piątek, 23 czerwca 2017

Trzy triki do nie niszczenia włosów

Hejka! :)
Wczoraj dostałam propozycję stworzenia swojej fotoksiążki i postanowiłam, że wykorzystam to na kilka sposobów. Przede wszystkim sprawdzę, czy papier i jakość zdjęć jest okey, pochwalę się Wam i napiszę, czy warto, ale przede wszystkim będę mogła stworzyć jedno miejsce na mój reportaż o starym samotnym człowieku. Chcę się z Wami dzielić takimi rzeczami, dlatego będę mówić o moich reportażach, pomysłach, zdjęciach, pracach... bo tak jak powiedział niedawno Paweł- skończyłam Liceum Plastyczne, więc jestem jakąś tam twórczynią prac, więc powinnam to pokazywać... a no i wzięłam sobie to do serca i będę! :) Jednak dzisiaj nie o tym... przy wstawianiu zdjęć na poszczególne strony zauważyłam, że kilka z nich jest na mojej drugiej karcie i NIE MOGĘ JEJ ZNALEŹĆ DO DZISIAJ! Wiecie jakie są dwie największe tragedie fotografa? Ja doświadczyłam wczoraj ich wszystkich: sprzątanie na komputerze oraz świadomość zgubienia zdjęć. Trzymajcie proszę kciuki za to żeby się odnalazła!

Dzisiaj jednak, żeby o tym nie myśleć, przedstawiam Wam gadżety, które kiedy nie są za dobre mogą bardzo poniszczyć włosy. Ja mam to szczęście, że moja fryzjerka jest jedną z najlepszych w mieście i doradza mi różne produkty i mogę z nich śmiało korzystać. Dlatego tak śmiało z nimi przychodzę również do Was. Ponieważ są polecone i sprawdzają mi się bardzo dobrze! :) Mowa oczywiście o prostownicy (o zgrozo, kiedyś myślałam, że to hardkorowe niszczenie włosów, więc nie używałam jej codziennie, ale teraz niestety muszę), suszarka i szczotka do włosów (ta ostatnia wybrana przeze mnie, nie przez fryzjerkę).

1. Prostownica N 101 FaleLokiKoki- zacznę od tego, że bardzo nie podoba mi się jej dizajn. Rozumiem, że takie logo jest w jakiś sposób świeże i przykuwające uwagę, ale w momencie kiedy ja chcę ładne rzeczy... to nagle to nie współgra. Jakoś jednak muszę z tym żyć i nie jest to aż tak trudne, bo prostownica jest naprawdę świetna. Jednak wróćmy do przeszłości. Znacie ten moment, kiedy na czymś kompletnie się nie znacie i kupujecie najtańsze, bo przecież (jak w tym wypadku) "i tak wyprostuje"?:D No to ja będąc w wieku gimnazjalnym popełniłam ten błąd, który przez lata wydawał mi się niczym strasznym. Prostowała? Prostowała... a to że robiła to godzinę, to nieważne. Po jakimś czasie trochę mi się spaliła i ta ceramiczna część potłukła... nie miałam porównania, wiec nadal byłam w miarę zadowolona. Aż do momentu poznania Natalii i używania jej prostownicy- bardzo sporadycznie, ale jednak. Wtedy uznałam- laska, kupuj nową! Przekonało mnie do tego przede wszystkim, to, że skoro poprzednia wytrzymała ze mną aż siedem lat, to wydanie dwustu złotych jest jak najbardziej wydatkiem w komfort i przyszłość hoho- zabrzmiało górnolotnie. 

Minusów poza stroną wizualną nie ma, więc może od razu przejdźmy do plusów. Po pierwsze- polecona przez fryzjera, po drugie ma możliwość zamykania, więc do szafki, czy na wyjazd- idealnie. Oczywiście, zawsze można ją oplątać kablem (i tak się to robi), ale skoro dochodzi taki bajer, to ja jestem jak najbardziej na tak... po trzecie i dla mnie najważniejsze- ma ekranik, przycisk włączania i wyłączania (co jest super! Jeśli mamy daleko kontakt, a zawsze prostujemy włosy w jednym miejscu, możemy nie odłączać kabla od gniazdka!♥ I najlepsze najlepsze- można nastawić temperaturę i widać kiedy jest nagrzana, a nagrzewa się w minutę. W porównaniu z moją poprzednią, którą włączałam przed wejściem pod prysznic i zjedzeniem śniadania uważam to naprawdę za wielki luksus. Poza tym nie muszę rozdzielać włosów na warstwy, bo prostownica prostuje od razu całe pasmo na raz. Jestem też wielkim leniuchem, więc czasami po prostu proszę Piotra żeby wyprostował mi tylą część i sam mówi, że jest wielka różnica, a włosy po przejechaniu prostownicą są bardzo miłe w dotyku i nie robi się z nich siano. Przyznajcie, że jeśli zauważa to chłopak, to musi być coś na rzeczy hahaha :D Oceniam ją 10/10! Gorąco polecam. Dostępna jest na allegro.


2. Suszarka BaByliss - moja poprzednia zepsuła się chyba rok temu, a że miałam jakąś starą, to postanowiłam używać jej... miała taką wadę, że jak się suszyło włosy i raz się ją na chwilę wyłączyło, to już nie można było jej włączyć ponownie hahahha. Jak teraz piszę to wszystko, to widzę jak wielką ignorantką byłam do tych wszystkich sprzętów, ale cieszę się, że staram się to teraz zmienić. Zacznę od minusów- przede wszystkim to, że nie jest składana! Nie wiem, czy to całkowicie normalne wśród bardziej profesjonalnych suszarek, ale mi to przeszkadza kiedy zajmuje mi połowę walizki, ale to mimo wszystko tak niewielkie niedopatrzenie, że umiem sobie z nim poradzić. To tyle, przechodzę do plusów- posiada dwa regularoty: od temperatury i nawiewu... to chyba całkiem standardowe, chociaż w tej mojej fajnej przedostatniej miałam regulator nawiewu i taki guzik z zimnym powietrzem, który cały czas musiałam trzymać, kiedy nie chciałam suszyć ich na ciepło. Tutaj jest zimno, ciepło i gorąco. Na razie jeszcze nie rozmawiałam z Natalią i nie wiem, czy najwyższy poziom niższy włosy... ale jedno wiem na pewno i Wam powiem, bo ostatnio mnie to zszokowało! Okazuje się, że suszenie włosów po każdym ich myciu jest o wiele zdrowsze dla nich niż zostawienie ich do wyschnięcia. Podobno fryzjerki od razu rozpoznają kiedy ktoś suszy włosy, a kiedy nie... i o wiele lepsze są te, które mają styczność z suszarkami. Niesamowite prawda? Ja zawsze miałam okropne siano po suszarce i unikałam ich jak ognia myśląc, że postępuję tak naturalnie i zdrowo. Oczywiście, używanie starej technologii niszczy włosy, ale teraz już są takie wynalazki, że nic tylko korzystać! :) Ostatnim już atutem dla mnie jest fakt, że suszarka została wyprodukowana we Włoszech i może to tylko ta świadomość, ale czuję solidność tego produktu! :D 9/10 Kupiłam ją również na Allegro za troszkę ponad stówkę.


3. Szczotka do włosów Michel Mercier - myślałam, że to będzie miły post, a ile ja tu grzechów dziewczęcych wyznaję, to jest niepojęte hahhaha. Tak, ze szczotką też miała problem. Przez kilka lat używałam zwykłej plastikowej różowej szczotki z Rossmanna, a jak wiadomo przez dwa lata miałam całkiem krótkie włosy i na początku wystarczyło zupełne nic, a później grzebień. Ostatnio uznałam, że moje włosy są na tyle długie, że warto zainwestować te trzy dyszki w Tangle Teezer, więc wybrałam się do Douglasa i niestety były tylko jakieś w owieczki lub różowo- fioletowe. Nigdy za bardzo mi się nie podobały, ale skoro miały działać, to chciałam wybrać jakiś czarny. Na szczęście po drugiej stronie były te drewniane cudeńka!♥ Kiedyś już słyszałam o nich w jakimś vlogu Rudej z kanały Made By Ruda, ale szybko o nich zapomniałam ze względu na dość wysoką cenę. Jednak na żywo były tak piękne, że postanowiłam dopłacić te ponad czterdzieści złoty więcej i mieć coś o wiele ładniejszego niż fioletowo-różowy plastik. Szczotki są przeznaczone do trzech rodzajów włosów i każda z nich różni się kolorem. Do loków jest akurat czarna, co bardzo mi odpowiada. Minusy: ogromna i już raz postanowiłam zrezygnować z niej podczas wyjazdu, ale później mocno tego żałowałam, więc już na kolejny zabrałam :p Mam ogromny problem z rozczesywaniem włosów po umyciu (jeśli wcześniej ich nie wyprostuję i nie rozczeszę), bo jak wiadomo loków nie powinno się czesać na sucho i po trzech dniach czasami jest naprawdę ciężko. Wszystkie grzebienie odpadły z automatu, bo ból był nieznośny, szczotki też były nieciekawe, tylko taka jedna mojej mamy w kształcie walca (?) zdawała egzamin... no ale ileż można używać jakiejś starej szczotki i to jeszcze nieswojej. Jakie wrażenia po użyciu tego drewnianego cuda? Idealne! Nie boli, nie szarpie włosów! Oczywiście, na szczotce zostaje mnóstwo włosów, ale moje włosy wypadają nawet po dotknięciu ich ręką, więc cóż się dziwić. Poza tym jej wygląd jest tak piękny i bardzo wygodny! Rączka jest dobrze dopasowana do dłoni. Jest bardzo płaska, więc nawet aż ta bardzo ta wielkość nie przeszkadza... aż tak bardzo- bo trochę mimo wszystko tak. Nie wiem czy tylko mi, ale zawsze jak na nią patrzę przypomina mi te piękne grzebienie i lusterka księżniczek, a przecież każda dziewczyna ma w sobie coś z księżniczki- cieszę się, że u mnie objawia się to tylko w ten sposób! ^^ 10/10 Polecam Kupowałam w Douglasie za ok. 90 zł, o nieeee....a właśnie sprawdziłam i na stronie nie dość, że taniej, to jeszcze w promocji! :( Dla mnie źle, ale dla Was dobrze, więc daje link TUTAJ :D A jeśli nie tutaj, to w Rossmanie kosztowały chyba około pięćdziesięciu- więc też nie tak dużo :)


Pomogłam? Mam nadzieję! :)
Buziaki! :*

ps ale się poczułam dziewczyną! :D

czwartek, 22 czerwca 2017

3 propozycje od wydawnictwa Znak

Hejka! :)
Dzisiaj swego rodzaju śmietnik. Zbierałam się do napisania tego postu już jakiś czas. Dawno temu zrobiłam zdjęcia, ale kompletnie nie chciało mi się za to brać. Wprowadzam wiele zmian na swoim blogu i chociaż nie powinnam o nich jeszcze mówić, to oczywiście nie jestem w stanie wytrzymać :D I jedną z nich będzie zmienienie formy bloga. Jak już Wam wspominałam robiłam ankietę wewnętrzną i przeprowadzałam ankiety na temat mojego bloga... prawie każdy coś tam miał do tych moich książek :D Wiadomo, że nie znikną z tego bloga, bo książki, to ogromna część mojego życia (chociaż zauważam ogromny spadek formy), a że blog jest mój, to nadal tu będą... bo chcę żebyście czytali. Chcę Was zachęcić... ale! skoro chcę Was zachęcić, to po co pisać o książkach słabych? Jedynie po to żeby po nie nie sięgać, ale nie będę poświęcać jednej książce całego postu. Napisanie postu ostatnio zrobiło się dla mnie świętej i nie chcę żeby ktoś po wejściu na bloga przeczytał kilka negatywnych zdań i poszedł dalej. Chcę żeby tu było fajnie! :D Dlatego fajne książki zostawiamy w spokoju, bo warto o nich pisać... a te niefajne? Raz na miesiąc będę zbierała wszystkie do kupy i będzie zbiorowy śmietnik wszystkiego, co nie do końca trafiło w moje gusta. Także tak. Myślę, że to wszystko usprawni, bo niestety książek niefajnych jest na świecie dużo... tym gorzej jeśli są nijakie. Dzisiaj tak czuję, że jedną chyba troszkę okaleczę, bo nie była aż tak zła- więc koniecznie przeczytajcie co mam do powiedzenia na temat "Bogini tańca", a kolejne dwie to marności nad marnościami. Lecimy!


1. Bogini Tańca- nie za bardzo rozumiem konwencję tej książki, to tak jakby stworzona opowieść na podstawie czyjegoś życia, ale nienapisana przez przeżywającą to konkretne życie, tylko przez kogoś kto studiował życie tancerki, posiłkował się wieloma książkami itp. Nie lubię takiej formy przekazu. Uwielbiam czytać biografie-doskonale o tym wiecie. To jest fenomenalne, kiedy możemy chociaż trochę poznać życie wybitnego człowieka. Uwielbiam również autobiografie (o ile autor nie ma dwudziestu lat) oraz książki w formach wywiadów... ale spisanie historii ze szczegółowymi dialogami wydaje mi się tak sztuczne i nieodpowiednie. Mimo wszystko czytało mi się to naprawdę dobrze i byłam zadowolona. Poznanie świata tancerzy, emigracji, teatrów- cudo! Tylko czemu nie zostało to sprowadzone jedynie do wyobraźni autora książki podszytej rzetelnymi informacjami na temat tancerzy tamtego czasu. Można by było wymyślić postać, która nie byłaby znana na całym świecie- nikt wtedy nie doszukiwałby się stu procentowej realności. Jeszcze w filmie mogę jakoś to przejść... ale w książce nie potrafię. Dziwne to. I okładka nie jest ładna.... poza tym wszystko spisane na białych kartach, co powoduje, że bolą oczy (o czym zawsze wspominam), a przy okazji książka była niebotycznie ciężka jak na swoje 500 stron i zwyczajny format... ale to już takie tam karolinowe czepialstwo.


2. Rodzina O. - ktoś postanowił stworzyć serial w książce. Nie, nie sagę- SERIAL. Nie wiem czy to normalne, ale mi się wydaje to całkowicie abstrakcyjne. Nawet jeśli nie- to mogę mieć swoje zdanie, jako już w pewien sposób doświadczony czytelnik :D Z początku wydało mi się to całkiem ciekawe, dlatego postanowiłam się skusić, ale chyba jednak muszę trochę przystopować ze swoją ciekawością, bo utonę w tych miernych książkach! Tylko jak walczyć z ciekawością? ;) Podeszłam do niej z jak największą przychylnością, naprawdę, nie skreśliłam jej na początku. Skreśliłam ją po stu stronach i więcej nie mogłam przecierpieć. Mam wakacje już od prawie dwóch miesięcy, mam dużo czasu, ale to nie znaczy, że teraz będę go marnować na wszystko co popadnie. Postanowiłam nauczyć się go szanować i... nie robić czegoś co mi nie odpowiada. Wiem, że istnieją książki, które dopiero po przeczytaniu nabierają sensu, ale uwierzcie, że one mają w sobie coś troszkę innego. Mimo, że Ci się nie podobają, to i tak coś Cię przy niej trzyma. Przy tej nie trzymało mnie nic i odłożyłam ją bez żadnych wyrzutów sumienia. Ludzie, jeśli nie wiecie co czytać, to zapraszam do zakładki "książki" i tam na pewno coś znajdziecie. Wydawnictwo Znak w miesiącu wydaje mnóstwo dobrych książek, o których czasami uda mi się napisać, ale "Rodzina O." do nich nie należy ;) 


3. Dziki seks- pomyślałam sobie, że czemu by nie? Te wszystkie opisy książek zawsze tak zachęcają, że zadaję sobie to pytanie prawie zawsze. No ale już wiem czemu nie.... bo w ogóle mnie to nie interesuje. Pierwszy rozdział był całkiem interesujący, ale później, kiedy siadałam do tej książki drugi, trzeci i czwarty raz męczyłam się strasznie i wreszcie spytałam samą siebie: "po co to sobie robisz? To nie lektura, nie będziesz z niej odpytywana na maturze. Odłóż i korzystaj z wakacji i dobrodziejstw literackich, których masz pełno do nadrobienia"- jak pomyślałam, tak zrobiłam. Mimo wszystko w tym wypadku to tylko moje zdanie. Po prostu nie wpadło w moje gusta i nie interesuje mnie... ale to nie jest źle napisana książka. Każdy może wynieść z niej coś ciekawego- dlatego jeśli ktoś czuje, że miałby chęć przeczytania, to nie zatrzymuje. Tym bardziej, że ma bardzo pogodny i miły dla oka kolor okładki ^^ Taka mała rzecz, a cieszy. I jeśli ją przeczytacie, to bardzo jestem ciekawa Waszej opinii- możecie później do mnie napisać ;)

Uf! Na szczęście tylko tyle... ale żeby nie było. Uwielbiam Znak- teraz mam w rękach petardę! Napiszę o niej na dniach. Fanki mody- czekajcie! :D
Buziaki! :*

ZBIÓRKA filmowa

Hejka! :)
Wczoraj wieczorem wróciłam do domu. Uznałam, że wszystko pięknie, ale potrzebuję kilku dni ogarnięcia!:D Wyjęłam swój kalendarz, który od skończenia matur świeci pustkami (fajnie! :D) spisałam dziesięć rzeczy, które zrobię na następny dzień i... myślałam, że najtrudniejszy będzie punkt 0, czyli wstanie o 9, ale jednak więcej problemów sprawiło odpalenie komputera. W czasie kiedy on decydował się, czy mi pomóc, czy jednak nie zdążyłam zrobić śniadanie i się ogarnąć. Można? Można. Pierwszym punktem na mojej liście była notka filmowa. Piotr kiedy się dowie pewnie odetchnie z ulgą, ponieważ w Krynicy codziennie mówiłam, że wreszcie muszę się za to zabrać. Odpalałam komputer, mówiłam, że muszę się za to zabrać i... na następny dzień odpalałam komputer, mówiłam, że się muszę za to zabrać i tak wciąż hahaha. Dzisiaj nie mam dla siebie już taryfy ulgowej. Obejrzałam dużo naprawdę dobrych filmów i chciałabym się wreszcie z Wami nimi podzielić. Przecież wakacje od soboty, trzeba wiedzieć co oglądać. Tego typu notki nie było chyba aż od marca... ale spokojnie, nie będzie ich w trzycyfrowej liczbie. Może niestety? Mój kalendarz krzyczy, że planowo (aby wyszedł mi pięknie cały dzień tak jak go zaplanowałam) powinnam już kończyć te wypociny i biegiem zabierać się za filmy, bo UWAGA.... zostało mi dokładnie 45 minut, co już na wstępie oznacza, że nie ma opcji do wyrobienia się ;D No ale trudno- do dzieła!


1. Pasażerka-nie potrafiłam ocenić tego filmu, ponieważ podczas pracy nad nim reżyser miał wypadek śmiertelny. Ekipa filmowa postanowiła nie ingerować w scenariusz i zostawić go na takim poziomie na jakim jest. Obejrzałam go dlatego, że po przeczytaniu Królestwa za mgłą chodziła za mną książka jak i film o tym samym tytule. Zdecydowałam się na film i to był błąd. Całe szczęście, że z wywiadu z Zofią Posmysz wiedziałam o co chodzi, bo inaczej byłoby ciężko. Nie polecam, ale polecam zainteresować się książką Pasażerka- teraz w nowym wydaniu :)


2. Wołyń 9/10- dawno nie widziałam tak brutalnego filmu! Tym bardziej kiedy nie ma to być przerysowana bójka kończąca się krwią, czy horror (o którym uwaga: dzisiaj będzie). Paraliżujące oglądanie tego filmu było przede wszystkim dlatego, że ... to działo się naprawdę. Smarzowski nie oszczędzał widza i co krok pokazywał bardzo drastyczne sceny. Nie trzymał się zasad nie pokazywania cierpienia dzieci, czy innych niepisanych reguł w kinematografii. Wywalił na stół wszystko i chwała mu za to! 


3. Płoty- przyznaję, że widziałam go maksymalnie dawno i niewiele już pamiętam, sam ten fakt już negatywnie działa na film, jednak mimo wszystko był piękny i polecam Wam go. Sobie też go polecam na odświeżenie pamięci.


3. Nawet nie wiesz jak bardzo cię kocham 9/10- jeden z najważniejszych dla mnie filmu ostatniego czasu. Nie spodziewałam się, że film może być aż tak terapeutyczny i przede wszystkim polecam Wam (dziewczyny) obejrzeć go z mamą. Jedno miejsce, kilka dni, kilka spotkań z psychologiem. Rozmowy. Pełne zbliżenia. Ciągły kontakt widza z jedną z trzech osób- ich emocjami, słowami, bólem, miłością i cierpieniem. Dopiero po filmie dowiedziałam się, ze nie grali tam aktorzy i nie było wcześniej przygotowanego scenariusza. Dla mnie idealny! Polecam Wam go w pierwszej kolejności :)


4. Piękna i bestia 6/10- długo na niego czekałam, nawet mam z nimi zdjęcie, pamiętacie? ^^ Jednak po obejrzeniu jestem zniesmaczona... Po co robić coś po fenomenalnej bajce? Nie jest to przecież zwykła bajka. Mnóstwo w niej magii i rzeczy nadprzyrodzonych. Nie zdawałam sobie z tego sprawy przed seansem, ale przecież w prawdziwym kinie nie można było tego odwzorować. Mnóstwo tutaj ingerencji komputera i wszystko traci tą swoją magię. W bajce jest to coś. Wszystko dzieje się na tej samej płaszczyźnie. A tutaj te imbryki, zegary i świeczniki bez emocji... te ich twarze jakieś takie słabe i wszystko tutaj można określić jednym wielkim słowem: słabe. Oczywiście, jeśli ktoś ma pierwszą styczność z tą historią właśnie w momencie tego filmu, to pewnie się zachwyci, ale uzmysłówmy sobie, że to jest jakaś kolejna adaptacja książki i bajki Disney'a i nie jest idealna, a wręcz przeciwnie. Przynajmniej według mnie. Trochę żałuję, że tamtego czasu nie poświęciłam na kolejne spotkanie z rysunkową Bellą, bo nawet piosenki były słabsze! :(


5. Wszystkie nieprzespane noce- na filwebie napisałam "fu" i jedyne co pamiętam to to właśnie uczucie. Koszmarnie nie polecam! Serio! I to nie jest tak, że nie lubię polskiego, alternatywnego kina- przecież dobrze wiecie, że lubię. Ale lubię dobre polskie alternatywne kino, a nie jakieś wypociny. Chociaż wiem, że niektórym się podoba... jednak ja polecam nie ryzykować. Tyle fantastycznych filmów na świecie, po co ruszać coś niepewnego? ;)

6. McImperium 7/10- nawet sobie nie zdajecie sprawy ile czekałam na ten film! W moim kinie chyba nie był grany, albo przespałam te dni, a w Internecie nie było go chyba przez kilka miesięcy. Na szczęście później się pojawił i mogłam go obejrzeć. Było warto! Okrutna historia, z której można wynieść naprawdę wiele ciekawych rzeczy o powstaniu McDonalda... i o przebiegłości ludzkiej. Lekki film idealny na lato- sprawdźcie go! :)

7. Helikopter w ogniu 9/10- powinnam już chyba przestać używać stwierdzenia, że nie lubię wojennych filmów, ale... no właśnie nie! Właśnie bardzo lubię tylko, że w życiu trafiłam na zbyt dużo niedobrych... ale na swojej liście ulubionych mam już chyba z pięć wojennych filmów, które dobrze wspominam. Także od dzisiaj zmieniam nastawienie. Aż wstyd się przyznać, że dopiero teraz zobaczyłam ten film, podobno każdy już go widział. Jednak ja wychodzę z założenia, że gdyby kiedyś go obejrzała, to nie byłabym tak świadoma, a z racji tego, że bym go widziała... to bym go już nie włączyła. Rozumiecie? ^^ Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło! :D


8. Chata 4/10- na filmwebie krzyczy mój komentarz do tego filmu: "pod wzgledem wszelakich kategorii filmowych tragedia...dobry scenariusz, bo na podstawie fantastycznej ksiazki- szkoda, ze wizualnie niewykorzystany :/"  i wszystko tu się rzeczywiście zgadza! To coś jak "Piękna i Besia" o której wspominała wyżej. Skoro już coś istnieje i chcemy to zrobić wtórnie, to nie skupiajmy się tylko na scenariuszu- on już powstał, był już w książce. Film to również sztuka wizualna, a tutaj leżała i kwiczała! Twórcy działali na emocjach widza i rzucali nimi po każdej minucie filmu. Dobrze? Nie sądzę. Gra aktorska i to całe... kolorowe, bajkowe, wyretuszowane kadry, scenografie, ogrody. Jeny! Przestańcie już tworzyć wszystkie religijne filmy na to samo kopyto. Nawet mi się odechciewa! A przecież religijne kino powinno być jedną z pierwszych rzeczy do nawrócenia niewierzących. Łatwiej pójść do kina niż dać komuś książkę i powiedzieć: "tam jest ładnie napisane o Bogu, przeczytaj"- gwarantuję, że prawie nikt tego nie zrobi. 


9. Popek za życia- nie oceniajcie mnie hahahha, musiałam to zrobić :D Całkowicie jestem wyautowana z życiorysu tego pana i gdzieś umknęło mi to wszystko. Zatrzymałam się na etapie, że musiał wyjechać z Polski, bo był ścigany i zawsze dziwiło mnie dlaczego nie mogą schwytać tak medialnej osoby... ale dzięki tym kilkunastu minutom dowiedziałam się wszystkiego. Na początku trochę bałam się patrzeć na twarz Popka, ale później okazał się... bardzo miłym mężczyzną. Całkiem dobrze nagrany film. Tak z ciekawości obejrzeć można ;)


10. Doctor Strange 7/10- śmiesznie tak wspominać filmy, które oglądałam jeszcze w Liverpoolu, bo wydaje mi się, że to było tak szalenie dawno. Dobry to był czas. Wieczorne siadanie przed telewizorem i oglądanie większą grupą jednego filmu. Wtedy byłam surowa pod względem oceniania, bo i miałam częstszą styczność z filmem... tak to już wtedy jest ;) Polecam!


11. Dzieciak rządzi 7/10- bardzo dobra bajka! Samo pokazanie fabryki tworzenia dzieci- genialne. Wszystko super świetne. Nie wiem co mogłabym Wam jeszcze o nim napisać- po prostu bierzcie z tego jak najwięcej i zapisujcie na listę filmów do obejrzenia w wakacje, bo kto nie lubi bajek? Nawet jeśli odpowiedziałeś właśnie, że Ty nie lubisz- to uwierz, że jakbyś spędził ze mną trochę czasu to byś polubił... już kilku takich przekonałam :p


12. Loving 7/10- historia o miłości, wśród ludzi innego koloru skóry. Tak niewielka, jedynie wizualna różnica sprawiła, że musieli uciekać, ukrywać się, porzucić rodzinę i przebywać z dala od swojego rodzinnego miasta, tylko dlatego, że było to nielegalne i musieliby iść do więzienia, gdyby nie podporządkowali się nakazom. Straszne. Wzruszające i piękne! Polecam :)


13. Zjednoczone stany miłości 2/10- zdecydowanie nie polecam, bo jeśli miałabym spędzić nad tym filmem jeszcze minutę, to bym się poryczała! Nie pasował mi, a szkoda, bo chciałam go obejrzeć od dnia premiery.


14. Jestem mordercą 9/10- rozkochał w sobie polaków plakatem, który był prosty, dwukolorowy i przedstawiał aktorów, co podobno w świecie "art" nie jest super pomysłem, bo warto wymyślić coś innego bla bla bla, ja mimo wszystko zawsze będę bronić fotografii w połączeniu z grafiką i jeśli jest to jak najbardziej naturalne, to ja jak najbardziej się cieszę :D Poza pięknym zaproszeniem dostaniecie: dobrą grę aktorską, przepiękne kadry, rewelacyjne scenografie, stroje wpasowujące się idealnie w okres i przede wszystkim historię, po której przez kilka godzin nie będziecie wiedzieli co z sobą zrobić. Tak lubię! Lubię jak film coś wnosi w moje życie, w mój mózg, moje myślenie. Serdecznie Wam polecam! BARDZO


15. Pasja 10♥/10- zastanawiałam się, czy w ogóle pisać o tym filmie, bo wydaje mi się, że już każdy człowiek na świecie widział ten film- i bardzo dobrze! Ja niestety czasami mam jakieś zastoje w świadomości i nie widzę najważniejszych dzieł kinematografii. Nadrobiłam. W dzień pasji i uwierzcie, że później, kiedy była ona czytana w kościele odczuwałam ją tysiąc razy bardziej! Ludzie już tak są skonstruowani, że niektóre rzeczy muszą zobaczyć. Ja musiałam i choć płakałam przez połowę filmu, to było warto uświadomić siebie samą jak wielkie to było cierpienie i że chociaż Jezus jest Bogiem, to mimo wszystko był też człowiekiem i cierpiał jak my! Idealny film!!!!! Idealny.


16. Grave 8/10- mój filmweb głowi: "jak estetycznie doskonaly! tak delikatny, choc brutalny i drastyczny. majstersztyk polaczenia!❤"  to prawda! Jeden z niewielu horrorów, który obejrzałam, ale jeśli nie jest o opętaniach, to jest pięknie! Ten był o wegetariance, która... polubiła ludzkie mięso. Absurdalny scenariusz, który w połączeniu z przepięknymi i delikatnymi kadrami tworzy w widzu zamęt, ale i przepiękny błogi spokój. Weszłam w to cała i nie osądzałam bohaterki, a nawet jeśli ją... to nie reżysera za wybujałą fantazję, a to oznacza, że film był dobrze poprowadzony i zrobiony. Francuska produkcja z angielskimi napisami w internecie na razie, więc warto poczekać do premiery kinowej w Polsce... ja nie mogłam się powstrzymać ;)


17. PolandJa 6/10- ale zastanawiam się nad zmianą na wyższą, serio. To jest dla mnie tak wielkie zaskoczenie! Myślałam, że to będzie największe gówno, ale od razu przeszły mi te myśli. Co prawda film nie ma większego sensu do prawie końca filmu... ale później zaczyna się coś fenomenalnego! Tak mnie uderzyło mocno i dogłębnie. Takie wartości odkryłam w tym filmie i to za sprawą kogo? Borysa Szyca! Wiem, że to wszystko się ze sobą gryzie, ale to naprawdę było dobre! I nie uwierzycie jaka muzyka!♥ SZOK! Polska, dobra muzyka. I nie mówię tutaj o starych hitach jak Niemen, czy Dżem- a o polskich, dobrych, MŁODYCH artystach. Zobrazujcie sobie to przez piosenkę końcową, którą była Niby nic Korteza! I wszystkie były dobre i za każdym razem zachwycały! :) Polecam Wam. Odrzućcie uprzedzenia i proszę, nie patrzcie na plakat^^ Obejrzyjcie.


18. San andreas 8/10- ludzie tak strasznie źle komentują ten film, a ja byłam w szoku, kiedy po obejrzeniu je zobaczyłam. Mi się tak bardzo podobał. Oczywiście, był amerykański, ale przecież wiemy po co sięgamy. Polecam!


19. Sekretne życie zwierzaków domowych 7/10- bardzo dobra bajka. Bardzo śmieszna. Bajki w dzisiejszej zbiórce, to oczywiście takie, które są zarówno dla dzieciaków jak i dla dorosłych- takie lubię najbardziej!♥


20. Szatan kazał tańczyć 8/10- mój filmweb: " o wszystkim i o niczym, czyli najgorszy z możliwych scenariuszy. Ale taki piękny dla oka! <3" muszę przyznać, że ostatnio rozpisałam się na tym portalu... ale jak już mnie coś złapie za serce, to muszę się tym podzielić, dlatego polecam Wam mnie znaleźć na filmwebie, będziecie na bieżąco :) W każdym razie- dla mnie film świetny! Nagrany w kwadracie z instagramowych szykiem. Ktoś powiedział, że to film niespełnionej fotografki, która dostała kamerę. Może spodobał mi się tak bardzo, bo mam coś z niej? ^^ Piotr, z którym byłam na filmie nie był zadowolony, a ja przez tydzień pływałam w magii tego filmu. Naprawdę, bardzo mi się podobał... chociaż jak wspominałam- o niczym. mi czasami wystarczy wizualne pięknie, tak już mam.

21. Legend 9/10- koszmarnie długi film. Podczas jednego seansu ja się wyspałam, później Piotr się wyspał, oglądaliśmy, jedliśmy, a on się nie kończył. Tylko nie oceniajcie tego filmu tymi kategoriami, że zasnęliśmy. Po prostu znaleźliśmy chwilę na film, w czasie mojego burzliwego robienia dyplomu i zmęczenie dało górą... ale to tylko chwile ;) Filmem jestem zachwycona, a największe owacje na stojąco należą się dla Toma Hardy. Rzadko, a tak naprawdę prawie nigdy, zdarza mi się żebym cały film zastanawiała się, czy w filmie bliźniaków gra dwóch aktorów czy jeden :D Rewelacyjny!


22. Vaiana: skarb oceanu 7/10- bardzo dobra bajka z idealnym soundtrackiem. Posłuchajcie sobie najlepszej według mnie: 'Drobnostka" po polsku oczywiście! :) KLIK Uwielbiam to nadal! Posłuchajcie i już zrozumiecie magię tego filmu!

Jedenasta. No trudno. Cieszę się, że tylko godzina w plecy ;)
Mam nadzieję, że pomogłam.
Buziaki! :*

niedziela, 18 czerwca 2017

SIÓDEMKA muzyczna

Hejka! :)
Tak jak obiecałam dzisiaj siódemka. Muzyki dobrej tworzy się teraz niemiłosiernie dużo, ale mi (o dziwo) z łatwością przyszło wybranie siedmiu najlepszych. Wałkuję na okrągło wciąż te same piosenki i nadal jestem w nich zakochana. Mam nadzieję, że Wy nie znacie jeszcze wszystkich i dzięki mnie poznacie coś nowego! Aaaa no i skoro mowa o muzyce, a w ostatniej siódemce wspominałam przy piosence Natalii Nykiel, że żałuję, że nigdy nie kupię jej płyty, bo już za późno- to jednak nie. Kupiłam ją dwa dni później! :) Na Empiku była promocja i kupiłam ją za niecałe dwadzieścia złotych. Nie mogłam się oprzeć i uwierzcie, że słucham jej non stop. Wiadomo- zupełnie inne brzmienie i o wiele lepsza jakość dźwięku♥ To dla mnie swego rodzaju nauczka na przyszłość żeby więcej nie twierdzić, że na którąś z płyt jest za późno. Kiedy tylko w najbliższym czasie wpadnie mi w portfel kilka papierków od razu lecę po Zalewskiego, Organka, czy Zioła... na poparcie moich słów powiem Wam, że w jednej paczce z Nykiel znalazłam również Grande Brodki oraz wszystkie stare płyty Hey. Można? Można! Jednak dzisiaj nie o starociach, a o świeżynkach w świecie muzyki... lecimy! :)

1. Męskie Granie Nieboskłon- nie jest to dla mnie żadne zaskoczenie, że w kolejny rok jestem zakochana w utworze, który postanowiła stworzyć ekipa na swój festiwal z Żywcem. Jedynym cudownym szokiem jest to, że znów powrócili do Gdyni i w tym roku wybieram się na koncert. Będzie petarda i z miłą chęcią napiszę Wam o nim kilka słów, bo ja sama na razie nie wiem jak to wszystko wygląda, kto występuję i na czym polega ten cały koncert... chociaż ostatnio rozkminialiśmy to z bratem i już chyba mniej więcej coś tam wiem ^^ Bardzo gorąco polecam. Skład: Organek, Brodka i Rogucki to mieszanka wybuchowa, która nie mogła się nie udać. Zachęcam do sprawdzenia teledysku, który chociaż dosyć zwykły ma niesamowicie dobry montaż, a ja jestem właśnie na dosyć długo już trwającym etapie zwracania uwagi na takie rzeczy. Zwykłość w tym wypadku jest atutem. Cieszy mnie to, że szokują muzyką i za każdym razem robią kawałek, który rozkochuje, a w tej sferze teledyskowej zostawią w podobnej "garażowej" konwencji. 


2. Margaret What you do/ Byle jak/ Nie chce- to niewątpliwie Kobieta, która wygrywa dzisiejsze rozdanie. Pierwszą piosenkę znam już dość długo, ale polskie wcielenia Gośki poznałam dopiero wczoraj dzięki wywiadowi na temat nowego albumu.Uwielbiam oglądać wywiady z nią, zawsze sprawiają mi mega dużo przyjemności i to właśnie dzięki nim polubiłam tę piosenkarkę. Co z tymi piosenkami polskimi? Są to jedyne piosenki, które umiem słuchać z całej nowej płyty. Próbowałam przejść przez kilka innych, ale były dla mnie męczące. Może jeszcze kiedyś do nich wrócę i się przekonam. ~właśnie włączyłam piosenkę do smerfów- jest super! Posłuchajcie♥ Teledysk też jest ekstra :)


3. John Legend Surefire- jak pewnie możecie już zauważyć, za każdym razem kiedy piszę o jakiejkolwiek piosence Johna jestem zachwycona. Niesamowity człowiek- tym bardziej kiedy czasami wchodzę na jego Instagrama i widzę jak genialnym jest mężem i ojcem. Jakaś taka delikatność z niego bije! Nawet jeśli to tylko chwyt marketingowy, to jest on na tyle spójny, że kupuję go w całości.Artysta ma na swoim koncie już trzy teledyski, które wyciskają ze mnie łzy. tym razem beczałam najbardziej... ale tylko za pierwszym razem. W momencie kiedy matka daje różaniec dziewczynie na drogę po prostu wybucham! Przyznaję, że teraz już słucham jedynie piosenki... ale to wystarcza, bo jest genialna!♥ Polecam zobaczyć :)


4. Sarsa Volta- nie lubię Sarsy i zazwyczaj wszystkie jej piosenki mnie bardzo irytują. Miałam moment w swoim życiu, kiedy zabłądziłam w Internecie i przejrzałam totalnie wszystko co z nią związane i wtedy bardzo ją doceniłam. Od tego momentu czekam aż mi się coś spodoba. Udało się. Wczoraj znalazłam na Youtubie, dzisiaj słyszałam w radio i bez tego tragicznego teledysku ze wstawkami z jakiegoś badziewnego polskiego filmu jest dobra. Aktualnie siedzę i słucham jej non stop. Jeśli jesteście ciekawi teledysku, to zwracajcie uwagę tylko na momenty z Sarsą. Gdyby teledysk składał się z samych momentów z nią byłby bardzo dobrze! :)


5. Tim Legend Hope- wysłał mi ją brat i gdyby nie pobyt w Krynicy to pewnie nigdy bym jej nie posłuchała, ponieważ rzadko słucham muzyki nadesłanej przez kogoś, ale najwidoczniej miałam ją poznać. Bardzo dobrze, że to się stało, ponieważ piosenka jest fenomenalna. Nie wiem czemu, ale za każdym razem, gdy włączam ją po dłuższej przerwie wydaje mi się, że usłyszę męski głos...i jestem tak pięknie rozczarowana ♥ Idealny damski głos i genialny rytm. Jestem na tak!


6. Zalewski & Macuk Cichosza- uwielbiam piosenki Osieckiej, poznałam ją bliżej przy wydanej przez Nosowską płycie N/O i to właśnie te aranżacje podobają mi się najbardziej... jednak uwielbiam słuchać nowych i nie zamykać się tylko na to co znam. Ostatnio zakochałam się w Ach nie mnie jednej w wykonaniu The Dumpling. Kilka dni temu z ciekawości włączyłam nową produkcję Allegro. Nie za bardzo przekonują mnie te ich Legendy Polskie, ale to pewnie tylko dlatego, że nigdy nie zagłębiałam się za bardzo w to o co tak naprawdę w nich chodzi. Wersja jest dziwna. Jest bardzo mocna. Agresywna... ale przez to bardzo ciekawa i daję ją Wam na talerzu z takiej zwykłej ludzkiej ciekawości jakie macie zdanie na jej temat. A więc? ;)


7. Krzysztof Zalewski Polsko- znana przeze mnie już od premiery płyty, ale jednak z teledyskiem zawsze nabiera świeżości i jest bardziej dostępna, a w moich siódemkach nigdy nie mówię o piosenkach, których po przeczytaniu tutaj nie możecie po prostu włączyć... także ta. Bardzo dobra piosenka, a do teledysk został zaproszony Daniel Olbrychski. Bardzo syntetyczny czarno-biały teledysk z aktorem na białym tle. Niesamowicie polecam Wam poświęcić kilka chwil na wysłuchanie i obejrzenie piosenki, a później zobaczeni wersji wyrecytowanej przez aktora. Ten sam motyw tylko bez głosy Krzysztofa. Rewelacja i chyba właśnie dlatego to ten utwór jest dzisiejszą ostatnią siódemeczką ;)


Jeśli macie jakieś swoje ulubione piosenki ostatniego czasu to zachęcam Was do zostawiania ich w komentarzach :) Buziaki! :*

sobota, 17 czerwca 2017

Lawina!

Hejka! :)
Zastanawialiście się kto w Waszym otoczeniu jest najbardziej pechowym człowiekiem? Bo w moim wygrywam bezapelacyjnie zawsze JA! Mam wakacje, a od pierwszego dnia coś się dzieje- tragedia. Czaicie, że wypadł mi ZĄB!? Jestem osobą, która chodzi raz w miesiącu do dentysty na kontrole, leczenie itp i za każdym razem niby wszystko jest okey, a kiedy tylko zaczyna mnie boleć ząb okazuje się, że to już ostatnia chwila na odratowanie. Pamiętacie jak pisałam Wam o książce Idealna - to są właśnie te negatywne czynniki uboczne czytania. Wszystko opierało się tam na złym leczeniu pacjenta (nie mogę Wam powiedzieć wszystkiego, bo ta książka jest zbyt dobra, żebym na wstępie zdradziła Wam wszystko- jeszcze raz z tego miejsca gorąco Wam ją polecam) i mi się też wbiło w głowę, że moja dentystka zdziera ze mnie hajs i niszczy mi żeby zamiast je naprawiać tylko po to, abym wciąż do niej przychodziła. Nie wiem, czy to prawda, czy nie... ale jedno jest pewne- nigdy więcej do niej nie wrócę, dlatego jeśli znacie jakiegokolwiek cudownego dentystę w Elblągu- to zostawcie mi proszę namiary w komentarzu :)
Oczywiście to nie wszystko- na następny dzień znalazłam u siebie kleszcza i stało się to w święto Bożego Ciała, gdzie wszystko było zamknięte- nawet apteka. Ale spokojnie, żyję już bez tego dziadostwa! :D

Krynica Morska i bycie konkretnie w tym miejscu w którym jestem ma to do siebie, że czas przepływa nieubłagalnie gdzieś pomiędzy palcami. W mojej głowie rodziło się tak wiele pomysłów na ten tydzień- ileż to ja miałam nie zrobić, ile notek napisać i jak świetnie się bawić... bo dni przecież takie długie. No cóż... zapomniałam jedynie o tym, że uwielbiam spać i bez nastawiania budzika oczy otwierała grubo po jedenastej i później czas dosłownie biegnie beze mnie i ja dostaję ostrego plaskacza w twarz za każdym razem jak spojrzę na zegarek. Niby prowadzę nocne życie, więc dużo na komputerze robię wieczorem... ale to i tak niewiele w porównaniu z tym co planowałam. Jednak- już wczoraj w nocy skończyłam projektować grafikę na Bierzmowanie i oddałam je już do druku i skończyłam również coś bardzo bardzo ważnego (również graficznego) o czym dowiecie się za kilka tygodni! ♥ Dzisiaj mój cel to napisanie postów. Jutro zapraszam Was na siódemkę a w poniedziałek na zbiórkę filmową! :) Od wtorku będzie trochę elektroniki- zarówno typowo dziewczęcej jak i ... neutralnej :p Będzie ciekawie, obiecuję- wreszcie się rozkręcę, bo chcę Wam powiedzieć o tylu rzeczach, że jak tak będę robić wszystko wolno to do śmierci się nie wyrobię!!!

Skoro dzisiaj tam pogadankowo, to powiem Wam jeszcze o jednym doświadczeniu. Doświadczeniu dla mnie bardzo ważnym, o ile nie najważniejszym. Bo Bóg to jednak ziomal i z nim można wszystko! WSZYSTKO! Pisałam Wam kiedyś moje świadectwo? Chyba nie w pełni, ale kiedyś zabiorę się za to na pewno, jednak tak w skrócie- wszystko bla bla bla i nagle Krynica tutaj najlepsza spowiedź, najlepsze doznania i pokochanie Boga w zupełnie inny sposób. Zakumplowanie się ze spowiedzią i wielkie olśnienie, że Księża mogą tak bardzo pomóc! Minęło tyyyyle lat, jestem już tak zupełnie inna. Jestem we wspólnocie, moim super jednym z najlepszych kumpli jest Ksiądz. Jestem świadoma jak wiele dzięki tym Mężczyznom można, jak bardzo pomagają, jak bardzo są przy Bogu, a dzięki niemu jak wielka łaskę mądrości dostają. I wiecie co? To wszystko jakby na nic (ostro mówiąc, bo tak naprawdę przecież dzięki tej codzienności z nimi jestem na tym etapie na którym jestem, moja wiara jest tak mocna) w momencie kiedy przyjeżdżam w to samo miejsce, przychodzę do spowiedzi i nagle BUM! kiedy już myślę, że nic mnie nie może zaskoczyć, nagle znów czuję tą bezradność, co jeszcze kilka lat temu i ten wielki spokój w swojej duszy zaraz po rozmowie. Słyszę wiele słów na temat Kapucynów i ich zastałości w miejscu, ale dla mnie to zakonnicy, którzy tak trafiają w moje serce. Taka jest w nich łaska! Tak mnie Bóg do nich przyprowadza! Jak już upadnę najniżej, to oni są moją skałą. Jej! Zawsze mi się wydaje, że tylko raz można doświadczyć czegoś mocnego, a za drugim razem mamy już zbyt duże wymagania i za bardzo chcemy dorównać temu co było. Moje było i jest tak samo piękne!♥ Jak to możliwe? Przecież w Elblągu też przystępuję do spowiedzi.... jestem tą samą dziewczyną, a to jednak dopiero tu lawina łez, burze, spokój, szczęście i dobroć miesza się we mnie w wielki wir, który wybucha. Każdy z nas potrzebuje czasami Bożych fajerwerków- tęskniłam za nimi, dobrze, że wróciły!♥


Buziaki! :*

wtorek, 13 czerwca 2017

Krynica Morska

Hejka! :)
Wczoraj po południu przyjechałam do Krynicy Morskiej na prawie dwa tygodnie. To jedyny czas mojego spokoju, w którym mogę rzeczywiście odpocząć i skupić się jedynie na sobie. Moimi największymi zmartwieniami jest to co zjem na obiad i gdzie pójdę na spacer. Uwielbiam to, a niestety wiem, że w Elblągu pełnym obowiązków, znajomych i domu pełnego wiecznych remontów i sprzątania (mam nową szafę, nową pracownię do zupełnie innych rzeczy i mnóstwo super nowych rzeczy, które po powrocie Wam pokażę!) nie jestem w stanie odpocząć nigdy. Tak to już jakoś jest. Nie twierdzę, że to źle. Tym bardziej kiedy mam możliwość zawsze uciec w las i pobyć z morzem. Ostatni czas był dla mnie bardzo intensywny. Wciąż prowadzę rozmowy odnośnie mojego wielkiego kroku w przód, ale na razie nie widzę efektów- chociaż dzisiaj kupiłam baaaaardzo istotną dla mnie rzecz. Kosztowała jedynie dwanaście złoty, a czuję, że wartościowa jest dla mnie jak diamenty. Nie chcę jeszcze o tym mówić... ale lipiec to będzie petarda! ♥ Poza tym na początku miesiąca zrobiłam wiele wiele innych ważnych dla mnie zakupów zarówno urodowych jak i rozwijających. Wzięłam to wszystko z sobą, bo wszystko jest mi niezbędne i z miłą chęcią będę Wam tutaj dodawać ich recenzje, jak już się z nimi bardziej zaprzyjaźnię lub znienawidzę! :D

Z powodu zbliżających się Waszych wakacji i pewnie już niezłego luzu w szkołach lub maturalnych wakacji jak moje... w głowie motywuję się do stworzenia filmowego postu z ostatnimi świeżynkami- opornie mi to idzie, ale mam nadzieję, że Krynica wpłynie na mnie lepiej i pojawi się na dniach.

A z takich niesamowitych ciekawostek- właśnie założyłam Instagrama (dosłownie kończąc słowo "dniach" uznałam, że to jest ten moment, aby założyć i trzymać nazwę hahahh). Na razie nic na nim nie będzie, ponieważ pierwszy będzie po petardzie na blogu, ale już jest i wiem, że to jest to. Od kilku miesięcy odkrywam ten portal i jestem w nim zakochana. Prawdą jest, że to co się lajkuje tam czy na facebooku później wydaje się jedyną istotą tam i w momencie kiedy ja zainteresowana jestem jedynie dobrem, sztuką architekturą widząc takie rzeczy wydaje mi się, że nikt nie robi tam niczego nieładnego... to oczywiście nieprawda, ale dobrze mi w tym moim błogim kłamstwie. Jakim cudem zapoznaje się z nim skoro dopiero dzisiaj założyłam swoje konto? A no od kilku miesięcy zajmuje się kontem Zacisza Morskiego właśnie w Krynicy Morskiej. Śmieszne to, ale spełniam się w tym. W robieniu ładnych zdjęć, pisaniu i kombinowaniu. Dzisiaj na przykład skończyłam dodawać wszystkie zdjęcia pokoi i od jutra zaczynam chyba całkiem ciekawą serię z atrakcjami Krynicy. Codziennie po jednej, z ciekawostkami, historyjkami i pomysłem na lato. Natchnęła mnie do tego moja wczorajsza rozmowa z Piotrem. Spytał mnie co tu w ogóle można robić... a ja uzmysłowiłam sobie jak wiele! To bardzo ciekawe, ponieważ zawsze to ja zadawałam sobie to pytanie i nie potrafiłam na nie odpowiedzieć. Może teraz, jak dorosłam (hehehe) zauważam trochę więcej i umiem zachwycić się zupełnie innymi rzeczami. Samym spacerem przy morzu, czy dobrą rybą w knajpie z klimatem. Kiedyś tak tego nie odczuwałam. A teraz proszę! Kto mówił, że dorosłość jest słaba? Ja odkrywam w niej niesamowite pokłady mocy! Może ta moja dorosłość jest jeszcze młodziutka, ale jednak już dorosłość :D Zauważam ją tym bardziej na wspólnocie, gdzie okazuję się już wiekowym dinozaurem, a mój związek uważany jest za przykład dorosłego podążania dobrą drogą we dwoje... Gdzieś nagle się ocknęłam po wielu latach zwykłego życia w fazie człowieka do którego można zwrócić się o radę. Cieszy mnie to. Cieszę się, że właśnie tak jakoś poszłam tą swoją dróżką, że ludziom się troszkę chce iść ze mną  ♥ Ale Ło Matko! jak bardzo zboczyłam z drogi :D W tym wszystkim chciałam powiedzieć Wam jedno- w tej małej Krynicy zachwycić się można naprawdę wieloma rzeczami (na przykład najpyszniejszym burgerem ever! Uwierzcie, że nigdzie nie jadłam tak dobrego) i będę o tym informować świat w bardzo przystępny, krótki sposób. Dlatego jeśli chcielibyście dowiedzieć się co zrobić w Krynicy, bo może się tam wybieracie- to zapraszam Was serdecznie na Instagrama Zacisza Morskiego. Pewnie Ci co mnie znają rozpoznają mnie w nim... no ale cóż, tak to już jest. Ale to chyba dobrze, prawda? ;) Bardzo dużo dobrych zdjęć, tak myślę! Zajrzyjcie tam i wyczekujcie w stu procentach mojego i o wiele lepszego Instagrama! Zdobędę nim świat! Albo chociaż kawałek? :p


Standardowo już nie "buziaczki" pod zdjęciem a komentarz do mojego stroju. Wczoraj zmyłam lakier do paznokci i mam pięknie niepomalowane płytki, bardzo lubię to czasem zrobić, czuję się wtedy lepiej!♥ A co do ciuchów- moja najnowsza zdobycz na wiosennym Swap Party w Galerii El- jeansowa kurtka. Męska, o wiele za duża, ale baaaaaardzo wygodna i rewelacyjnie się w niej czuję! Pasuje totalnie do wszystkiego. Noszę j teraz prawie codziennie wiec wiem coś na ten temat hahah. Zarówno do bluzki na krótki rękach i luźnych spodni, do obcisłych spodni, do spódniczki... a ostatnio miałam ją nawet do koronkowej czarnej sukienki i szpilek na dosyć uroczyste przyjęcie. Można? Można! I efekty są świetne! :) Polecam Wam rozejrzeć się po lumpeksach, czy sklepach. Ta akurat jest z Zary z kolekcji męskiej M. Cudo! :) No to... buziaki! :D

poniedziałek, 29 maja 2017

poniedziałek jak sobota, czyli wakacje pełną parą!

Hejka!:)
Wakacje, wakacje, wakacje! Wszystko kwitnie, a dla mnie i mojego aparatu to raj, aby wreszcie pełną parą wyjść i zacząć robić zdjęcia nie tylko w naturalnym środowisku jakim jest dom, ale również w tej prawdziwej, dzikiej naturze.Wszystkie dobrodziejstwa jakimi obdarza nas natura są nieosiągalnie przepiękne, ale mam tak dużo chęci, że chciałabym zatrzymać ją chociaż w niewielkim fragmencie mojej fotografii. W wolny czas rodzi mi się tak wiele fantastycznych pomysłów. Moje życie nabiera teraz rewelacyjnych barw i nawet jeśli moje nogi są całe w czerwonych kropkach po ukąszeniach komarów, to wiem, że jest pięknie! Zamierzam przez te kilka miesięcy czasowego dostępu do światła naturalnego stworzyć wiele cykli reporterskich z ludźmi, którzy mnie inspirują i których sama jako ja- jako Karolina- chciałabym poznać z innej, prawdziwszej strony. Uwierzcie, że moja głowa niedługo wybuchnie od tego nadmiaru fantastyczności! :D Kiedy ja na to wszystko znajdę czas? Mam nadzieję, że znajdę. 

Aktualnie kilka dni spędziłam w Krynicy Morskiej. Poznałam siebie. Wystarczyło mi kilka minut, aby poczynić kolejny krok w tak ważnej kwestii jak sama ja ze sobą. Uwielbiam w tak banalny i zwyczajny sposób odkrywać to, co przez większość czasu jest dla mnie zagadką. W momencie, kiedy miałam chwilę dla siebie na balkonie w słońcu, przy śpiewie ptaków uzmysłowiłam sobie, że powinnam odłożyć telefon i przeżywać ten czas jak najlepiej. Odłożyłam. Chciałam, żeby było "najlepiej"... i doszłam do wniosku, że nie. Wcale nie muszę. Ja tak nie przeżywam swojego spokoju. Nie potrzeba mi do tego zamknięcia oczu na balkonie i odłożenia telefonu. Zastanawiam się czasami jak to jest, że nawet wtedy kiedy wydaje mi się, że robię wszystko pod siebie- tak, aby nie oglądać się za siebie i patrzeć co powiedzą inni w pewnej chwili stwierdzam, że wcale nie jestem w tym wszystkim w stu procentach wolna. Nie umiem odpoczywać. Doszłam do tego już naprawdę dawno temu... ale to, że ktoś wyciągnie mnie na spacer do lasu, czy zabierze telefon- żebym się zresetowała, to nie znaczy, że po powrocie do domu będę jak nowo narodzona. Będę zmęczona bardziej, bo ktoś mi ten swój spokój narzucił. Może to kogoś teraz oburzy, mnie samą to trochę irytuje... ale nie, dla mnie spacerowanie nie jest relaksem. Oczywiście, mogę to robić, ale później jestem jeszcze bardziej zmęczona. Dobrze mi z tym, że jedyną formą odpoczynku dla nie jest sen, leniuchowanie w łóżku, czy bycie samą. O tak, to jest właśnie ten klucz do szczelnie zamkniętych drzwi mojego spokoju i odpoczynku- samotność. Tak często nie potrafię sobie na nią pozwolić... bo przecież egoizm nie przystoi takiej miłej dziewczynce. Gówno prawda! Jeśli mój egoizm ma się objawiać tylko w tym- to ja mogę ^^. Dlatego tak bardzo uwielbiam przebywać w Krynicy trochę dłużej niż weekend. Mam tam dostęp do łóżka, lasu z łóżkiem i błogiej samotności. Samotności nawet z ludźmi... ale tam nabierają innego charakteru. Tam mogą być zawsze. 

Ah, jaki to komfort, gdy na bosaka możesz zrobić zdjęcie w środku lasu widząc jeszcze dom :D Co prawda, na żywo nie było tak kolorowo i powstało jedynie kilka zdjęć, bo bycie bez koszulki przy głodnych komarach było dosyć niekomfortowe... ale udało się! ♥ Lustro/ Piotr/ Las - układ idealny! Mam nadzieję, że Wam również się podoba... a ja powoli zbieram do swojej głowy Wasze uwagi odnośnie braku zdjęć z sesji zdjęciowych na moim blogu, ale po pierwsze- te najlepsze muszę zostawić w albumie, bo są zbyt intymne dla mnie jak i dla Bohaterek, a inne? No cóż, nie od dziś wiecie o moim narzekaniu na bloggera odnośnie jakości zdjęć i ich estetyce tutaj. Starałam się z tym walczyć, ale moje serce zawsze przy tym cierpiało. Mam w głowie plan na coś ekstra... żeby każdy był szczęśliwy (ja przede wszystkim!^^), a o tym już niedługo! :)


Uciekam, buziaki! :*

czwartek, 25 maja 2017

Czerwień Jarzębin

Hejka! :)
Pamiętacie mój pierwszy raz z Katarzyną Michalak? Kiedy kilka dni temu dowiedziałam się, że będę miała możliwość przeczytania kolejnej jej książki byłam zachwycona! Szczerze mówiąc, choć autorka jest dla mnie genialną pisarką, to nie przywykłam do śledzenia premie wydawniczych z takim zaangażowaniem jak robię to na przykład przy filmach. Dlatego wielkim zaskoczeniem było dla mnie tylne skrzydełko okładki książki... ponieważ pierwszy raz zobaczyłam jak wiele cudowności napisała już Pani Katarzyna! Jest to niewątpliwie kopniak w moją stronę i pobudzenie mnie do nadrobienia zaległości. Muszę to jednak odłożyć na później, gdyż teraz mam ambitniejsze plany przeczytania totalnie wszystkiego co zalega mi na moim stosie. Jest tego pełno, co powoduje kilka miesięcy nadrabiania i dzielenia się z Wami tym. Jestem już w trakcie, jednak gdy wczoraj listonosz przyniósł mi świeżutką, jeszcze przedpremierową Czerwień Jarzębin nie mogłam się oprzeć pokusie odstawienia wszystkiego co dotychczas miałam w rękach i zagłębienia się w lekturę. Tak się na szczęście złożyło, że pięć minut przed listonoszem skończyłam Boginię tańca- o której już niedługo ;)

Czerwień jarzębin to niewątpliwie zupełnie inny środek niż woła do nas okładka. Czasami zupełnie nie rozumiem grafików, którzy pracują w Znaku i dobierają szaty graficzne bez wcześniejszego zapoznania się z książką. Jestem przekonana, że teraz w głowie świta Wam myśl o tym, że będzie to romansidło dla kobiet i nic więcej. Ja, muszę szczerze przyznać, trochę zdziwiłam się, że autorka ta genialnego kryminały przechodzi w tak spokojną tematykę... ale przecież kobieta zmienną jest ;) Okazało się jedna, że nie. Okładka wprowadza w błąd i niestety bardzo trudno wyjść z przekonania w jakim tkwimy od początku. To kolejna propozycja, która jest brutalna, która jest tak brutalna jak mało która książka (może pomijając Czarny charakter, o którym pisałam kilka dni temu). Nie braknie tu oczywiście również miłości. Historia poprowadzona płynnie. Zazdroszczę tego lekkiego pióra i możliwości przeczytania książki jednym tchem!♥ Niewątpliwie zrobiłabym to wczoraj w nocy, gdyby nie perspektywa wstania o siódmej rano. Gdy człowiek nie chodzi do szkoły, nagle nawet dziewiąta jest godziną wczesną^^.

Książka swoją premierę ma dokładnie w Dzień Matki i jest proponowana jako prezent na tę okazję, ale szczerze Wam powiem, że moja Mama nie przebrnęłaby przez tak ostrą książkę. Dlatego tutaj taka uwaga dla Was- jeśli jeszcze nie macie prezentu, a Wasza Mama woli ballady i romanse, to zastanówcie się nad czymś innym... na przykład nad jedną z wielu pozycji w zbiorze Sióstr Bronte- dawno o nich na moim blogu nie było i z powodu przeczytania już totalnie wszystkiego pewnie szybko się nie pojawi. Tak więc ta propozycja ode mnie, to swego rodzaju głód wzmianek o siostrach tutaj :D Chociaż widzicie... zależy. Nigdy nie podejrzewałabym mojej Babci o to, że może być fanką kryminałów, a okazało się, że byłaby wielce rozradowana, gdyby była posiadaczką wszystkiego, co wychodzi spod pióra Pani Kasi... więc może jednak warto spróbować? :p


Jestem na tak! Buziaki! :*

sobota, 20 maja 2017

Gdańsk

Hejka! :D
Gdybym nie zdecydowała się na redukcje kategorii dla Waszego komfortu wyszukiwania poszczególnych rzeczy, to pewnie ten post rozpoczynałby dział pod tytułem WAKACJE 2017. Tak, Moi Mili, rozpoczęłam wczoraj swoje najdłuższe wakacje... nie tylko ze względu na maturę, ale również na to, że przez kolejny rok nie będę chodzić do szkoły w sposób standardowy. Słów o tym o wiele więcej już w czerwcu, ale na razie chciałam Wam tylko dać sygnał, że nawet jak nie zdam matury, to to nie jest koniec świata hahaha. Teraz i tak mam inne plany... a jeśli już nawiązałam do matury, to ostatnio dostałam komentarz, że mam coś napisać o maturach ustnych- a proszę bardzo. Wczoraj miałam maturę ustną z języka angielskiego, było to zdecydowanie najbardziej stresujące doświadczenie w moim życiu. Jeszcze w ojczystym, uwielbianym przeze mnie języku mogę mówić o czymkolwiek, ale w momencie kiedy muszę odpowiedzieć nawet na najgłupszą i najprostszą rzecz w języku angielskim i na dodatek jestem poddawana ocenie- to jest mój koniec! Podobno mój angielski jest na wysokim poziomie, tak mówi kobieta, z którą konwersuję raz na tydzień przez dwa tygodnie o czymkolwiek. Tylko wtedy się nie stresuję. Kiedy włącza mi się lampka, że jest mocno oficjalnie lub w otoczeniu znajduje się ktoś dobrze mi znany- koniec. Pamiętam, że kilka lat temu jadąc tramwajem właśnie w okresie maturalnym usłyszałam jak dziewczyna przez telefon mówi, że jej przyjaciółka nieprzyszła na maturę ustną z angielskiego, bo tak się bała. Przez te kilka lat widziałam siebie właśnie w takiej sytuacji. Cud, że w ogóle się tam zjawiłam! ^^ Było dobrze, procenty mówią same za siebie... ale ja nie lubię czuć się głupio, a przynajmniej nie lubię czuć się niemądra. Mimo wszystko dobrze, że było to zaledwie piętnaście minut. Komisja była niesamowicie miła, pomagała, dopingowała i pierwsze pytania startowe były naprawdę super. Mogłam powiedzieć, to co chciałam bez zbędnych, sztucznych scenariuszy... później było gorzej, ale ok. Ustne matury, to najbardziej stresujące egzaminy w ciągu całego maja, jednak są one o dziwo (!) najprostsze. Podczas kontaktu z osobą, która chce Ci pomóc zawsze jest jakoś łatwiej. Z ustnego polskiego w naszej szkole nie było chyba nikogo, kto nie przekroczyłby progu 70%, więc wow! Tak więc apel: wiem, że będziecie się stresować (ludzie, którzy mają to jeszcze przed sobą), ale pamiętajcie, że jest to proste i nic wam nie grozi :D A komisja się uśmiecha i jest miła- serio! Myślałam, że to niemożliwe :o

Kończąc ten przydługi wstęp przejdę od razu do tych moich przewspaniałych wakacji. Nawet nie wiecie jak się cieszę, że nie muszę jeździć na sankach, bo do tego było niedaleko. Hahhahaha. Kiedy z Magdą zobaczyłyśmy śnieg za oknem jeszcze w maju byłyśmy przerażone. Przecież tyle planów, tyle chęci wystawiania nosa w słońce. Na szczęście jest. W mojej naturze jest podróżowanie. Nie wyobrażam sobie tego nie robić. Nawet tak mała zmiana jak Gdańsk na pierwszy rzut była dobra. Oderwanie się od wszystkiego i totalnie wyłączenie zbędnych elementów przeszkadzających w odpoczynku spowodowały, że nawet pobudka o siódmej rano nie jest mi straszna! :D Jeszcze trochę nie dochodzi do mnie to, że mogę po prostu wyjechać w Bieszczady i zupełnie nie przejmować się tym, co zastanę po powrocie. Ludzie, mam spokój, szóstkę z dyplomu, sto procent z ustnego polskiego i najdłuższy odpoczynek na świecie- uwierzcie, że jestem najszczęśliwszą dziewczyną na świecie i mam zamiar ogłosić to całemu światu i zobaczycie, że tak będzie! :D Także Chwała Panu i do dzieła! :D


Buziaki! :*
ps jeśli na nogach mam japonki, a spodnie są kolorowe, to znaczy, że wakacje zaczęły się pełną parą! :D
I jeśli już o ubiorze mowa, to spodnie (jedne z moich ulubionych) pochodzą z Reserved i mówiłam o nich kiedyś TUTAJ... jak niby miałam w planach być bardziej modowa na blogu. eh ^^ Myślę, że ta forma, w jakiej teraz informuje Was o ciuchach jest przyjaźniejsza dla mnie i nie narzuca mi nienaturalnego toku myślenia.
ps 2 jak ktoś wszedł w podany link i zobaczył torbę, którą prezentowałam, to oczywiście wywaliłam ją już dawno, pierwsze kroki z maszyną do szycia zawsze są ciężkie ^^ Teraz robię już same piękne rzeczy!♥ Na przykład swoje materiały z polskimi warzywami zamieniam w plecaki, które pokazywałam Wam TU

czwartek, 18 maja 2017

Czarny charakter

Hejka!:)
Dzisiaj spełniam się w roli domowego fotografa. Czekałam na tę chwilę od pół roku, ale wciąż brakowało mi czasu, a gdy tylko znajdowałam czas była zima, więc od razu robiło się ciemno.... teraz do dziewiętnastej jest przepiękne światło, a ja mogę czerpać z niego całymi garściami! ♥ Jakież to jest fantastyczne. Kto nie zaznał takiego braku nigdy go nie doceni. Cieszę się ze wszystkich takich swoich trudnych chwil w fotografii, później doceniam wszystko. Wszystko! Doceniam przede wszystkim ten czas. Jutro czeka mnie jeszcze ostatnia matura ustna z angielskiego, a później hulaj dusza. Jednak już teraz odczuwam ten spokój. Nie należę do osób, które przepadają za nauką, wiec mój czas przed egzaminem dojrzałości był totalnie spokojny. Stres pojawiał się jedynie w dniu chwilę przed daną sytuacją. Bardzo to ważne, ponieważ dzięki temu maj jest dla mnie niesamowicie przyjemny i nie odczuwam tego okropnego tonięcia w książkach, o którym mówili mi starsi znajomi, czy rodzina. Jak dobrze!♥ Dzięki temu, że mam czas mam również chęć na książki i wypełniam ją po brzegi! Dzisiaj o jednej z nich. 

Czarny charakter, to bez dwóch zdań bardzo, ale to bardzo interesująca książka. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że jest najbardziej brutalną historią o jakiej kiedykolwiek czytałam. Na początku próbowałam znajdować tam język Tarantino, za którym przepadam, jednak im bliżej środka tym bardziej zdawałam sobie sprawę, że nie ma to sensu. Bez jakiegokolwiek żartu, nawiązywań do amerykańskiej kultury i zbyt obfitego rozlewu krwi nie wyglądało to dobrze. Historia, która zawarta jest w książce opowiada o wojnie- jest to jeden z jej elementów. Oczywiście, każda książka o wojnie jest brutalna, jednak ta to już apogeum wszystkiego! Autorem jest młody chłopiec, z którym przeżywamy większość jego życia. Poznaje on swojego przyjaciela i wraz z nim przeżywa wszelkiego rodzaju przygody... ale nie, nie są to zwykłe zabawy dwóch małych chłopców. Wychowali się oni w złym środowisku, przepełnionym przemocą i śmiercią. Taki sposób życia był dla nich całkowicie naturalny i nie widzieli innej drogi swojego życia. Narrator nie oszczędza szczegółowym opisów śmierci, czy tortur. Jest szczery z odbiorcą i w tym chyba cały problem. 

Interesujące jest również ukazanie wojny. Ze strony pokrzywdzonych, którzy wcześniej krzywdzili. Aż wstyd się przyznać, ale nigdy wcześniej nie myślałam o złoczyńcach podczas wojny, zawsze wydawało mi się, że dotyczy to jedynie uczciwych ludzi, bo tylko tacy w tamtych czasach żyli. Ah, jak zwykle porzuciłam swój zdrowy rozsądek i historię odbierałam jedynie z perspektywy kultury, którą mi serwowano. Ciężko było mi zmienić zdanie, ciężko było mi odnaleźć się w tym środowisku. Sztachniak próbował w jak najlepszy sposób przedstawić realia tamtego świata używając nawet słownictwa z tamtych czasów i wciąż zastanawiam się, czy był to dobry pomysł. Przypisy zawsze sprawiają mi duży problem, bo podczas śledzenia tekstu linijka po linijce wyłamanie się nagle z tego schematu zawsze jest dla mnie niewygodne. Zazwyczaj zdarza się to kilka razy na całą książkę... tym razem było to kilka razy na STRONĘ. Niewygodne i niezbyt sympatyczne. Nie podobało mi się to, chociaż zamysł w pełni zrozumiały. Jednak to nie film, książka posługuje się innymi prawami :)

Chyba właśnie to wpływało na moje dziwne stanie w rozkroku podczas czytania tej książki. Jedna strona mówiła mi jaka wspaniała jest ta historia i jak interesująca, z drugiej strony jednak bardzo męczyłam się czytając i chciałam jak najszybciej skończyć i zacząć czytać coś innego. Może lżejszego? Może po prostu pisane językiem i szykiem zdań do którego przywykłam? Mimo wszystko jestem bardzo zadowolona ze spędzonych dni z Czarnym charakterem i z przyjemnością mogę Wam ją polecić :)


Buziaki! :*

niedziela, 14 maja 2017

29 salon elbląski


Hejka! :)
No widzicie jak to łatwo można przywyknąć do dziwnych rzeczy, których z pozoru nigdy się nie zrobi? Co ten blog robi z człowiekiem! Kiedy w Liverpoolu miałam zapozować do zdjęcia w galerii sztuki myślałam, że oszaleję. Kiedy wchodzę obcować ze sztuką w określonym dla  niej miejscu wyłączam telefon żeby współistnieć, chociaż przez małą chwilę tylko z nią...a tu nagle na potrzeby notek, bloga, Was, pozuję na środku galerii do zdjęcia. Na razie nie jest to dla mnie naturalne, ale uwierzcie, kiedyś będzie najlepiej i będą ładne hahahha :D W każdym razie, dzisiaj przecież nie o moich zdjęciach, a o wydarzeniu, które dla elbląskich artystów jest chyba jednym z ważniejszych. Z miłą chęcią przedstawię Wam dzisiaj artystów, moją opinię, ale przede wszystkim powiem Wam co to w ogóle jest ten nasz salon.

Salon elbląski, to biennale, czyli impreza artystyczna odbywająca się co dwa lata. Pierwszy salon miał miejsce pięćdziesiąt osiem lat temu, czyli w 1959 roku- tak na logikę, bo nigdzie nie znalazłam tych informacji, ale w tym roku jesteśmy światkami już dwudziestej dziewiątej edycji! Zadaniem wystawy jest przedstawienie artystów związanych z Elblągiem. Mogą oni w nim mieszkać, pochodzić z niego lub być z nim związanym w jakiś inny sposób. Oczywiście z racji miejsca i wysokiej pozycji muszą to być ludzie związani ze sztuką bardziej niż tylko przez pasję. Wystawienie swoich prac jest dobrowolne i potrzeba do tego zgłoszenia jakie oferuje Galeria El. W tegorocznej edycji wzięło udział aż czterdzieści trzech artystów, co spowodowało, że prace owładnęły całą przestrzeń. Prace znaleźć można zarówno w głównej sali wystawienniczej, jak i w laboratorium oraz na dwóch pietrach, gdzie moim zdaniem najlepiej można odbierać sztukę. Jest tam naturalne światło, jest jasno, przejrzyście, czysto. Białe ścianki, które za każdym razem ustawiane są w trochę inny sposób nadają świeżości i są zupełnym oderwaniem od wystawy poniżej, gdzie tłem zawsze jest historyczna cegła. Tutaj może zapalić się Wam lampka, a ja szybciutko odpowiadam na pytania- niestety, z racji tego, że salony są tak obszerne nie było już miejsca na wystawę naszym dyplomów, ale wiem, ze wiele z Was było i później pisaliście mi przepiękne wiadomości- dlatego dzięki! :D 

Wśród artystów znaleźli się również nauczyciele Liceum Plastycznego w Gronowie Górnym (to tak również a propos mojego wcześniejszego postu, w którym informowałam Was, że są oni bardzo aktywni artystycznie i warto przed pójściem do szkoły zainteresować się ich twórczością w internecie. A PO CO! Teraz macie możliwość obejrzenia ich na żywo, do czego serdecznie zapraszam!♥). Jest to: Roma Jaruszewska, której trzy, bardzo syntetyczne i pastelowe prace przedstawiające dwóch małych chłopców wprowadzające w świat dziecięcy, bajkowy i odrealniony mogliśmy poznać już podczas indywidualnej wystawy, o której pisałam tutaj, Aleksandra Hońko, artystka łącząca fotografię z malarskim, komiksowym językiem, jej prace przedstawiają kobietę i mężczyznę w wodzie wraz ze wszystkimi deformacjami powstałymi w wyniku ruchu na tafli wody... jej prace również nie były zaskoczeniem, ponieważ jest to chyba jedyna z nauczycielek w naszej szkole, która tak aktywnie uczestniczy w życiu internetowym na facebooku jak i na instagramie. Dzięki temu można oglądać jej prace już w trakcie pracy jak i wyczekiwać efektów końcowych. Na salonie zaprezentowała swoje dwa obrazy. Tuż na wejściu rzucają się w oczy trzy wielkoformatowe prace Zbigniewa Chrostka, mojego nauczyciela rysunku i malarstwa. Jego sztuka charakteryzuje się przedstawieniami bezchmurnego nieba w połączeniu z niebanalnie wykadrowanym starym pojazdem- samochodem, statkiem, czy samochodem. Zauważyć można również mury, ptaki, czasem pojawia się również postać (choć ja nie jestem fanką tych ostatnich^^). Przepiękne, bardzo spokojne, wykonane w tak perfekcyjny sposób. Przejścia tonalne, dobór barw. Patrzenie na te prace to sama przyjemność! Polecam :D Kilka z poprzedniej indywidualnej wystawy możecie zobaczyć w mojej starej notce tutaj. Na koniec oczywiście największa zagadka każdej wystawy- Janusz Kozak. Genialny grafik, który za każdym razem prezentuje coś zupełnie innego i nigdy nie jestem w stanie mentalnie przygotować się na to co mnie czeka. Czasem są to genialne grafiki wiszące w Mjazzdze, później genialna wystawa, w której główną rolę grają świnie i o tym pisałam bardzo bardzo dawno tutaj tym razem zaskoczył przedstawieniem w dość nietypowej kompozycji trzech dosyć małych obrazów przedstawiających małpy. Jak przeczytać można było pod nazwiskiem- technika własna, a prostszym językiem: połączenie chyba totalnie wszystkiego co można było w jedno. I wyszło dobrze, choć zostaję fanką tych innych rzeczy ;) 

Po nauczycielach odnalazłam jeszcze kilku swoich znajomych i mniej znajomych, którym przynajmniej na ulicy mówię cześć lub dzień dobry. Był to Kondrat Kosacz ze swoimi trzema drogami w przepięknych bardzo ozdobnych ramach, które zachwycały mnie chyba najbardziej oraz Miłosz Kulawiak, który na salonie postanowił pokazać trzy pejzaże zimowe ze sztafażami na środku zalewu. Kontrastująca biel śniegu z czernią ludzi, to coś ciekawego, co nie do końca mnie urzekło i zdecydowanie nie tego spodziewałam się po człowieku, który na każdym elbląskim wydarzeniu robi bardzo dobre reporterskie zdjęcia. Ostatnim okazał się Kacper Szalecki, którego widywałam na korytarzu w pijarach, a później miałam lekko większy kontakt przez tą samą pasję. Kacper miał już swoja indywidualną wystawę w Światowidzie i o tym również pisałam (wow, na tym blogu przez te wszystkie lata, to napisałam chyba już o wszystkim ^^) i możecie to zobaczyć tutaj  było to tak dawno, że Magda była jeszcze "koleżanką z Próchnika" na tym blogu hahaha :D Czytając jakieś tam urywki tej mojej dziecięcej wypowiedzi osoby wchodzącej dopiero w świat sztuki widzę, że pisałam o pewnym niedosycie... no cóż. Tym razem była to tylko jedna praca, a zachwyciła mnie na tyle, że uznałam ją za najlepszą podczas całego tego wydarzenia. Zupełnie wyjechana w kosmos technika, dobre wykonanie, po prostu piękne wizualnie, a przy okazji łączyło pewną integracje z widzem poprzez zastosowanie lustra jako płótno. 

Wystawa czynna do 30 czerwca, a pójść naprawdę warto. Poza tym o czym pokrótce Wam opisałam zobaczyć można również m.in. rzeźby, fotografie, film [...] 


Mam taką malutką nadzieję, że za dwa lata będę na tyle świadoma swoich rzeczy i będę robić fajne rzeczy, którymi będę się chciała dzielić, że też się tam pojawię i za dwa lata będę pisać do Was zaproszenie na trzydzieste salony! Dwa lata- ludzie, ile przez ten czas może się stać :D
Buziaki! :*