wtorek, 15 marca 2016

14 dni po diecie wegańskiej



Hejka! :)
Tak jak wspominałam pod koniec lutego- mięsożerca zostaje, ale w trochę zmienionej wersji. Jeszcze na początku miesiąca wzięłam się za zdjęcia, ale niestety miałam tak mało czasu ze światłem, że znów wyszły poruszone i nie takie jakich oczekiwałam- na tym moim wyświetlaczu zawsze to wszystko wygląda tysiąc razy lepiej. No ale dzisiaj nie o tym. Chociaż prawdopodobnie grafiki będę zmieniać raz na miesiąc lub troszkę rzadziej. Macie propozycję na jakiś nowy owoc lub warzywo? Por jednak w żadnym procencie nie okazał się oryginalny, bo po mojej, niepublikowanej, ale już zrobionej, sesji na następny dzień Eryk wstawił swoje zdjęcie z tym warzywem na Instagrama. No ale jeżeli mam mieć takie samej pomysły jak autor mojego ulubionego wegańskiego bloga, to bez problemu się na to zgadzam! :D

Dzisiaj w ramach nowych grafik i nowego zielonego koloru przewodniego opowiem Wam co nie co o moich piętnastu dniach od końca diety wegańskiej. Czy rzeczywiście nastąpił koniec? Czy wcinam mięso codziennie kilogramami? Czy coś mi się pozmieniało w głowie? Jaki jest mój stosunek do tego wszystkiego?


Na wstępie od razu zaznaczę, że weganką już nie jestem. Chciałam sama dla siebie wytrzymać jeszcze miesiąc, ale okazało się to arcytrudne. Wydawało mi się, że wydarzenie na fejsie to nie jakaś wielce zobowiązująca decyzja i nie zmieni to niczego w moim postępowaniu. Przecież to, że się na to zdecydowałam i w tym trwałam było jedynie moim samozaparciem. Tak mi się wydawało, jednak prawda była zupełnie inna. Na diecie wegańskiej w marcu wytrzymałam jeszcze pięć dni. Przyjechali znajomi i moja mama zrobiła moje ulubione jedzenie z twarogiem (jedynie twarogiem). Zapierałam się, że nie zjem. Wyszłam z domu coś załatwić, ale kiedy wracałam już na klatce pachniało mi znaną potrawą. Weszłam do domu i chociaż w głowie miałam: "Karolina, przestań. Dasz radę" to jednak nie zdejmując płaszcza ani butów zapytałam w wejściu mamy, czy może coś jeszcze zostało. Zostało. Wzięłam i uwierzcie, że bałam się to zjeść, ale bardzo chciałam. Bałam się tego smaku, bałam się, że w głowie już mi się tak pozmieniało, że mając to w buzi będę miała jakieś tragiczne sceny traktowania zwierząt przez człowieka. Uznałam, że jestem żałosna i przecież ponad osiemnaście lat jadłam mięso i nic się nie stanie. Zjadłam i było przepyszne. Uznałam, że jedno i więcej nie będę jeść nadal, że to taki wyjątek. Oczywiście, że nie. Nigdy nie ma takich wyjątków. Następnego dnia zjadłam jakąś czekoladę, później coś innego no i oczywiście wróciłam do moich ukochanych serków wiejskich. Przestałam zwracać uwagę na pieczywo- po prostu brałam to na które miałam ochotę. 

Okey, mamy piętnasty marca. Od czternastu dni, czyli równych dwóch tygodni, mogę jeść mięso. Czy robię to? Pewien Oskar, który uczy mnie życia, powiedział, że twaróg to nie mięso, także z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że nie- nie jem mięsa. Aktualnie moja dieta wygląda jak ta wegetariańska, ale już nie mam zamiaru nazywać się jakkolwiek. Nie jem mięsa. Zdarza mi się jeść żelki. Na razie ograniczyłam wszystko co odzwierzęce na kanapki. Jem mnóstwo warzywa na obiad i nadal jaram się każdym przepisem wegańskim. Tylko oficjalnie nie mogę już nazywać się osobą niejedzącą produktów odzwierzęcych ponieważ chociaż zwracam na to nadal uwagę przynajmniej jeden produkt w moim zakupowym koszyku zawiera mleko. 

Czy jestem szczęśliwa, że wróciłam do jedzenia nabiału? Tu właśnie poznacie (zapewne nie pierwszy raz) absurdalność Karoliny. Płakałam Wam, że bardzo nie chcę być weganką, chcę jeść mięso, a teraz nagle czuję dyskomfort kiedy muszę Wam powiedzieć, że już nie jestem kimś kto odmawia sobie nabiału. Pewnie, to pójście na łatwiznę. Skoro chciałam jeszcze wytrzymać miesiąc, to czuję, że gdzieś tam przegrałam z samą sobą. Jednak ograniczam, a mięsa nie jem nadal- a o to mi przede wszystkim od połowy lutego chodziło. Także czuję się mniej więcej usprawiedliwiona.

Co z mięsem? Chcę wrócić. Tylko na razie nie miałam możliwości zjedzenia go. W domu już przywykłam do potraw bez mięsa (to o wiele łatwiejsze niż wyzbycie się wszystkich potraw z mleka!) na mieście jeszcze nie jadłam- pomijając uroczysty obiad po chrzcinach, na który w lutym już zgłosiłam chęć wegańskich potraw. U babci na obiedzie jeszcze nie byłam, a sądzę, że to właśnie tam się złamię. Na razie mięso nie jest mi do niczego potrzebne i cieszę się, że z niego nie korzystam. Nawet jeżeli wrócę, to chcę, aby to mięso pojawiało się max dwa razy w tygodniu, a nie wciąż- jak miałam to w zwyczaju do tej pory. Oczywiście, nie popadnę w absurd wyliczania W tym tygodniu dwa razy już zjadłam, to już więcej nie mogę. Podejdę do tego normalnie. Przynajmniej na razie mam taki plan, ale wiadomo jak to z planami bywa. Może kiedy poczuję już, że nic złego się nie dzieje kiedy jem kotleta- to nie będę miała oporów przed powrotem do swojej poprzedniej, pierwotnej wersji odżywiania.

Musicie wiedzieć, że jeżeli przejdziecie na weganizm nawet na miesiąc, to coś tam Wam w głowie przynajmniej na chwilę zostanie. Przez większość swojego życia nie rozumiałam ludzi, którzy przez lata byli wegetarianami, ale chcieli wrócić do jedzenia mięsa tylko, że nie potrafili. Chcesz? Czemu nie potrafisz? Już wiem. To bardzo zmienia nastawienie człowieka to mięsa i tym wszystkim co za tym stoi. Oczywiście, jeżeli bardzo będzie się chciało wrócić, to problem staje się mniejszy, ale mimo wszystko nadal jest. Ja nie wyobrażam sobie, że w najbliższych dniach zjem kotleta. Tak, wiem, że robiłam to całe życie, ale nagle o tym zapomniałam. Prawdopodobnie przejdzie mi do świąt, wtedy dam Wam znać co i jak. Na razie jestem ciekawa Waszej opinii. 

Buziaki! :*

2 komentarze:

  1. prawie rok temu pewnego popołudnia powiedziałam 'koniec' i nie zjadłam już zwierzęcia :) czuję się lepiej. Nie wrócę do tego nigdy. A na weganizm przyjdzie następna kolej, na razie mocno ograniczam jajka. Jeśli chodzi o babcine sentymenty to mam tak- to co ugotuje moja babcia nadal jest najwspanialsze na świecie, nawet jeśli były by to same ziemniaki :) u babci smakują zawsze tak samo- dzieciństwem.
    Przeczytaj sobie książkę 'Zjadanie zwierząt" Safrana Foera, na prawdę dobra książka, zero oceniania, analiza i opis wszystkiego po kolei. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem, że jak przeczytam, to będę chciała przejść na całe życie na weganizm.... nie wiem, czy jestem na to gotowa i chętna. Eh, czuję, że jestem dziwna^^ A co do babci- to masz racje. Nawet ziemniaki smakują lepiej i inaczej! :D

      Usuń

Komentarze na moim blogu pozwalają mi poznać tych, którzy czasami tutaj zaglądają. Pozwól poznać mi i siebie! Porozmawiaj ze mną! :)
Na każdy sensowny komentarz staram się odpisywać ( u mnie na blogu ) - jeżeli masz jakieś pytanie PYTAJ! :)
* reklamowanie swoich blogów poprzez moją stronę jest głupie, ale rób co chcesz! ;)