poniedziałek, 14 listopada 2016

najlepsze podróże z fioletowym-sercem

edit: post zaczęłam pisać wczoraj, ale wypadła mi bardzo ważna sprawa i nie mogłam jej dokończyć. Także przepraszam i notka pojawia się dzisiaj.
----------------------------------------------------------------------------------------------------------

Hejka! :)
Tak sobie myślę, że najlepszym antydepresantem na zimne dni i noce jest powrót pamięcią do słonecznych wspomnień... najlepiej do tych, gdzie działania są kreatywne, wzbogacające i wywołują wielkiego banana na twarzy. Jak już Wam wspominałam, na ten miesiąc mam zapisane notki, tj. zapisane tytuły jakie chciałabym poruszyć (nie jestem na tyle szalona, żeby pisać notki na miesiąc w przód, spokojnie). Jedną z nich był ranking moich najlepszych podróży, które w większy lub mniejszy sposób zapisały się na kartach tego bloga. Wczoraj obudziłam się i spojrzałam przez okno... a za nim na trawie leżał najprawdziwszy śnieg. Uznałam, że większej tragedii być nie może. Dlatego teraz moje życie podtrzymuje jedynie ciepła herbata. Postanowiłam wykorzystać właśnie dzisiejszy dzień na wspomnienie lat- ale nie tylko tego, wszystkich pięciu, które miałam możliwość spędzić już jako autorka bloga. 

Zaskakujące jest jak wiele wspólnego z moim wyborem miał Bóg. Oczywiście nie tyczy się to wszystkich tych wypadów, bo w niektórych nie uczestniczył chyba w ogóle (tzn. ja w ogóle Go do siebie nie dopuszczałam), ale większość z nich jest najzwyczajniej najprostsza, a przez doświadczenie Boga staje się tak bardzo uwznioślona, że jestem pewna o trwałości tych wspomnień. Dzisiaj w moim rankingu miejsce ma znaczenie, dlatego pierwsze miejsce jest wspomnieniem najlepszym, natomiast piąte zajmuje ostatnie miejsce w najlepszych wspomnieniach z moich podróży. Najgorsze z najlepszych to i tak najlepsze- pamiętajcie ^^ A żeby nie było nudno, chciałam wybrać zdjęcia inne niż te, które dodawałam w notkach- tym bardziej, że było ich wtedy niewiele (chcę zupełnie zmienić koncepcję moich notek podróżniczych. Iść bardziej w stronę tej z Londynu niż tych surowych: "byłam i wróciłam") tak więc oglądajcie i słuchajcie, bo będzie fajnie.

1. Zakopane 2015 r.   - wyruszając na ten wyjazd wiedziałam, że będzie fajnie, wiedziałam, że będzie super, ale nie spodziewałam się, że to doświadczenie będzie towarzyszyło mi rok praktycznie bezustannie. Z mojej wspólnoty chyba już każdy wie o tym wyjeździe i wie jak było super. Dlaczego? Oczywiście, jest to w dużym stopniu spowodowane tym, że wyruszyłam w miejsce z chłopakiem poszukującym przygód, ale uwierzcie, że gdybym pojechała z tym samym chłopakiem teraz, to bym zabiła! :D Przede wszystkim wspominam to wydarzenie tak niesamowicie, ponieważ przez cały tydzień był w tym wszystkim tak niesamowicie namacalny Bóg! Serio, czułam jakbym po tych górach chodziła nie tylko ze Sławkiem, ale również z Nim. To było takie naturalne, że rozmawialiśmy z Nim podczas wędrówek, że zachodziliśmy na pięć sekund pomodlić się przez lub po całym dniu. Wszystko było takie zwyczajne, takie Boże... a przede wszystkim czułam niesamowitą swobodę mówienia o Nim. Rzadko czuję żeby każdy mój gest, każdy ruch i każda czynność była tak bardzo Boża- ale wtedy czułam. Czułam, że nawet najzwyklejszą bułkę jem z Nim!

2. Licheń 2015 r.  - tak jak już wspominałam: jak jest Bóg, to jest impreza! To było pierwsze tak wielkie świadectwo mojej wiary, przed samą sobą i przed kilkoma tysiącami ludzi. Z pozoru był to wyjazd jednodniowy, zupełnie nic nieznaczący pewnie dla wszystkich, którzy wybrali się tam ze mną, ale nawet nie wiecie ile się wtedy zmieniło w moim życiu! Przełamałam swoją największą barierę i wyszłam na scenę przed ludzi. Pokonałam swój lęk, bo On był ze mną. Czuję, że teraz bym tego nie zrobiła. Wtedy z Nim było mi tak dobrze! Po miesiącu mówiłam świadectwa do tłumu- wyszłam na scenę i mówiłam o czymś, o czym nie umiem powiedzieć nawet najbliższym bez lekkiego stresu. Wow! Polecam wiarę w Boga, bo to tak bardzo kształtuje, umacnia i tworzy z nas pięknych ludzi! Polecam max ♥ A jak się jedzie, to się śpi- też polecam ^^


3. Wrocław 2015 r.  - kolejne wielkie dzieło Boga. Uwierzcie, że wakacje 2015 roku zostaną w moim sercu i duszy na stałe, ponieważ wtedy Bóg tak bardzo doświadczał mnie pięknymi rzeczami, tak mocno mnie zmieniał, kształtował. Gdyby nie te wakacje byłabym zupełnie inną osobą i chociaż wypływało to ze mnie, nie kierowała mną żadna ludzka istota, chęć bycia fajniejszą, czy tworzenie fajniejszych notek, to czuję, że ten czas z samym Bogiem zmienił mnie diametralnie. Może niezauważalnie z boku, ale sama ze sobą czuję się świetnie! Pisałam Wam już o tym przy wielu sposobnościach, ale należę (należałam?) do osób, które panicznie nienawidziły same jeździć autobusem miejskim, pociągiem, czy wychodzić na zakupy. Nie wspomnę tutaj o wyjściu same do kina, czy na spacer. W apogeum mojej nie-samotności poznałam Człowieka, fantastycznego chłopaka, który o dziwo spowodował, że nie uzależniłam się od niego (jak to zwykłam robić. Zapewne większość z Was też tam ma, że zachłystuje się nową znajomością, czy to damsko-damką, czy damsko-męską [i nie mówię tutaj o związkach], nie widzicie wad, wydaje Wam się, że to najcudowniejszy człowiek na świecie i nie chcecie spędzać bez tej osoby nawet minuty!). U mnie było na odwrót. To właśnie dzięki tej osobie zapragnęłam być w zgodzie sama ze sobą. Nie namawiał mnie, nawet o tym nie rozmawialiśmy, to po prostu urosło w moim sercu. W pewnym momencie po prostu przestałam się czuć samotna w jakiejkolwiek sytuacji. Czułam w sercu ogromne działanie Boga i o wiele bardziej wolałam iść z różańcem na spacer do lasu niż spotkać się z koleżanką na kawie. Stąd właśnie zrodziła się chęć bycia samej w ukochanym Wrocławiu przez tydzień. Robiłam totalnie wszystko, żyłam ze sztuką, pisałam notki, czytałam książki, jadłam, modliłam się, chodziłam codziennie do kościoła (chociaż na sekundkę). Było mi wybitnie dobrze i jeśli kiedykolwiek miałabym coś powtórzyć- to chyba właśnie to ^^ 


 4. Łódź 2015 r. - w tym roku mam dyplom artystyczny, na który składa się moja praca użytkowa e specjalizacji (taaaak,o niej napiszę już niedługo) oraz dyplom ustny z historii sztuki. No nie powiem żeby przychodziło mi to bez żadnego stresu, ale coraz głębiej w to wchodzę i coraz bardziej cieszy mnie to wszystko. Dyplom z historii sztuki składa się z trzech części: analiza dzieła, historia specjalizacji i prezentacja wydarzenia artystycznego. Na warsztat wzięłam Festiwal Murali w Łodzi organizowany od 2009 r. przez Fundację Urban Form. Czytam o tym niesamowicie wiele, analizuję dzieła, poszukuję informacji o artystach, Łodzi i samej Fundacji. Mój mózg jest posiadaczem tak wielkiej wiedzy na ten temat, że jestem ciekawa jak to będzie wyglądało w kwietniu, jeśli do tego czasu cały czas będę dokształcać swoją wiedzę. Wyjazd do Łodzi był dla mnie niesamowicie zaskakującym przeżyciem. Spodziewałam się paskudnego miasta z dobrymi muralami, a dostałam cudowne, przepiękne miasto wypełnione po brzegi sztuką. To miasto, dzięki któremu pierwszy raz w życiu zaświtała mi myśl :"A może zamiast Wrocławia?". Z miłą chęcią bym tam zamieszkała, z miłą chęcią obcowałabym z tym wszystkim na co dzień. To były dwa dni, jedna noc. Wystarczyło żebym się zakochała! W najbliższym czasie wybieram się tam, aby zrobić lepsze zdjęcia, wywiady z ludźmi oraz skontaktować się z najważniejszymi ludźmi. Z miłą chęcią w kwietniu chciałabym Wam przedstawić moją pracę dyplomową na łamach bloga, ponieważ wiem, że będzie interesująco (a do kwietnia niewątpliwie forma mojego bloga ulegnie zmianie i taki post nie będzie niczym dziwnym). 


 5. Wejherowo 2012 r. to wyjazd, który bardzo często wypada mi z głowy, ale również taki o którym nie mogę zapomnieć tak do końca. Byłam wtedy piętnastoletnią szaloną dziewczynką. Z koleżankami pojechałyśmy na koncert, spałyśmy na plaży, umierałyśmy z zimna i byłyśmy zakochane w tym szaleństwie! Nie pamiętam wiele, moje wspomnienia opierają się już prawie tylko na zdjęciach, ale powiem Wam, że takie sytuacje są mega ważne i serdecznie polecam. Czasami trzeba być bardzo nieodpowiedzialnym i zaskakująco spontanicznym :D


6. Zakopane 2013 r.  w dwóch ostatnich punkach będę promowała wakacje z mamą. Moja mama mi za to nie zapłaciła, ani żadna firma, która interesowałaby się dobrymi relacjami między matką a córką. Mamy z moją mamą taką zasadę, że raz w roku wybieramy sobie miejsce, do którego jedziemy tylko we dwie i spędzamy ze sobą czas. To jest super! Polecam matkom i córkom oraz ojcom i synom... i ojcom i córkom też, bo ojciec jest arcyważny w relacjach z każdym dzieckiem! Nazbierałoby się tych wyjazdów już kilka, ale dzisiaj chciałabym wspomnieć moje dwa ulubione.
Na pierwszy rzut leci Zakopane. Czemu tak bardzo je dobrze wspominam? Bo była przepiękna pogoda, mieszkałam w przepiękny miejscu, a na dodatek miałam jedne z najlepszych wakacji w życiu! Pamiętam, że kupiłam tam swoje pierwsze szarawary, byłam kilka dni po zrobieniu dredów, miałam jakiś czas chodzenia w bandamkach i dużych drewnianych kołach kolczykach. Pamiętam, że drugiego dnia stanęłam przed lustrem i stwierdziłam, że od zawsze patrzyłam z podziwem na dziewczyny, które tak wyglądały... a teraz ja zaliczałam się do ich grona. Pamiętam moją radość ze swojego wyglądu, zachowania i wszystkiego co wtedy otaczało mnie samą. I nie bierzcie tego za jakikolwiek początkowy eta narcyzmu- po prostu pełnej akceptacji siebie. Wtedy mi było z samą sobą świetnie. Mam nadzieję, że również macie takie momenty w swoim życiu :)


7. Paryż 2014 r. tego wydarzenia w ogóle nigdy nie wspominam, o dziwo, by było spełnieniem moich marzeń. Szykowałyśmy się z mamą do tego wyjazdu tyle lat, że w pewnym momencie straciłam jakiekolwiek nadzieje na wyjazd. Aż wreszcie się udało. Uwzględniam ten wyjazd dlatego, że spełniło się jedno z największych marzeń mojego życia (chociaż jak teraz o tym myślę, to mnie śmieszy... no cóż- priorytety się zmieniają ^^). W każdym razie: to był naprawdę niesamowicie udany wyjazd. Piękna pogoda, idealny czas, genialne rozpracowanie każdego dnia na idealną ilość zwiedzanych miejsc. Wspaniały czas dla mnie samej jak i na pogłębianie relacji z mamą. Zdobycie Wieży Eiffla-mimo ogromnego strachu, Wersal, Luwr (chociaż nie wspominam go dobrze) i wiele naprawdę wiele niesamowitych miejsc. Nie marzę o tym żeby chłopak mi się tam oświadczał (wolę skromniejsze miejsca typu dom/łóżko/kuchnia/pokój... ale zupełnie nie żałuję, że udało mi się tam być. Ba! Z miłą chęcią na spokojnie wrócę tam jeszcze wiele razy :)



To tyle. Mam nadzieję, że zrobiło Wam się chociaż troszkę cieplej ;)
Buziaki! :*

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze na moim blogu pozwalają mi poznać tych, którzy czasami tutaj zaglądają. Pozwól poznać mi i siebie! Porozmawiaj ze mną! :)
Na każdy sensowny komentarz staram się odpisywać ( u mnie na blogu ) - jeżeli masz jakieś pytanie PYTAJ! :)
* reklamowanie swoich blogów poprzez moją stronę jest głupie, ale rób co chcesz! ;)