serca coś tam wynosili, no ale myślałam cały dzień i nic nie wymyśliłam. Postanowiłam wejść w moje jakże ciekawe zapisane-niepublikowane notki i poszukać w nich inspiracji...trafiłam na to zdjęcie i uznałam, że będzie idealne. Czemu? Ponieważ od dawna tak wiele nie mówiłam o moich dredach jak w tym tygodniu. No wiecie... taka charakteryzatorka to nic takiego w teatrze, cały rok myślałam, że ci starsi aktorzy, kiedy mówię im dzień dobry! na ulicy mnie nie poznają... a tu takie zaskoczenie. Przyszłam i od razu każdy z pytaniem Gdzie dredy?! to całkiem miłe! :D No i wiecie- ile aktorów, z którymi nie spędzam czasu poza teatrem, tyle pytań i odpowiedzi. Jednak wydaje mi się, że z dniem dzisiejszym już wyczerpał się limit i nikt więcej o to mnie nie spyta! ^^ 

A czy żałuję? Ani trochę! Znam ludzi dla których dredy to dredy- nic nie trzeba z nimi robić, ale uważają tak jedynie Ci, którzy ich nie mają. Jak już wiele razy Wam wspominałam dredy są najbardziej czasochłonną fryzurą na świecie... i najbardziej bolesną. Oczywiście, za każdym razem jak mijam kogoś z dredami czuję, że ich zdradziłam... że przechodzą obok mnie i nie wiedzą, że jestem jedną z nich... chociaż, że byłam. Hahaha. No serio tak myślę, smutno mi wtedy ^^  Poza tym lubiłam koczka i lubiłam, to że czułam się w nich tak dziewczęco! Naprawdę! Zapewne to też kwestia wieku, ale w dredach czułam się fantastycznie... A te krótkie włos odbierają mi totalnie wszystko. Okey, wtedy też nie zwracałam uwagi na to jak wyglądam- wstawałam, związywałam je w super długiego i grubego kitka ( aż mnie coś właśnie ukuło w sercu... ależ ja lubiłam tego kitka!!! ) i jakoś wyglądało... no a teraz robię tak samo- czasem nawet z kitkiem i czuję, że to nie to. Ale spokojnie- piję te ohydne drożdże ( pod koniec miesiąca obszerna notka na ten temat, więc zapraszam wszystkich zainteresowanych! Postaram się o dobre informacje ^^ ) i myślę, że będzie dobrze. A wiecie... jak już dobrze będzie, to niewątpliwie znowu je zetnę- cała Karolina -.- Nie no, teraz zapuszczam do pasa. 

No i widzicie- jedno zdjęcie a tyle myśli w głowie!!! :D I mój sufit widać... a zdjęcie robione było w opakowaniu od kremu do ciała, który dostałam od mojej Magdy z Florencji chyba- w każdym razie jak była na Taize to taki szalony prezent mi przywiozła. I to było wspaniałe! Wiecie jak nienawidziłam tego zapachu hahahah :D Ale wróciłabym do niego znowu, mam z nim dobre wspomnienia ^^ Także pudełka nigdy nie wyrzucę.. tak czasami już mam. 

Oglądam całkiem sporo filmów ostatnio... mam właśnie taki czas, że ciągle płaczę. Naprawdę. Zaczęło się od tej nieszczęsnej Chemii ( a propos, obejrzałabym jeszcze raz, ale dla mojego zdrowia psychicznego i emocjonalnego [ zdrowie emocjonalne?! O.o ] może to się źle skończyć ) i trwa nadal. No naprawdę. Ja już mam dość. I to nie jest tak, że po prostu częściej się wzruszam w momentach,w  których powinnam. Ryczę po prostu cały czas. Co prawda jedynie ze szczęścia lub z niczego- jeszcze ze smutku mi się nie zdarzyło... a nie, raz! Bo mi się nie spodobało, jak ktoś do mnie coś napisał. ohohoh, taka szalona, płakała pół nocy ohoho ^^ I chyba powinnam przywyknąć do płakania w elbląskim Światowidzie. Ostatnio znowu to się stało, może nie aż tak bardzo jak na filmie Prokopowicza, bo po filmie już mi przeszło całkowicie, ale na projekcji ryczałam jak bóbr... Macie może jakieś lekarstwo na zbyt wiele łez w organizmie? Bo muszę przyznać, że to trochę męczące. Niezbyt komfortowo czuję się, kiedy płaczę przy ludziach. Śmiesznie ^^

A tak może żeby jednak na notka miała jakiś sens, prócz samych wywodów z serca to zachęcę Was do wspaniałego działania! :) W środę dołączyłam do akcji Szlachetna Paczka , a od dzisiaj już oficjalnie jestem jednym z SUPERW. Zbliżają się święta... i co prawda może jeszcze wydaje Wam się, że jest do nich daleko, ale jeżeli ktoś wychodzi o siódmej rano z domu, to zapewne wie, że zima już się czai. Także - zaczynajcie już robić pierniki, wymyślajcie prezenty dla najbliższych i róbcie te wszystkie mało istotne rzeczy, żeby już pod koniec zająć się jedynie tym najważniejszym elementem Bożego Narodzenia. 
Grudzień to chyba zawsze czas jeszcze większych chęci niesienia pomocy... no i właśnie o to chodzi w Szlachetnej Paczce. Staramy się pomóc ludziom, którzy o tą pomoc wcale nie proszą. Szukamy ich i namawiamy, aby zgodzili się przyjąć pomoc. Później szukamy darczyńców, którzy paczki chcieliby dla konkretnej rodziny stworzyć, a oni szukają wśród swoich znajomych chętnych, którzy wspólnie z nim ten prezent zrobią. Co roku wychodzą naprawdę magiczne rzeczy! Akcja obejmuje całą Polskę, więc wystarczy, że wejdziecie na stronę www.superw.pl i wypełnicie ankietę, później skontaktują się z Wami inni wolontariusze i będziecie mogli zacząć działać! :D Ja jestem jak najbardziej na tak. Na niedzielę szykuję ciasto i pędzę na ósmą rano ( ! ) na spotkanie. Także jeżeli byście chcieli, to ja mocno trzymam kciuki za wytrwałość :) Ślę buziaki! :*

Poza tym- Elbląg! Skoro dzisiaj tak informacyjnie, to jeszcze sobie popiszę. 20.50 dopiero, także do spania mam jeszcze dużo czasu ( pewnie zdecyduję się jeszcze na jakiś film ♥ ). A więc- dzisiaj kupiłam roczny karnet na nowy basen Dolinka i chciałam Wam powiedzieć, że to super opcja! Co roku miałam karnety na Delfina, ale tam były zawsze ustalone dni i godziny, a nie zawsze miałam możliwość mieć wolne wtorki i piątki... natomiast na Dolince przychodzić można kiedy się chce i na ile się chce... i na jeden karnet może wchodzić kilka osób. Oczywiście jest tam jakaś pula do wykorzystania, ale np. z moim karnetem, jeżeli chciałabym chodzić sama, to musiałabym przez cały rok co drugi dzień być tam przez godzinę... no a wiadomo, że ja wiele podróżuję i nie jestem cały czas w Elblągu. Także mega super ! Polecam serdecznie... mam taki ambitny plan chodzić w weekendy na szóstą rano, jak prawdziwy pływak :D Do Delfina nigdy nie miałam śmiałości zapisać się na takie godziny, bo to by było zbyt zobowiązujące, ale jak mogę kiedy chcę, to takie weekendy szósta rano, wow! Mi się podoba... pod koniec miesiąca poinformuje Was, czy chociaż raz mi się udało hahahhaa. No bo wiecie- marzeniem to w ogóle by było gdybym chodziła na ten basen przed szkołą, ale no bez przesady ^^ Jeszcze gdybym może miała jakiegoś szalonego chłopaka, który kochałby mnie nad życie i swoim samochodem przyjeżdżałby po mnie co rano... no to inna sprawa^^ Ale takie poranne samotne spacerki przed szkołą chyba mnie nie zadowalają hahaha. A jak tam z Wami? Jest tutaj jakiś pływak zawodowy? Jeśli to czytasz- wiedz, że Cię podziwiam i cenię! :D

No okey, wydaje mi się, że jestem spełniona... oczywiście, mogłabym poruszyć tutaj jeszcze kilkadziesiąt wątków, ale zaraz się okaże, że za bardzo się uzewnętrzniłam i dopiero będzie! Także dla bezpieczeństwa kończę, idę pod trzy koce oglądać film. Typowy czas kinomaniaka uważam za otwarty! Październiku, gdzie podziewałeś się całe moje wakacje ?! ^^ 


Jedno zdjęcie! Tyle może! :D Chyba zacznę na nowo zapisywać notki bez treści- z obrazkiem na później... 
Buziaki! :*

wtorek, 6 października 2015

Aniela


Także tego... dzisiaj mam kolejne, trzecie już w tym roku szkolnym, zdjęcia ze studia. Tym razem najbardziej Wam znana- Aniela. Naprawdę to niesamowite! Wydawało mi się, że tak długo nie można uwielbiać jednej osoby i cały czas chcieć jej robić zdjęć, ale Aniela to jednak taki piękniutki wyjąteczek, któremu mogłabym robić zdjęcia codziennie ( i o ile pamiętacie, kiedyś miałyśmy projekt robienia codziennie zdjęć przez cały tydzień! Muszę Wam powiedzieć, że to było fajne! Chciałabym znów znaleźć kogoś tak mnie inspirującego... tutaj na miejscu, bo do tego Zakopanego to tak daleko! ^^ ). I ja nie wiem jak to jest, ale naprawdę, z ręką na sercu powiem Wam, że tak źle jak na tych zdjęciach to nie było nigdy. Wróciłam do domu i nawet nie chciałam patrzeć na te zdjęcia, bo może i z kimś z kim byłabym pierwszy raz to byłoby całkiem dobrze, ale z racji tego, że Aniele już sobie wytresowałam i dotarłyśmy do poziomu wyżej we współpracy z sobą, to ja jednak już wymagam naprawdę bardzo dobrych rzeczy! No i w tym smutku i żalu przerobiłam tylko jedno zdjęcie, które wydało mi się idealne ( pierwsze na górze! ) Resztę odłożyłam... powróciłam do nich wieczorem i nie wiem co się zadziało, ale zakochałam się w nich! 

Do zdjęć użyłam białego tła, od którego wzbraniałam się rękoma i nogami, no ale wiecie- z racji tego, że już zamykam się w tym studiu to chcę robić wszystko co do mnie nie pasuje- żeby się uczyć i wypróbować wszystkiego co czego mam możliwości. No więc zostało białe tło. 

Poza tym zdjęcia są czarno-białe, a w studio jakoś mi się to gryzie, wolę kolorowe... ale tutaj pasowało idealnie. Próbowałam zostać przy kolorze, ale no nie. Zdjęcie traciło! :D Czasami czarno-białe też mogą być, prawda? :) Zdjęć podoba mi się aż 40, a nigdy nie ma aż tyle! ^^ Nie lubię naciskać tak często guzika do robienia zdjęć ^^ No ale standardowo pokazuję Wam znikomą ilość i oczywiście jak zawsze wyglądają tysiąc razy gorzej niż u mnie, ale może kiedyś  się do tego przyzwyczaimy! :D

Więcej pisać nie będę, ale mam nadzieję, że Wam się podobają! :)


Uciekam, buziaki! :* 

poniedziałek, 5 października 2015

Teatr

Hejka! :)
Pamiętacie jak dokładnie rok temu zostałam zaangażowana w elbląskim teatrze do sztuki Balladyna jako charakteryzatorka? Od pewnego czasu chodziła nad nami wiadomość, że już niedługo powróci na deski teatru znowu.... aktorzy płakali nad swoimi twarzami, które po malowaniu są okropnie wyniszczone, a ja w serduszku cieszyłam się, że znowu będę mogła wejść w ten jakże magiczny i tajemniczy świat. Praca w teatrze to jest jednak to! Strasznie mi się podoba i gdyby wszystkie moje życiowe plany nie poszły po mojej myśli mogłabym zostać właśnie tam. Tworzenie takich małych elementów połączonych w jedno to naprawdę wspaniała robota!

No i tak dzisiaj o 10 rano otworzyłam drzwi teatru i zaczęło się! :D Skład w połowie się zmienił, więc dzisiaj próbowałyśmy jedynie na mojej twarzy ( jak zawsze... moja twarz do męskich makijaży dziwnym trafem jest najlepsza! ^^ ). Jutro już normalnie zaczynamy próby generalne w pełnym makijażu. Kurde! Lubię to robić, no! Bardzo lubię! Sprawia mi to ogromną radość i przez ten tydzień będę niesamowicie szczęśliwym człowiekiem ( no wiecie, jeszcze mocniej niż zawsze! ).. tym bardziej, ze w tym tygodniu podobno kończy się remont! ♥ Właśnie miły Pan układa beżowe kafelki na podłogę.... coraz bliżej końca! :D


Od środy do piątku grane są spektakle! Polecam serdecznie zapoznać się z repertuarem i jeżeli ktoś nie był w tamtym roku- to polecam zakupić bilety. Nie pożałujecie. To naprawdę świetna sztuka! :) Poza tym- jak ktoś był, to też może przyjść... ja widziałam sztukę sześć razy i ani razu mi się nie nudziło! :D
Buziaki!:*

niedziela, 4 października 2015

niedzielne inspiracje

Hejka! :) Dzisiaj tak jakoś później, bo niedziela uciekła mi między palcami i nie wiem jakim cudem jest już wieczór. Nie lubię takich krótkich dni, ale dzisiejszy był całkiem owocny. Przerobiłam naprawdę fajne zdjęcia, które Wam zapewne jutro, albo w ciągu najbliższych dni pokażę. Dzisiaj niedzielne inspiracje takie typowo fotograficzne. Zapraszam:


1. Przepiękna sesja zdjęciowa! Ostatnio tak się czaję na zdjęcia w domu z paprocią, ale to jeszcze chyba nie ten moment. Zdjęcia znalazłam na pudelku... mam nadzieję, że tam nie wchodzicie! Ja byłam raz jedyny przez nie dłużej niż pół godziny, próbowałam wypatrywać jedynie sesji zdjęciowych.... ale no nie. Na następny dzień wiedziałam już wszystko o wszystkich! To było straszne :D Jak później gadałam o wszystkich ploteczkach znajomym, to uznałam, że chyba dla własnego dobra nie będę już tam wchodzić ^^


2. Proste, a piękne- ja jestem zakochana! :D


3. Od pewnego czasu mam w sercu taką wielką ochotę zrobienia przepięknych zdjęć dojrzałej Kobiecie. Co prawda nie wiem, czy już za pierwszym razem bym podołała, ale jakbym znalazła gdzieś taką barwną kobietę i mogła jej zrobić zdjęcia w swoim własnym równie barwnym wnętrzu, to myślę, że wyszłoby przepięknie! Taaaak, no tyle wizji w głowie! A na dodatek kilka dni temu znalazłam przepiękne zdjęcie Małgorzaty Zajączkowskiej... i to właśnie o taki rodzaj zdjęć mi chodzi! Takie mam w głowie. Jestem zachwycona! Przy okazji przypominam o wspaniałym filmmie Noc Walpurgi, który aktualnie jest w kinach :)


4. Ostatnio jestem trochę uzależniona od przeglądania internetowego Vogue... zdjęcia z działu styl uliczny, to jeden z moich ulubionych i jestem taka zachwycona!!! Nawet próbowałam zrobić sobie taką bluzkę jak na pierwszych zdjęciu, bo wydawało mi się, że będzie pięknie... no ale niestety, z normalnej to tak się nie da i wygląda bardzo źle ^^ No ale tyyyyle inspiracji! Ja teraz taka mocna się robię, to przeglądam z zachwytem! :D


5. Trochę śmiechu! :D Wiecie, to jest tak, że w środy ( chyba ) mam cztery lekcje na komputerach. Bez przerw od pracy się nie da, więc wszyscy razem szukamy śmiesznych stron z obrazkami i to dlatego tak tego dużo ostatnio na tym blogu! :D W tym tygodniu mistrzem był zdecydowanie fp : ooooo maaaaaatko!!!!! chciałam Wam podać nazwę tej stronki i spędziła na niej godzinę! Co za nieporozumienie ! ahahahha. Także uwierzcie na słowo, to naprawdę zabawne. Polecam serdecznie! :D Zapewne w tym roku co niedzielę będę Was informować o nowym śmiesznym zbiorze memów ^^ A fp nazywa się WILKOŁKE Z WOŁYNIA 


6. Przepiękne fotografie! ♥


7. Z tym sklepem plastycznych to tak już jest :(


8. Rewelacyjny makijaż na trzecim zdjęciu, jestem zachwycona! ... w sumie każdy wspaniały! :D


9. Cate Blanchett- w tym tygodniu jest dla mnie zdecydowanie jedną z największych inspiracji! Ikona mody no! Cudo♥ Polecam zapoznać się z resztą stylizacji, cudowne!


10. Przyborniki od Hajde są rewelacyjne! Właśnie zastanawiam się nad zakupem jednego...aktualnie noszę do szkoły najbrzydszy piórnik od początku mojej szkolnej edukacji! Muszę to zmienić!


11. Na koniec fantastyczna okładka ELLE... lustro w którym można się przejrzeć. Tak prosto a tak efektownie! Jestem zachwycona! ♥

No to tyle... gdyby nie ta godzina na memach, to byłoby całkiem szybko hahah! ^^
Buziaki! ;*

sobota, 3 października 2015

Dzieje Tristana i Izoldy

Hejka! :)
Remont doprowadza mnie już do białej gorączki! Wiedziałam, że tak będzie... jeszcze ten bałagan nie jest taki zły, ale pył wszędzie i te folie na wszystkich podłogach, błagam! niech to się już zakończy...
Ale dzisiaj nie o tym, dzisiaj odpuszczę sobie narzekanie na cześć książki, którą wczoraj skończyłam czytać.

Zacznę od tego, że seria wydań ilustrowanych wydawnictwa MG, to naprawdę fajnie opracowane dzieła literatury. Wszystkie zachowane w tej samej stylistyce, w różnych- bardzo kolorowych okładkach. W swoim pokoju mam już całkiem niezły zbiór tych wydań i każde pod względem wizualnym cieszy oko :) Z tą drugą stroną, czyli samą treścią jest już gorzej, bo z racji tego, że są to wielkie dzieła znanych pisarzy nie zawsze jest łatwo, miło i przyjemnie. Jednak jedno jest pewne- zawsze warto! 

Jest kilka takich filmów, piosenek, spektakli, fotografii, czy książek, które po prostu się zna. Nawet jak nigdy się nimi specjalnie nie interesowano, to mimo wszystko są tak popularne na świecie, że przynajmniej kilka razy o uszy obiło się każdemu. Ja poza zasłyszeniem lubię również zapoznawać się z owymi dziełami, sprawia mi to naprawdę dużo radości, chociaż nie ukrywam- czasami zdarzają się naprawdę duże rozczarowania!

Dzieje Tristana i Izoldy to właśnie jedno z takich dzieł. Każdy zna, ale pobieżnie. Jest miłość, jest eliksir, jest nieszczęście i śmierć. Jak się zna zakończenie to po co czytać? A no po to, że to naprawdę bardzo dobra historia. Oczywiście, w dzisiejszych czasach troszkę śmieszna i całkiem dziwaczna... ale ja chyba lubię. No lubię te wszystkie miłosne i romantyczne historyjki. Taka już jestem no! ^^

Co prawda może i największym, najgłębszym poematem miłości, jaki ludzkość kiedykolwiek stworzyła bym tego nie nazwała, ale zgadzam się w pełni, że miłości tutaj mnóstwo i jest ona naprawdę świetnie opisana. Nic tylko czytać! :)
Polecam serdecznie.


Buziaki! :*

piątek, 2 października 2015

KORTEZ Bumerang

W majowej muzycznej siódemce pisałam Wam o moim nowym odkryciu jakim jest Kortez i jego piosenka Zostań. Fantastyczny kawałek usłyszałam będąc u Gdańsku, robiąc truskawkową tartę i słuchając radia Muzo FM. Wtedy bezgranicznie zakochałam się w barwie głosu, w tekście piosenki. Wróciłam do domu i obejrzałam całkowicie minimalistyczny teledysk, który pasował idealnie. Podobno miało wyjść inaczej, dobrze, że nie wyszło! Wałkowałam piosenkę cały dzień i naprawdę chciałam żeby to się nie kończyło. Skończyło się... ale co jakiś czas na szybkie przesłuchanie wracałam nadal.

Nagle, znów będąc w Gdańsku, przygotowując się do snu włączyłam to samo radio... Offensywa. Stelmach. KORTEZ?! Cała płyta? To ten wspaniały człowiek wydał płytę?! Późny wieczór spędziłam na słuchaniu całej audycji. Byłam zachwycona nie mniej niż prowadzący. Czekałam na powrót do domu i możliwość kolejnego wysłuchania, już na spokojnie. Wróciłam, przesłuchałam na Youtube ... no i playlista została już na cały dzień! A zamówienie na CD poszło w świat!

We wtorek pobiegłam po przesyłkę. Nie spodziewałam się, że coś może być tak dobre. Co prawda nie lubię kiedy płyta ma jedynie dziesięć kawałków. Tak stosownie jest czternaście, nawet dwanaście. Te dziesięć zazwyczaj jakoś mija w pół godziny i nim się zacznie już się kończy. Kilka razy już zajarana płytami byłam trochę zniesmaczona kiedy widziałam tak małą ilość utworów, no ale jak to się mówi- nie ważna ilość, a jakość! Kortez jest tego niesamowitym przykładem! Ciągnie się i ciągnie w jaknajbardziej pozytywnym znaczeniu tego słowa. 

Wypróbowałam już do bardzo głośnego słuchania w dzień jak i do cichego podczas snu w nocy. Muszę Wam powiedzieć, że sprawdzała się za każdym razem, a u mnie chyba ciężko z taką muzyką na każdą okazje.

Płyta Bumerang to naprawdę niesamowite muzyczne wydarzenie tego roku! Może to przez to, że ostatnio jestem bardzo emocjonalna i tak naprawdę płaczę przy wszystkim, ale teksty piosenek wzruszają, z tego co wiem nie tylko mnie... I tak sobie myślę, że skoro Mężczyzna może mieć tak wspaniałą wrażliwą duszę, tak pięknie śpiewać o własnej mamie, to ja jestem pochłonięta tym wszystkim w stu procentach! 

I żeby tak nie słodzić, to może czas coś skrytykować? Nie... to jeszcze nie ten czas, bo właśnie nadeszła chwila, w której warto wspomnieć o okładce. Jak wiecie ja teraz w temacie okładek siedzę bardzo mocno, więc uwagę zwracam na nie jeszcze większą. Po pierwsze- wspaniały odcień niebieskiego koloru! I ten minimalizm we wszystkim! Jak wiecie jestem jego fanką... lepiej nie dopowiedzieć niż przekazać za dużo! Wspaniałe zdjęcie, ta linia idealna ( tak wiem, zachwycanie się linią pewnie zdaje się Wam wariactwem, ale ja ostatnimi czasy jestem zachwycona takimi zabiegami! ) Można prosto i łatwo? Można! :D 

I właśnie teraz jest czas na negujący akapit- tak żałuję, że płyta nie jest w papierowym opakowaniu, takim, które lubię najbardziej, tylko w zwykłym plastikowym :((
Tak, to już koniec moich narzekać!

Wspaniała płyta ma również swoje drugie rozszerzone wcielenie. Mam zamiar zapoznać się z nim na Spotify, gdzie dostępne są dwie wersje, co również polecam Wam... najpierw może i to Was zadowoli, gwarantuję, że późnej będziecie chcieli posiadać na własność to małe arcydzieło! Kortez, po prostu DZIĘKI!


Buziaki! :*

czwartek, 1 października 2015

Licheń

Hejka! :)
Wczoraj z przeogromnym bólem kolan wróciłam z Lichenia. Kiedy wjechaliśmy naszym oczom ukazała się bazylika. Nawet nie zdajecie sobie sprawy jak bardzo byliśmy zaskoczeni! Taki kościół w Polsce!? Mogłabym jechać do Francji żeby podziwiać, a tu proszę- trzy godziny od Elbląga takie cuda! Jednak dla mnie to miejsce wyjątkowe, właśnie tam pokonałam swój największy lęk i udało mi się to śpiewająco! Po trzydniowych modlitwach wyszłam na środek ołtarza, gdzie było trzy tysiące osób.... i nie czułam żadnego stresu. Żadnego! Karolina, Ty i żaden stres? Ja panicznie wstydzę się powiedzieć przy dwudziestu osobach wiersz na polskim.... No ale tak to już jest. Jak się bezgranicznie ufa Bogu, to jakieś tam głupie lęki nie mają tutaj nic do gadania. I wiecie... kilka osób mi mówiło, że trzeba zaufać, powierzyć wszystko Temu Najwyższemu i będzie dobrze. Że oni tak robili i nigdy się nie zawiedli. Ufałam, ale byłam pewna, że ta ludzka słabość mnie zmiażdży... no ale NIE! NIEE! Dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych, nawet z Karoliny może zrobić tak publiczną niekrępującą się osobę, że ja już uwierzę we wszystko!!! Precyzyjniej: wierzę w siebie, w istotę stworzoną przez Stwórcę, który nie karze mi robić niczego czemu nie podołam- nawet jeżeli czasami mi się tak wydaje... bo przecież życie takie trudne bla bla bla.

I szczerze mówiąc nie wiem jak to wszystko wyszło. Podobno wspaniale, wszyscy byli zachwyceni... i oczywiście niesamowicie cieszy się serce ze świadomości, że wśród tych ludzi przynajmniej jedna osoba nawróciła się na Boga, ale dla mnie to przede wszystkim wzmocnienie własnej wiary i tysięczne jeszcze mocniejsze zakochanie się w Panu. Chwała Mu za to!

Na blogu nigdy nie miałam zbyt wielkiej ochoty dzielenia się moją wiarą. Uważałam, że to całkowicie moja prywatna sprawa, a swoją miłość zostawię we własnym sercu i będę się radować nią sama ( z taką ziemską też tak mam. )... ale od pewnego czasu zostaję uświadamiana w swoim błędnym postrzeganiu chrześcijaństwa. To ważne żeby swoje radości przekazywać dalej! Jeżeli potrafię Wam napisać, że jestem szczęśliwa, ponieważ właśnie pomalowałam paznokcie na brzoskwiniowo, to dlaczego mam Wam nie mówić o tej radości największej? Tym bardziej, że moja wiara zaczęła rozkwitać jeszcze bardziej dzięki właśnie takim osobom, które dzieliły się Bogiem z innymi! 

Także tego... nie myślcie teraz, że codziennie notki będą składały się z moich kazań na temat dobrego Boga. Od najlepszych kazań jest Ksiądz Kamil i Tomek!:D To tak tylko czasami, samo z siebie jakoś wypływa! ^^ A może ja komuś pomogę w powrocie do Kościoła? Przyjmowanie dobrego i przekazywanie go dalej to chyba jedno z fajniejszych zadań jakie mamy tutaj na Ziemi.


Buziaki! :*