czwartek, 25 lutego 2016

KONSEKWENTNA!

Hejka! :)
Wiecie coooooo.... wczoraj wieczorem zrobiłam mały grafik notek na najbliższy czas, bo w głowie mam burze, chcę pisać o wszystkim i nie chcę żeby cokolwiek mi umknęło, albo żebym coś dodała zbyt późno. Dzisiaj miałam mówić o kolejnej mojej walce z krótkimi włosami... jednak wczoraj działy się cuda i myślę, że skoro mi ktoś to dał i tak bardzo dobrze trafiło w moje serce, to samolubnie byłoby zostawiać to jedynie dla siebie. BÓG JEST DOBRY! Bóg jest tak dobry, że nawet nie możemy sobie zdawać sprawy jak bardzo. Wiele razy powtarzam, że obdarował mnie z niewiadomych względów najwspanialszą historią życia. Codziennie wstaję rano i stwierdzam, że mam tak wielkie szczęście, że mogłabym nim obdarować milion innych ludzi. W wielu notkach pisałam jak to bardzo jestem świadoma duchowych dołów, ale byłam przekonana, że ja jestem gdzieś obok, że moja miłość do Boga jest tak wielka, że ta przyjaźń nigdy nie osłabnie- przecież się staram, przecież rozmawiamy na okrągło, nie wypieram się Niego i wszystko jest od dłuższego czasu ustawione na tej dobrej drodze prowadzącej prosto do celu. Ta moja wiara umacniała się przez bardzo długi czas. Zaczynając od buntowniczego taaaak? no to gdzie ten Bóg był jak jego syn umierał na krzyżu? A dlaczego w takim razie są wojny ?! ( ostatnio montując film na lekcji klasy czwartek w szkole usłyszałam takowe argumenty i troszkę zaczęłam się z tego śmiać. Oczywiście jest to niezrozumiałe... ale w tym objawia się nasza maleńkość i wielkość Boga... nigdy nie zrozumiemy w pełni Jego planów- nawet nie mamy tego robić. Mamy je akceptować! ) przechodząc fazy tak wielkiej fascynacji, miłości i wdzięczności, że głowa mała. Gdybym miała utrzymać się na październikowym etapie wiary już do śmierci, to byłoby pięknie.... jednak chyba do wszystkiego można się przyzwyczaić. Zapewne do wielkiej miłości Bożej również można by było przywyknąć... taki już jest człowiek ( na szczęście na stałe, tak mocno, nikt tego nie doświadcza! Bóg wie co robić! ^^ ) Gdybym kiedykolwiek miała uznać moje rozmowy z Bogiem za coś rutynowego, Jego miłość za coś codziennego- to w pewnym momencie chyba bym się załamała. Dopiero dzisiaj dotarło do mnie co tak naprawdę dzieje się w moim życiu i jak bardzo to wszystko jest właściwe i jak bardzo potrzebne! Powiecie: tak oszukuje, że trzyma prywatność w zaciszu domu, że nic tutaj nie pisze....a mówi tak osobiste rzeczy, ale wiecie.... mówiłam takie rzeczy przed trzema tysiąca ludzi i wtedy czułam Boga najbardziej. Czułam, że oddaję to co mi daje, że robię właściwie. Może stukając w klawiaturę nie ma tej atmosfery, ale pisząc o Bogu zawsze czuję, że trafiam do kogokolwiek. Dobrze mi z tym. Także jeżeli ktoś uważa, że za dużo- to po prostu nie czytajcie, przecież Was nie zmuszam! Do wiary w Boga też nigdy, przenigdy Was nie zmuszę! :) Nawet nie za bardzo chcę przekonywać. Piszę i może w tym działa Bóg ( mam taką bardzo nadzieję ! ) i że trafia to chociaż w jedno serduszko, które ma takie problemy jak ja :)

Nie zwątpiłam. To nie o to chodzi. Jestem pewna Boga tak jak niczego innego, więc nie zwątpię nigdy! Tylko, że po wielkim zakochaniu trwającym kilka lat nagle doszłam do wybuchu wszystkich fajerwerków w moim sercu i było mi tak dobrze, że mogłam iść sama na spacer do lasu tylko po to żeby byś sama z Bogiem. Było mi wspaniale, genialnie i idealnie. Kończyłam szkołę o osiemnastej trzydzieści i od razu miałam iść na wspólnotę? Żaden problem! Mogłam tam być codziennie.... Tylko, że w pewnym momencie obudziłam się, chciałam porozmawiać i nic nie usłyszałam. Walczyłam, mówiłam, modliłam się... ale czułam, że mówię sama z sobą, że rozmawiam ze ścianą. Dziękuję temu, który odszedł ode mnie gdzieś daleko i próbuje mnie usłyszeć, ale dzieli nas zbyt wielka odległość. Chodziłam do tego Kościoła, modliłam się... tylko nagle uznałam, że moje siedzenie w pierwszych rzędach jest pozerstwem, moje zostawanie do końca po mszy wydawało mi się jakimś odliczaniem kto zostanie ostatni?! a skupienie na mszy nie istniało... przecież jest tysiąc spraw, o których można myśleć w czasie tego wszystkiego co dzieje się w ciągu godziny. Byłam zrozpaczona. Pytałam Gdzie podziała się dawna Karolina?! Tyle, że nikt mi nie odpowiadał.

W końcu uznałam, że nie chcę być pozerem, nie chcę się tak czuć.... i po tak długim wspaniałym czasie przestałam robić cokolwiek. Czasami odwiedziłam Kościół w niedzielę, bo oczywiście już nie znajdywałam czasu w tygodniu, ale uznawałam to za tak wielkie nieporozumienie, że w końcu przestałam robić nawet to. Nie mówiłam nikomu, bo było mi tak głupio, że się poddałam, że nie poradziłam sobie z taką próbą. Tylko nikt mnie nie pytał o zdanie! A ja do ostatniej chwili prosiłam żeby wrócił do mnie, żeby ze mną rozmawiał, żeby było jak wcześniej! Nie słyszałam odpowiedzi.... Przestałam i było mi źle, chociaż uznałam, że tak jest właściwie- przynajmniej nie oszukuję nikogo, że jestem taka super. Ooooo, Karolina jesteś taka super, chodzisz do kościoła! Wiara, to chyba ostatnia rzecz, którą można robić na pokaż. Nie czułam, więc przestałam.

Najgorsze jest to, że wcześniej fruwałam jakby dziesięć metrów nad ziemią ze szczęścia- takiego życiowego i duchowego. Było mi tak dobrze ze wszystkim. Nawet jeżeli miałam problemy- miałam Przyjaciela, któremu mogłam to wszystko powierzyć w modlitwie. Miałam wspólnotę, która zawsze mogła mi pomóc. Czułam, że jesteśmy wszyscy takimi dobrymi wzorcami Boga tutaj na ziemi. Ktoś mi mówił, że w życiu codziennym ciężko znaleźć czas dla Boga... ze zdziwieniem w oczach zastanawiałam się Jak to?! Przecież Bóg jest wszędzie! Gadam z nim w każdej drodze jaką dziennie pokonuję, w każdym spacerze, w każdej podróży autobusem, w każdej samotności. Szukam tej samotności tylko po to żeby być z nim. Nie rozumiałam. Czasu nie miałam na nic, ale na Boga miałam czasu całą masę! Był przy mnie we wszystkim. Byłam przeszczęśliwa! A nawet jak pewnego razu ryczałam trzy dni, bo dostałam słowny cios w brzuch- to był ze mną.. nie pozwolił mi zwątpić ani na sekundę. Pozwolił mi na najlepszą modlitwę w moim życiu ( ale to był szał, serio! Polecam! ♥ ) najsmutniejsza, najbardziej dziękczynna... a mimo wszystko tak bardzo ufna! Wiedziałam, że wszystko jest w Jego rękach, że On nie pozwoli mi na nic złego... powiedziałam wtedy swoje najlepsze świadectwo na rekolekcjach! Rycząc dzień wcześniej i nie widząc sensu swojego ostatniego półrocza.... wyszłam na scenę i nagle wiedziałam, ze nic mi nie grozi! Przecież On przy mnie trwa! Załamałabym się bez niego. Do teraz nie miałabym siły na normalne funkcjonowanie. To był listopad....

I nagle przyszedł okres.... kiedy tak życiowo byłam jeszcze szczęśliwsza niż zawsze. Mogłabym Mu dziękować za dosłownie każdą idealną sekundę w moim życiu.... a ja nie umiałam nawet powiedzieć Mu, że dobrze, że jest! I byłam szczęśliwa, taka szczęśliwa, że już bardziej się nie dało.... tylko w pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że bez Niego to nigdy nie będzie to samo! Że w swoim największym smutku ostatniego czasu z Nim byłam szczęśliwsza niż w tym wszystkim co przeżywałam teraz! Nie było we mnie radości. Oczywiście, śmiałam się czasami nawet do łez, tylko, że w środku byłam pusta. Byłam martwa i nie było we mnie szczęścia. Kiedy nie było przy mnie ludzi nagle się okazywało, że śpiewanie i tańczenie w domu przy swojej ulubionej muzyce jest nudne i wcale mnie nie raduje ( wcześniej radowało bardzo! ) i po raz kolejny czułam, że oszukuję wszystkich dookoła, że oszukuję siebie. Przecież mam najlepsze życie na świecie, przecież wszystko jest pięknie- dlaczego jestem taka nieszczęśliwa?!

Dopiero wczoraj, na wspólnocie, na którą zawlekła mnie jakaś wielka siła z góry ( na którą idąc zapierałam się, że nic nie powiem, że w ogóle niech sobie nie myślą, że coś ze mnie wyduszą ) ... poszłam do tych ludzi, który od tylu miesięcy widzieli, którzy pytali, którym nie odpowiadałam.... i nagle zobaczyłam ich wszystkich. Każda minuta była tak bardzo odpowiednia do mojej sytuacji... sama przed sobą przyznałam się, że moje nawet najszczęśliwsze życie bez Niego nie ma całkowicie sensu! Żadnego! Jestem Karoliną... tą w lokach/ dredach/ łysą/ krótkowłosą i nieważne jaką jeszcze... jestem Karoliną, która co tydzień wygląda inaczej i to nie ma żadnego znaczenia- ponieważ bez Niego nie mogę być w pełni sobą. Nie mogę w pełni dawać sobą samą świadectwa Jezusa! Nie jestem jego przykładem, nie jestem na jego podobieństwo! A kiedy nie jestem jego naśladowcą moje życie jest bez sensu....

Gdybym dalej unosiła się dumą i nie chciała powiedzieć nikomu o swoich problemach, to nadal żyłabym w tym gównie.... wczoraj powiedziałam i dostałam tak idealną odpowiedz, trafiającą w samo centrum mojego serca, że nie było możliwości, abym nie wróciła.

Dzisiaj wyszłam ze szkoły przed dziewiętnastą. Nie miałam autobusu i w tej ciemności musiałam iść sama prostą drogą na tramwaj około dwudziestu minut. Miałam opór przed przeżegnaniem się. Bałam się, że kiedy zacznę znowu nie spotkam się z żadnym odzewem.... i wiecie- nie spotkałam się z niczym. Szłam. Dziękowałam. Przepraszałam. Prosiłam... Rozgrzało mi się ciało i serce do nienaturalnej w taką pogodę temperatury i już wiedziałam- że jest przy mnie i że był zawsze, że kocham Go najmocniej na świecie i nie wyobrażam sobie życia bez niego! Nie odezwał się. Ale pokazał. 

Oszołomiona tym wszystkim na przystanku podeszłam do mężczyzny, którego powinnam się wystraszyć... no wiecie- kaptur, dres, papieros.... podeszłam żeby spytać o godzinę, bo mój telefon rozładował się jakiś czas temu. To było tylko pytanie, ale w odpowiedz wlane było tyle miłosierdzia! Tyle radości i uśmiechu! W tramwaju czułam ciepło bijące od tego człowieka i wiedziałam, że to właśnie on jest stworzony na Jego podobieństwo! Nie krótkowłosa dziewczynka, która popyla codziennie do kościoła dwa razy dziennie.... tylko ten facet, którego wypadałoby się bać. Błogosławie mu dzisiaj najmocniej!

Godzinę temu zabrałam się za ten post... chciałam napisać tylko kilka zdań. Miało pójść w inną stronę. Oddałam to jednak mojemu Przyjacielowi- powiedziałam, że niech On pisze moimi rękoma... może i fioletowe serce będzie dobre w nawracaniu! Po tylu godzinach w szkole byłam tak zmęczona, że sądziłam, że usnę po kilku sekundach.... ON JEST WIELKI! Tak strasznie Go kocham, bo jest najwspanialszym Ojcem jakiego można sobie wymyślić.... i te łzy, które teraz mi ciekną po policzkach, to znak, że powrócił, że będzie ze mną, bo już nie mógł patrzeć na moją nieporadność w szukaniu go. Patrzył z Nieba i pewnie wołał do wszystkich No patrzcie! Ta moja Karolina to całkowicie głupiutka! Ja ją tak kocham, tak ją wołam, a ona nic! Popchnął wszystkie elementy w jedną stronę, wszystko żeby tylko poprowadziło mnie w ten wyznaczony punkt i odnalazł mnie znów. BO ON JEST DOBRY! JEST WSPANIAŁY! 

Wczoraj dosyć dosadnie powiedziano mi, że nie zawsze będę miała fajerwerki... ale chodzi o konsekwencję. Nie chcesz iść do Kościoła?! To Karolina się zepnij i idź! Idź i powiedz Mu, że Ci się nie chciało, ale zrobiłaś to dla Niego. Poświęciłaś tą godzinę dla Niego, bo wiesz, że jest najważniejszy. Nie czujesz go? Nie jest perfumami. Nie zawsze musisz go czuć. Masz być pewna, że jest! Masz być KONSEKWENTNA!

Dzisiaj do mojej szkoły przyjechał Damian. Damian jest fajny i jest jednym z ludzi ze wspólnoty, z którymi mam najlepszy kontakt. Był dzisiaj i płakaliśmy ze śmiechu. Płakałam zewnętrznie i wewnętrznie.... bo daleka jeszcze droga do mojego powrotu na drogę wysłaną fajerwerkami, ale wiem, że coraz bliżej i wiem, że nie na zawsze... ale moja miłość jest teraz dojrzalsza i bogatsza w doświadczenia.... świadoma tego, że powinnam być konsekwentna!


Tyle. Dopiero teraz zrozumiałam, że potrzebowałam tego sama dla siebie. 
Mogłabym to teraz wszystko usunąć. 
Dostałam już lekarstwo.... ale może komuś też pomoże. 
Może ktoś ma te same problemy co ja- a są to problemy najwyższej rangi! 
Trzymajcie się mocno i cieplutko! 
Do usłyszenia jutro.... jutro już bez płaczu! ^^
Buziaki! :*

3 komentarze:

  1. Bije od Ciebie taka radość. Na zdjęciach, w postach. Widać, że jesteś szczęśliwa sama ze sobą :)

    stelciak.blogspot.com <-- klik

    OdpowiedzUsuń
  2. Woah, nie uwierzysz ale mialam to samo co ty i wlasnie wczoraj wszystko sie zmienilo! Tylko dlatego ze po miesiecznym nie modleniu sie - zrobilam to, plakalam przez dwie godziny, bo bylam tak szczesliwa. Nie wierze jak mozna byc szczesliwym bez Niego. To przyjaciel na cale zycie! :)

    OdpowiedzUsuń