czwartek, 27 kwietnia 2017

Organek- koncert Mjazzga!

Hejka! :)
Dni lecą jak opętane i całkowicie nie wiem, gdzie podział się czas, który oddzielał mnie od matury. Nagle został już tylko tydzień. Nawet nie! W czwartek wieczorem będę już po polskim- podstawie i rozszerzeniu. Ciężko mi się oswoić z tą wiadomością, tym bardziej, że w momencie, kiedy człowiek uczy się więcej rozumie jak niewiele umie. Na nic własne wojny w głowie i przekonywanie siebie, że przecież zdawałam każdą maturę próbną, do której przystępowałam, a te podobno są trudniejsze. Eh, obawiam się najbardziej tego, że trafi się jakaś lektura z gwiazdką, jak np. "Lalka", którą czytałam kilka lat temu, ale która zupełnie nie weszła mi do głowy... a miałam takie piękne wydanie od wydawnictwa MG, nawet Wam o tym pisałam TUTAJ  . Z utęsknieniem poszukuję w pamięci tych dni, kiedy słyszałam od ludzi, że to jedna z najlepszych lektur w dziejach szkoły każdego ucznia. Ja, jak i moi znajomi na pewno tego nie doświadczyliśmy. I tak z pięknych opowiadań o dobrej lekturze "Lalka" przerodziła się w moją zmorę. Czas przestać się jej bać i zacząć przypominać i wzbraniać się od błędów kardynalnych. Pocieszam się jednak tym, że ta lektura była już chyba rok temu. Nie mogą dawać jej co roku! :D Już z dwojga złego wolałabym tą "Bogurodzicę"^^. Tak sobie właśnie myślę, że pewnie będziecie odbiorcami moich emocji po każdym dniu matur, ale mam nadzieję, że przyda Wam się to na kolejne lata... lub wspomni dawne czasu ;) Jednak dzisiaj nie o maturze! Halo, dajmy trwać jeszcze temu błogiemu tygodniowi. Dzisiaj o koncercie i to nie byle jakim...

Ostatnimi czasy rzadko zdarza mi się poderwać do tańca podczas koncertu w Mjazzdze. Wypada wspomnieć, że ostatnio jestem tam bardzo rzadko, ale to dlatego, że nic mnie już tam nie pociąga. Chyba nigdy nie chodziło o samo miejsce, a o ludzi, których tam spotykałam. Sami starsi, dorośli, poważni ludzie.... i nagle pojawiło się tam więcej moich znajomych, Ci poważni ludzie okazali się mniej poważni ode mnie i bardzo denerwujący. To wszystko skumulowało się do tego, że niegdyś odwiedzane przede mnie miejsce przynajmniej raz w tygodniu urosło do rangi najrzadziej odwiedzanych przeze mnie w całym Elblągu. Seria koncertów, po których żal mi było artystów, którym przytrafiła się tak pechowa publiczność sprawiła, że nie podchodzę już do listy wywieszonych koncertów z tak wielkim entuzjazmem... w sumie nie podchodzę do nich z żadnych entuzjazmem. Nie podchodzę do nich wcale. 

Tym razem miało być tak samo. Koncerty Organka zawsze wymykały mi się z rąk. Raz nawet miałam już w domu bilet, który dostałam na święta, ale w ten sam dzień wypadł mi wyjazd do Pawła i koncert wymieniłam na Łąki łan (najlepszy koncert w moim życiu! Nie żałuję niczego!). Później doszły mnie słuchy, że przyjeżdża z nową płytą, ale bilety rozeszły się zbyt szybko. Zainteresowanie było tak duże, że postanowili zrobić dwa koncerty... ale na ten drugi również brakło jakiegokolwiek miejsca. Odpuściłam. Niepotrzebnie, przecież istnieją zwroty ;) No i po długiej drodze i walce okazało się, że dzisiaj- miesiąc po swoich dwudziestych urodzinach tak a propos- mogłam uczestniczyć w koncercie człowieka, którego uwielbiam słuchać od dnia premiery jego debiutanckiej płyty. Było fenomenalnie!♥ 

Tak wielka energia! Niesamowita muzyka. Idealny głos. Nie umiem wyrazić swojej opinii na temat "pogawędek" z widownią. Na pewno nie toleruje tych samych tekstów na każdym koncercie, ale czy przeszkadza mi, gdy ktoś tylko dziękuje za oklaski? Chyba nie, skoro mój wielki autorytet i muzyczny guru robi to na każdym koncercie. Jednak jeśli ktoś nie gada głupot, mówi konkretnie do osób z konkretnego miasta, to jest to świetne! Organek rozkochał w sobie mjazzgowiczów. Roztańczył i uspokoił. Zrobił tak wiele w ponad godzinę, że wystarczy mi przynajmniej na kilka tygodni... a ja wciąż na nowo mogę zauważać jego twórczość i słuchać jej bez nudów w domu. Był to pierwszy koncert podczas którego zapomniałam totalnie wszystkich słów piosenek! Melodia była tak szybka, wszystko toczyło się jakimś swoim rytmem i niedośpiewanymi końcówkami, ale i tak było pięknie!♥ 

Mój brat tysiąc razy powtarzał mi, że to będzie dobry czas, że wreszcie mam się zdecydować. Jak dobrze, że to się wreszcie wydarzyło! Polecam Wam serdecznie. W aktualnej trasie koncertowej na liście jest niestety tylko jeden koncert DZISIAJ... ale przecież spróbować możecie później, albo w wakacje. Wakacyjne festiwale w całej Polsce, ah- jak ja na Was czekam ♥


Testuje nową pomadkę! :D
Buziaki! ;*

wtorek, 25 kwietnia 2017

wystawa od zaplecza

Hejka! :)
Chciałam do Was napisać cały dzień, ale robiłam bardzo dużo rzeczy, a później pochłonęło mnie zmieniane różnych rzeczy na blogu, co na razie jest tajemnicą, ale oczywiście nie umiem dotrzymać jej tylko dla siebie tak całkowicie... ale powiem Wam, że będzie mega. Tak mega, że chyba umrę ze szczęścia! ♥
Dzisiaj zaczęłam dzień od montowania wystawy dyplomowej w Galerii El- wciąż zapraszam Was na to wydarzenie, ale jest dla mnie arcyważne, a poza tym myślę, że będziecie mogli zobaczyć tam tak wiele, że bardzo warto. Tak więc, Elblążanie, przybywajcie! Galeria ma to do siebie, że jest w niej niesamowicie zimno, ale dzięki temu, że było nas całkiem sporo udało nam się to zrobić całkiem szybko, a ja miałam możliwość zrobienia pysznego obiadu ze... szparagami!♥ Wreszcie są i od wczoraj są moim stałym składnikiem diety. Nie obyło się oczywiście bez szparagów zapiekanych w cieście francuskim, a dziś przyszła kolej na szparagową carbonare. Pycha!

Mocno chciałam dzisiaj do Was napisać, ale jest już zbyt późno na jakieś mądre słowa. Uciekam. Buziaki! :*

czwartek, 20 kwietnia 2017

Lip Marker Golden Rose


Hejka! :)
Wreszcie nadszedł dzień, kiedy w pełni czuję, że moje testy markera do ust dobiegły końca. Z przyjemnością przedstawiam Wam dzisiaj coś co na początku skradło moje serce, a później doszczętnie je do siebie zniechęciło...

Nigdy nie porównywałam siebie do Red Lipstick Monster, dlatego mam niezły zamęt w głowie, kiedy mam tak odmienne zdanie od najlepszej kosmetycznej youtuberki w Polsce. Czemu dzisiaj właśnie o niej wspominam? Ponieważ to właśnie ona zachęciła mnie do zakupu markera do ust. Recenzję RLM możecie zobaczyć TUTAJ. Na yt widziałam, że na ustach nie wygląda aż tak szałowo i na kilka dni o niej zapomniałam, ale kiedy później przechodziłam obok stoiska Golden Rose nie mogłam się oprzeć. Jestem stu procentową fanką matowych produktów do ust i chyba nieodwracalnie uwielbiać będę te z Inglota, jednak pokusa poznawania nowego jest zbyt duża, aby zostać przy tym co mam. Z Inglota posiadam niestety tylko trzy kolory: różowy, bardzo naturalny i jasny czerwony. Z tym ostatnim mam problem, ponieważ jest bardzo radosna i kolorowa, brakuje mi w moim zestawie ciemnej, poważnej, gustownej czerwieni... marker wydał mi się idealny.

Na wstępie od razu powiem, że od produktu, który nie schodzi z dłoni przez cztery dni, a po całym dniu i użyciu preparatów do demakijażu nadal zostaje pewna różnica kolorystyczna wymagam o wiele więcej niż od zwykłych pomadek. Skoro ma być trwałe, podobno wchodzi w usta, to oczekuję od niej nieziemskiego efektu, dzięki któremu przez cały dzień nie czułabym dyskomfortu, ani nie musiałabym latać do lustra na poprawki. 

Produkt po otworzeniu wygląda zupełnie jak marker i robi wrażenie niesamowicie permanentnego, dlatego bardzo się bałam użyć go za pierwszym razem. Tutaj uwaga:jeśli nie jesteś przyzwyczajony do wykonturowywania swoich ust, to najpierw polecam popróbować robić to na innych, bardziej zmazywalnych pomadkach ;) Produkt ma końcówkę, która z jednej strony jest zaostrzona, co niewątpliwie pomaga wyrysować kontury, a z drugiej strony ma płaską część, którą można wypełnić środek. Wszystko ładnie, tylko w praktyce wcale nie jest tak łatwo. Po pierwsze: marker tragicznie wygląda na ustach. Po prostu. Przynajmniej w moim wypadku nie zależało to od tego, czy nałożyłam jedną warstwę, czy kilka. Nie ma możliwości położenia produktu w stu procentach równo. Natomiast jeśli macie popękane usta lub jakieś niedoskonałości na nich (a ma je prawie każdy) to jest to zupełnie nie dla Was. Produkt włazi w te najgorsze miejsca i uwydatnia je- a przecież nakładając pomadkę chcemy je zakryć. Jeśli ktoś ma tendencję do powiększania ust szminką, to nie polecam robić tego tym markerem. Ja bardzo bym się bała efektu "czterodniowego niezbycia"- wczoraj próbowałam kawałek wyjechać i wieczorem nie byłam zadowolona. 

Co z jedzeniem i trwałością? Jeść można i całej szminki zjeść się nie da, ale moim zdaniem produkt nie schodzi w ładny sposób. Bardzo nierównomiernie-przynajmniej w moim wypadku, kiedy mam bardzo wyraźnie zarysowaną górną wargę moje dwa "trójkąty" po jedzeniu zawsze zostawały ciemniejsze :/ Poza tym, kiedy siedzę w domu i bardzo dynamicznie przecieram dłonią usta- nie dzieje się nic, a kiedy nagle gdzieś wyjdę i dotknę ust lekki ślad zostaje zawsze. Co z całowaniem? Teoretycznie jest ona do tego stworzona, ja nie lubię, ale nie dzieje się nic złego... tylko zbiera się ta szminka i złazi. fuj! 

Zmywanie to katorga i trzeba poświęcić czas na siedzenie i zmywanie... a efekt i tak nie będzie zadowalający. Wszystko wchodzi w te niedoskonałości na ustach i zostaje przynajmniej do połowy kolejnego dnia. Usta również mają mocniejszy kolor różowawy, niż normalnie.

Powiedziałam już na tyle złego, że chyba nie potrzeba więcej, ale mimo wszystko dodam ostatnią rzecz. Należę do osób, które nie za bardzo interesują się tym jak patrzą na nią inne osoby. Najważniejsze jest dla mnie to, abym sama ze sobą czuła się świetnie, a z markerem od Golder Rose czuję się okropnie. Poza tym myślę, że nie wyglądam w niej dobrze, z powodu moich bardzo ostrych rysów, gdzie tak ciemny kolor po prostu nie pasuje. No i tyle. Zupełnie nie dla mnie. Wam z całego serca polecam moją miłość- Inglota :) Dzisiaj jadę do Gdańska, więc może uda mi się dorwać gustowną, ciemną czerwoną kredkę do ust, bo w Elblągu niestety nie ma więcej kolorów :<


A Wy macie? Zastanawialiście się nad nią?
Buziaki! :*

środa, 19 kwietnia 2017

Brzuchem do góry


Hejka! :)
Dzisiaj zdjęcie początkowe jest nietypowe, bo jest końcem książki, ale moim zdaniem, aby ją w pełni zrozumieć i aby przypadła Wam do gustu oraz żebyście odnaleźli w niej sens najpierw musicie zapoznać się z tym tekstem. Tak więc kto jedynie przeleciał wzrokiem- teraz jest ten moment, aby wrócić do góry i przeczytać. Jeśli natomiast ktoś już nie może się doczekać jak wygląda ta właściwa, pierwsza okładka, którą zazwyczaj widzi się na początku przed jakimkolwiek zapoznaniem się z treścią, to zapraszam na sam dół- pierwsze zdjęcie po lewej jest właśnie tym czego szukacie. Prawda, że idealna pod każdym względem? :)

W notce będzie mowa o premierze, na którą czekałam baaaaardzo długo. Wreszcie jest i mogę Wam o niej wszystko napisać! :)

Brzuchem do góry to idealny przykład dobrej ilustracji. Wspaniały pomysł na grafiki i idealny dobór gamy barwnej. Jak cudownie ogląda się książkę dla dzieci, w której autorka nie boi się używać czerni! Co więcej- większość stron zawiera czerń nie tylko na elementach, ale całe tło jest wylane właśnie tym kolorem. Typografia zauważalna jest w ilości znikomej, ale nawet bez niej wszystko jest w pełni powiedziane... choć nie ukrywam- ja potrzebowałam trzech długich spotkań, aby zrozumieć czemu tak, a nie inaczej i co w tym wszystkim chodzi. A skoro ja posiadłam taką wiedzę, to z miłą chęcią się nią z Wami podzielę. Cały zamysł jest taki, jak sugeruje tytuł. Brzuchem do góry. Co można robić w takiej pozycji? Wywnioskować możemy, że wszystko! Stać na warcie, iść do sklepu, czy zwiedzać okolicę, a co najciekawsze- wszystko jest w stu procentach prawdziwe ;) Czynności jest trzynaście, a kartek dwa razy więcej. Dlaczego? Ponieważ dwie strony poświęcone są na zilustrowanie czynności, a drugie dwie na to, co widzą dane osoby w pozycji brzuchem do góry. I według mnie to właśnie to sprawia, że książka jest fenomenalna! ♥ Każdą ilustrację charakteryzuje wykorzystanie maksymalnie trzech kolorów, co pięknie wprowadza porządek i spójność. 

Jedynym co mi się nie podoba jest forma złożenia. Po otworzeniu paczki byłam zszokowana prostokątną, bardzo długą formą książki, ale uznałam to za plus. Niestety przy oglądaniu tak genialnych stron ciężko jest się skupić, kiedy środek tak bardzo pożera każdą z nich i nie za bardzo chce dać za wygraną. Papier i tusz jaki został wykorzystany przy stronach również nie jest szczytem moich marzeń. Po trzech spotkaniach już na każdej stronie widać milion moich odcisków- co dopiero gdyby dorwałoby ją dziecko (a dorwie na pewno). Mimo wszystko, jeśli byłyby to jedyne problemy przy książkach, które widzę- byłabym najszczęśliwsza pod słońcem ;) 

Czy warto? Warto bardzo, ponieważ jest to niesamowicie dobra jakościowo książka pod względem wizualnym, graficznym, ilustracyjnym, posiada również swój niebanalny żart, co jest niewątpliwie bardzo na plus. Jest książka zarówno dla dzieci, jak i dla ludzi dorosłych. A przede wszystkim jest małą perełką, która sprawia, że nadal chce mi się mieć książki z Wydawnictwa Dwie Siostry, bo jest to jedynie potwierdzeniem, że za każdym razem wiedzą co robią!♥


Buziaki! :*

wtorek, 18 kwietnia 2017

Robicie to źle! :D

Hejka! :D
Święta, święta i po świętach- któż nie zna tego stwierdzenia? Co roku przeżywam święta coraz pełniej, coraz świadomiej i w coraz większym gronie rodzinnym- co skutkuje większą ilością potraw, ale również większym śmiechem i radością. Od kilku lat te spotkania są również pewnym powrotem do przeszłości, kiedy to ja biegałam po całym domu i bawiłam się z moimi kuzynami. Wydawał mi się wtedy, że nie jest to możliwe, abym kiedykolwiek mogła całą rodzinną NUUUUDNĄ imprezę wysiedzieć przy stole z dorosłymi. Yyyy? Nigdy! I nagle to się dzieje. Nie uciekam do pokoju i nie bawię się z młodszymi.Spędzam czas z rodziną, a to wydaje mi się pełnym przeżyciem tego czasu.

Tak samo jak kiedyś nie wyobrażałam sobie spędzać czasu z całą rodziną przy stole, przy którym teraz odkrywam niesamowite więzi i połączenie z tymi wszystkimi piętnastoma osobami, tak samo kilka lat temu nie wyobrażałam sobie, żebym kiedykolwiek w święta przeżywała coś więcej prócz bólu po przepełnionym brzuchu (w tym roku poczułam również ból po oparzeniu całej dłoni!). Nagle stoję tu gdzie stoję i wiem, że całe życie mogłabym oddać Jemu, że Jemu zawierzam swoje życie i cieszę się każdym dniem historii życia Jezusa jak i odczuwam ogromny ból i jego cierpienie podczas męki. Wielkanoc to czas refleksji. Czas postu, który ma nas umartwiać.Ej, przecież to jest na maksa mądre! Nie dość, że możemy poświecić w tym część siebie, to jeszcze po wielkim smutku zawsze przychodzi większa radość!♥ ZMARTWYCHWSTANIE czujecie co?! On zmartwychwstał. Umarł. Poszedł po wszystkich, którzy mu zawierzyli, ale umarli przed nim i wybawił ich! Przeprowadził ich do bram Nieba. Czekali, bo tylko On mógł zmartwychwstać pierwszy.

Niebo!♥ Dla mnie rzecz tak pełna i jeszcze tak bardzo niepojęta w mojej wyobraźni. Uwielbiam pomysł na ten świat. Uwielbiam wszystko co jest związane z tym "po", jak i tym w "trakcie". Ileż my możemy zrobić dobra na tym świecie! Jak bardzo możemy kochać. Szanować. Cieszyć się. Jak dobrze, że potrafimy odczuwać również smutek, tęsknotę i troskę. Dzięki temu dobre rzeczy wracają do nas ze zdwojoną siłą. Na ziemi znudzilibyśmy się permanentnym szczęściem- nam tutaj się nudzi wszystko! A wyobrażacie sobie, że w Niebie nic nigdy nam się nie znudzi? Żadne dobro! Każdy będzie dobry! I każdy będzie kochał każdego. WOW! ♥ Będziemy mogli podejść do Jezusa i powiedzieć mu: "Siema!". 

Święta się skończyły, ale to przecież nie o święta chodzi. Chodzi o miłość. Miłość do Miłości najczystszej i największej- do tej, która stworzyła wszystko! Możesz uwierzyć dzisiaj lub jutro. Możesz to zrobić nawet za dziesięć lat i przeżyć wreszcie święta, gdzie po dwóch dniach jedzenia nie powiesz, że już po nich. Stwierdzisz, że to dopiero początek świętowania i zalążek Nieba. Ej, mam nadzieję, że uda nam się wszystkim zobaczyć w tym dobrym miejscu! :)


A ja aktualnie przeżywam dylematy. Miejscowości. Przyszłości. Kierunki. Fajne to! :D
Powiem Wam niedługo tak dużo, że umrzecie ze szczęścia. Ja na pewno!♥
Buziaki! :*

piątek, 14 kwietnia 2017

dyplom od strony roboczej


Hejka! :)
Jak pewnie możecie się domyślić mój dyplom nie od razu wyglądał tak dobrze jak pod koniec. Przeszłam z nim wiele burzliwych wojen, aby dojść do punktu, w którym byłam z niego zadowolona. Dzisiejszy post już nie będzie taki piękny. Będzie brudny i postaram się chociaż trochę przedstawić Wam jak to wszystko wyglądało i jak wiele zdobyłam dzięki wykonywaniu tej pracy.

Na swój dyplom zaczęłam poświęcać swoje życie już od listopada. Pierwszym ruchem było wykonanie zdjęć mojej Babci, co przyniosło ze sobą również wiele niesamowicie wartościowych i ważnych dla mnie rozmów. Czasami mówię Wam, że Aniela i Martyna są moimi ulubionymi modelkami, ale zawsze jest w tym cień kłamstwa, o którym przypominam sobie dopiero wtedy kiedy przed swoim obiektywem mam szanowną Panią Stasię, która po jednym zdjęciu sprawia, że zakochuję się w niej na nowo i wystarczy mi jedno naciśnięcie spustu migawki, aby stwierdzić, że mam wszystko czego chciałam. W ciągu swojego dyplomu miałam przyjemność fotografować sześć Kobiet, dzięki którym stworzyłam coś fenomenalnego! Bardzo intymna sytuacja, w którą weszłam wraz z moimi bohaterkami książki spowodowała niesamowicie dużą otwartość na tematy, które później pozwoliły stworzyć mi teksty. Okazało się, że był to jedyny element, który od początku został bez zmian. Każde zdjęcie, które ze świadomością wybrałam już na początku zostało do końca i nadal jestem w nich zakochana (i nie tylko ja, jak się okazało!). Dzięki pracy dyplomowej stworzyłam portfolio, które jest bardzo dobre i jestem świadoma jego wartości. Dzisiaj stworzyłam okładkę do albumu, w którym znajdują się zdjęcia (jest stary, z czarnymi kartkami i pergaminem- cudo!♥). Jest to również temat, który prawdopodobnie nigdy mi się nie znudzi i chcę go pociągnąć dalej, o wiele dalej- mam nadzieję, że mi się uda i będę mogła niedługo z dumą o tym pisać. Oczywiście odcinam się już całkowicie od materiału, który stworzyłam i robię coś nowego! :) Szczerze się Wam przyznam, że trochę mam już dość tych wszędzie walających się zrastrowanych zdjęć. Miałam jedno na mojej kratce przy biurku, ale potrzebowałam je zdjąć i chociaż na chwilę zapomnieć o tym wszystkim.


Napisanie tekstów okazało się dla mnie banalnie łatwe. Nie spodziewałam się, że aż tak. Najdziwniejsze było to, że przez kilka miesięcy wydawało mi się, że nie są fajne i będę musiała pisać je od początku. Jednak kiedy wróciłam do nich po czasie okazało się, że są świetne i wymagają jedynie przepisania na czysto, na strony książki. Wypłynęło to całkowicie ze mnie i sądzę, że też dlatego z taką łatwością przyszło mi wykonanie zdjęć Kobietom. Byłam przygotowana już na co poniektóre kadry i, choć w trakcie zdjęć to bardzo ewoluowało, to jednak było mi bardzo dobrze, kiedy przychodziłam na zdjęcia i od razu wiedziałam czego chcę :) Teksty są o naturalności, są o kobietach, o mojej mamie, o typach ludzi i problemach z jakimi w dzisiejszym świecie muszą się zmierzyć Odkryte. Jest o pięknie, jest o naturalności. Jest o mnie. Jest o wszystkim czego potrzebowałam. Jest po prostu pięknie! :)


Jednym z ważniejszych kroków w procesie tworzenia mojej pracy było stworzenie swego rodzaju pudełka ze wszystkim co z dyplomem związane. W praktyce okazało się, ze dyplom zawładnął każdą moją powierzchnię, ale większość mimo wszystko znajdywała się tam. Nie uwierzycie jakie szczęście sprawiło mi wywalenie go na śmietnik po wszystkim. Mój pokój jakby od razu odzyskał swój spokój i porządek, a pod stołem jest o wiele ładniej^^ 


Książka miała być o wiele grubsza. No wiecie, jakoś tak lepiej się patrzy na coś co ma 300 stron niż 10. Oczywiście aż o takim rozgraniczeniu nie było mowy, ale chciałam żeby było tam jak najwięcej. Podczas pewnych wagarów (bo jak wiadomo to właśnie wtedy człowiek ma najwięcej siły i chęci do pracy- ja wtedy mam najbardziej ochotę na grafiki, serio^^) stworzyłam totalnie wszystko co chciałam tam zawrzeć. Jednak po dłuższym rozważaniu stwierdziłam, że bardzo graficzne i żartobliwe strony odbiorą charakteru mojej książce. Zredukowałam liczbę stron. Zostałam jedynie przy kobietach i jestem z tego powodu bardzo zadowolona! Sama strona okładkowa przechodziła chyba wszystkie możliwe etapy. Od takiej rysunkowej, przez cienkopis, farbę, aż na końcu został sam bardzo estetyczny font, z którym do czynienia mamy przez wszystkie strony.


I chyba najgorszym na świecie było ogarnięcie stron- tak aby były one odpowiednie do druku dwustronnego, żeby ładnie się zginały i tworzyły piękną, estetyczną całość. Moja książka ewoluowała od całkiem małej poprzez perfekcyjnie idealną w formacie znaczka pocztowego, aż do odpowiednich rozmiarów. Takich, które istnieją teraz.


Jaki już Wam wspominałam problem z drukarniami w Elblągu jest kosmiczny. Mi jednak udało się znaleźć drukarnie idealną, ale w Gdyni. Na szczęście nie było problemu z komunikacją i uwierzcie, że wszystkie moje wydruki były przepięknie matowe i bardzo dobre jakościowo! Zamówiłam od nich naklejki samoprzylepne, strony książek, wiatraki, plansze i pocztówki. Pocztówki to majstersztyk!♥ Jeśli kogoś by interesowało, to jest to ksero serwis. Mają bardzo, ale to baaaardzo niezachęcającą stronę internetową, ale wydruki robią najlepsze! Także jakby coś ktoś to TUTAJ


buziaki! :*

czwartek, 13 kwietnia 2017

Zikkurat, czyli jak skończyłam Liceum Plastyczne


No witam Was serdecznie! :)
Jeśli znaleźliście się właśnie dzisiaj na moim blogu, to pewnie zżera Was ciekawość co i jak z moim dyplomem artystycznym, który kończył moją edukację w Liceum Plastycznym. Mój dzisiejszy dzień był bardzo długi i skończył się dopiero teraz, dlatego tak późno post się pojawia- ale jednak! Dotrzymałam obietnicy, którą złożyłam już dawno temu. Na początek trochę o tych przyjemniejszych rzeczach, czyli dniu dzisiejszym, który swoją drogą zawsze byłby ciekawszy niż teoria z historii sztuki, ale nie byłabym sobą, gdybym na fioletowym-sercu nie wspomniała o czymś co złamało mi serce^^ Właśnie przejrzałam wszystkie foldery, w których miałam coś na temat dyplomu oraz wszystkie konwersacje na facebooku z ludźmi, którym spamowałam o moim dyplomie od początku roku szkolnego. A więc do dzieła!


W 2013 roku postanowiłam, że Liceum Plastycznym, które wybiorę będzie to w Gronowie Górnym. Nikt z nas nie za bardzo wiedział czym różni się reklama wizualna od technik graficznych, tym bardziej, że sami nauczyciele mówili, że nie ma to większego znaczenie, dlatego jakoś tak na chybił-trafił zdecydowałam się na techniki, już nawet nie pamiętam dlaczego. Bogu tylko mogę dziękować, że nie było wtedy specjalizacji takiej jak fotografia, bo ślepo bym tam pobiegła i nie rozwinęła się w żadnym kierunku. Te cztery lata w Liceum pokazały mi jak wielki krok w swoim rozwoju zrobiłam wybierając właśnie grafikę. Jestem pewna, że nie odnalazłabym się w estetyce drugiej grupy. Uwielbiałam wszelkiego rodzaju linoryty, suche igły, sito, czy cyfrowe plakaty. Nie wyobrażam sobie tych czterech lat bez czarnych rąk od farb i tej całej brudnej roboty, z którą była związana grafika warsztatowa. Gdybym mogła w takich zajęciach uczestniczyć bez szkoły, bez ocen, to niewątpliwie przychodziłabym tam do końca życia! :D Zajęcia z naszym nauczycielem niewątpliwie spowodowały, że to właśnie w taki sposób postrzegam sztukę i taką sztukę chcę tworzyć. Jestem szczęśliwa, że udało mi się być w miejscu, w którym się znalazłam... ale przecież- nic nie dzieje się przypadkiem. Ten u góry wiedział co robić. Dobrze, że wiedział! Przez trzy lata edukacji podziwiałam dyplomy artystyczne, które w mojej opinii są zupełnie nierozerwalną częścią uczęszczania do tego rodzaju szkoły, z Magdą wiedziałyśmy, że przystępując do obrony każdy jest już w pewien sposób ukształtowany i niewątpliwie bardzo, ale to bardzo dojrzały w swojej twórczości- przecież dyplomy to zawsze cuda nad cudami! Przyszedł moment i na nas. Po wakacjach wróciliśmy z pełnymi bateriami i niesamowitą chęcią do działania. Zapieraliśmy się rękami i nogami, że przecież nie postąpimy tak jak inne roczniki i na pewno nasze dyplomy skończone będą dwa miesiące przed ostatecznym terminem. Wyszło jak wyszło... czyli z planów nie wyszło nic, ale dyplomy dzisiaj dobiegły końca i z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że jestem z siebie dumna. Jestem dumna z siebie jak i z całej mojej klasy, która pokazała swoją dojrzałość, talent i niewątpliwie są to jedne z najlepszych ba! z całą pewnością są to najlepsze dyplomy w historii tej szkoły. Genialne plakaty do filmów, książki, biżuteria, oprawa graficzna płyty z autorską muzyką, czy nieziemskie plakaty odnośnie uzależnień. Wszystko to sprawiło, że nawet jeżeli mieliśmy kryzysy i po cichu nikt w nas nie wierzył, to wykonaliśmy swoje zadanie i jest się czym chwalić! ♥ Ale spokojnie, nie o mojej klasie przecież tutaj mowa. Czas przejść do sedna sprawy i przedstawić mój dyplom artystyczny.


Tematem mojej pracy dyplomowej od początku miała być naturalność oparta na podstawie Kobiety. Na początku jedynie z estetycznej potrzeby zrobienia czegoś dobrego i niewymuszonego wraz z połączeniem fotografii zdecydowałam się na cykl plakatów promujących naturalność. Z perspektywy czasu jestem przeszczęśliwa, że nie zdecydowałam się na ten krok, bo już wtedy miałam problem z podpięciem pomysłu pod jakąkolwiek kampanię, czy grafikę użytkową. I tutaj należy się pokłon w stronę fioletowego-serca. Jeśli ktokolwiek powie mi, że prowadzenie tej strony nie ma sensu, to nigdy się z tym nie zgodzę. Pomijając już te wszystkie dodatnie elementy, które w moim życiu tworzą coś genialnego- zaczynając od wspaniałych ludzi, których poznałam, a na zapasie książek na kolejne trzy lata kończąc stało się to, czego nigdy w życiu bym się nie spodziewała. To właśnie ten blog i jakieś tam zauważalne gdzie nie gdzie co jakiś czas moich umiejętności swobodnego pisania (hohoho) sprawiły, że powstał pomysł napisania książki, a może nie tyle napisania, co opracowania graficznego swoich własnych tekstów. No i temat gotowy! Nie spodziewałam się, że w wieku dwudziestu lat będę mogła poszczycić się napisaniem swojej książki oraz przede wszystkim opracowaniem jej i własnoręcznym złożeniem (co okazało się nie lada wyzwaniem). 

W swojej pracy wykorzystałam zrastrowane zdjęcia półaktów Kobiet w ich naturalnym środowisku jakim jest ich własne mieszkanie. Wygląd pomieszczenia nie był wcześniej narzucony, to konkretna Kobieta decydowała jak przyjmie mnie oraz mój obiektyw. Dla mnie najważniejsze było, aby bohaterki moich zdjęć były bez makijażu. Chciałam uchwycić jak największą naturalność. Wykorzystałam efekt rastra przede wszystkim po to, aby nadać mojej pracy lepszego efektu graficznego, ale również chciałam w pewien sposób zasłonić Kobiety, stworzyć cienką kurtynę, dzięki której mogły czuć się bezpiecznie. Odbiorca potrzebował poświęcić większą część swojego czasu na rozszyfrowanie fotografii i dopatrzenia się sensu zdjęcia. Jest to forma czytelna, ale nienachalna.

Kontrowersyjny, jak się okazało, pomysł na tytuł książki od początku był dokładnie przemyślany. Ta. ma dwa znaczenia- jedno, oczywiste ta-ona-kobieta, natomiast tym, które interesuje mnie najbardziej jest swego rodzaju pyskówka: "ta, jasne", co puszczać miało lekkie oko do odbiorcy, który żyje w świecie, gdzie naturalność nie jest niczym pożądanym. Ta. miało być jakby pierwszym słowem, które nasuwa się na myśl po stwierdzeniu, że naturalność jest dobra.

Gadżetami promującymi książkę stały się pocztówki ze zdjęciami Kobiet w dwóch wariantach- z rastrem i bez. Pierścień scalający cały zestaw został wykonany z materiału, który pochodzi z recyklingu, co również łączy się w całość z tematem mojej pracy. Zostały one wydrukowane na kartonie.
Natomiast moim drugim gadżetem jest wiatrak. Z jednej strony bardzo infantylny przedmiot nabiera powagi przy głębszym zapoznaniu się z elementami znajdującymi się na nim. Tutaj również wykorzystałam grafikę, która jest charakterystyczna dla moje pracy dyplomowej. Zdecydowałam się na niego z powodu w jaki wiatrak wprowadzany jest w ruch. Jest do tego użyty naturalny powiew wiatru lub własna naturalna siła.

Poniżej zobaczyć możecie również kilka zdjęć promocyjnych, gdzie tytuł nabiera jeszcze głębszego znaczenia. Inspirowane one były instagramowymi zdjęciami, którym sprzeciwiam się już na pierwszych stronach mojej książki. Idealne śniadanie w łóżku,wykreowany idealny poranek.... i naturalność? Miał powstać swego rodzaju kontrast, ale z drugiej strony przez wykonanie estetycznych zdjęć zgodnych z panującą modą uznałam, że mogłaby ona zachęcić o wiele więcej osób do jej przeczytania, co spowodować mogło różne refleksje oraz promowanie naturalności.

Podsumowując (tę pierwszą część notki) stwierdzam, że dzisiejszy dzień był najprzyjemniejszym dniem w ciągu całej mojej edukacji życiowej i jest mi niezmiernie miło, że to wszystko się już skończyło i że mogę teraz w spokoju przywracać swój dom do wyglądu sprzed kilku miesięcy- bez żadnych kartonów, składanych książek, walających się wszędzie okładek, wiatraków i zdjęć. Już dzisiaj wypełniłam swoją misję darcia próbnych wydruków, które nie wyszły. Oh, jak było miło! :D Dzisiaj jednak nie pokażę procesu twórczego, dzisiaj zostanę przy tej bardziej oficjalnej części, natomiast jutro przejdę do tej brudnej roboty i pokażę Wam choć trochę od zaplecza. Swój dyplom z technik graficznych obroniłam na ocenę CELUJĄCĄ, a jeśli ciekawi Was jak wygląda w środku (z oczywistych względów nie mogę jej tu publikować, jednak poza zdjęciami dla mnie bardziej intymne są moje teksty, które chcę zostawić jedynie w ramach książki- a swoje zdjęcie z chęcią bym Wam pokazała, bo uważam, że jest genialne i oddaje cały mój charakter. Myślę, że za 30 lat to będzie coś cudownego móc wrócić do tak prawdziwych zdjęć!♥) moja książka i czy wiatraki rzeczywiście się kręcą- co zapraszam Was wszystkich bardzo serdecznie 28 kwietnia o godzinie 16.00 do Galerii El, gdzie będą wystawiane nasze dyplomy! :) 

Bardzo chciałam zrobić piękne zdjęcia na bloga podczas moje obrony, ale byłam tak zestresowana, że te kilka zdjęć przed moją wielką chwilą nie wyszły, a ISO nastawione miałam chyba na miliard! Co ten stres robi z człowiekiem ^^

chwilę przed obroną:

 koszula: Medicine KLIK | spódnica: sh+praca własna | ulubione obcasy: H&M

chwilę po obronie:

 koszula: Medicine KLIK | spódnica: sh+praca własna | ulubione baleriny: H&M

I jeszcze na koniec kilka słów o dniu poprzednim, czyli najgorszym scenariuszu jaki mogłam sobie wymarzyć... i o Bogu, którego tak ciężko odnaleźć w trudnych chwilach. Kto chce niech czyta, kto już ma dość tak wielkiej ilości słów, dziękuję za uwagę i zapraszam jutro! :D

Wiecie jak to jest, kiedy nastawicie się na coś bardzo negatywnie... nie ma bata, żebyście zmienili do tego nastawienie. Miałam tak z Zikkuratem- mezopotamska architektura, o której powiedzieć można tak niewiele, że chyba nawet nie warto zaczynać, przynajmniej ja zawsze wychodziłam z tego założenia... do czasu. Od czterech lat z Magdą śmiałyśmy się, że najgorsze co może stać się na dyplomie z historii sztuki jest wylosowanie Zikkuratu. Śmiałyśmy się z tego nawet w nocy przed egzaminem. W życiu by mi do głowy nie przyszło, aby choć spojrzeć na tą budowlę przy gorliwej nauce trwającej ponad tydzień. Oglądałam różne obrazy, analizowałam je w głowie, architektura, rzeźba, oczywiście pytania, których bałam się najbardziej i prezentacja na temat wybranego wydarzenia artystycznego- wszystko to wskazywało na sukces.... Poza tym cudem udało mi się z Magdą zdobyć intencję na calutką mszę, modliłam się z uporem maniaka w każdej możliwej wolnej sekundzie swojego tygodnia, aż wreszcie zaufałam i stwierdziłam: "Tak się modle, tak jest super, kurcze, przecież Bóg wie czego potrzebuję. Tu mi podpowie, tu mi dobrze wybierze. Na pewno dostanę pytanie o pop-art, a do analizy swoją ukochaną dadaistyczną pracę pt. "Młoda Panna rozebrana przez swych kawalerów jednak"- szóstka murowana, a moje szczęście w gratisie i duma z siebie na całe życie no i wiadomo +100 do wiary, bo przecież skoro Bóg taki dobry to nie opłaca się nie wierzyć! Weszłam. Wylosowałam.
Zikkurat. 
....
Nie wiem jakim cudem, ale udało mi się nie zwracać jakiejkolwiek uwagi na dzieło do zanalizowania. Jestem pewna, że gdybym chociaż przez chwilę spojrzała na nie, to wybiegłabym z sali bez zbędnego użalania się nad sobą- po prostu- niektórzy mają pecha, nie każdy musi zdać dyplom. Mnie jednak coś pchało i mówiło: "spokojniutko, rób sobie pierwsze pytanie- przecież chciałaś je wylosować (nie, to nie był pop-art, ale symbolika we wczesnochrześcijańskie, która również była przyjemna), później zrób sobie spokojnie plan na prezentację i niczym się nie przejmuj. Czas się skończył. Usiadłam naprzeciwko komisji... i nagle z niewyjaśnionych względów ogromny piorun strzelił w ziemię. Można? Można. A więc Zikkurat...

I co w takim momencie? Przecież zamówiłam msze! Przecież się modliłam! Boże, jak ja Cię prosiłam! A Bóg co? Znów pstryknął mi palcem w nos... Ah, ten Bóg.
A WCALE NIEPRAWDA! Oczywiście, był czas na płacz (bardzo dużo płaczu), był czas na smutek i zdenerwowanie... ale później przyszedł czas na analizowanie. Nic nie poszło mi dobrze, bo wciąż w głowie miałam nieuchronne nadejście analizy architektury, ale mimo wszystko Bóg był w każdej sekundzie tej strasznej tragedii i pomagał mi w małych rzeczach, których nie musiałam zauważyć. A jednak zauważyłam (to również łaska). Objawił się w niesamowitej komisji, która pomagała mi w mojej okropnej sytuacji jak mogła. Objawił się w spokoju, który był we mnie przez pierwsze minuty egzaminu. Był w tej dziwnej pogodzie. Był podczas wybierania pytania i pewnie nawet podczas wyboru dzieła sztuki... był wszędzie chociaż tak trudno było mi go zobaczyć na pierwszy rzut oka. Bóg nie jest wróżką, nie będzie spełniał każdego naszego życzenia, nawet jeśli wydaje nam się, że niesie w sobie jedynie dobro. No tak już jest, ale moja wiara podniosła się do poziomu dziesiątego. Tak sobie myślę, że skoro nie znienawidziłam Go za ten Zikkurat, to już nigdy nie znienawidzę ^^ Amen!

Buziaki! :*

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

W kręgu księżniczki

Hejka! :)
Dzisiaj szybko, ponieważ czeka mnie jeszcze ostatnia prosta przed jutrzejszym egzaminem z historii sztuki. Niby nie jestem zestresowana, ale wiem, że jutro będzie kosmos, dlatego nie przedłużając chciałam Wam dzisiaj przedstawić książkę, która była ze mną przez te kilka ostatnich dni.

Jean Sasson, to autorka, z którą miałam już wcześniej kontakt podczas czytania "Wybory Jasminy" i byłam zachwycona, choć bardzo zszokowana brutalnością z jaką są traktowane dziewczyny w tamtych rejonach świata. Dlatego wiedziałam już na co się szykować przy książce "W kręgu księżniczki", ale i tak zostałam zaskoczona. Dlaczego? Pierwszy raz w życiu zastanawiałam się, czy oryginał na pewno ma taki sam wydźwięk jak polska, przetłumaczona wersja. Nie wiem, czy to mój język literacki przeszedł metamorfozę, ale nie spodziewam się, żeby Jean Sasson nagle zaczęła pisać w tak prosty i niezbyt dobry sposób. Niewątpliwie wpływ na moją ocenę ma sam wygląd książki. Białe kartki z dość dużymi, niestandardowymi literami powoduje, że w moich oczach już coś zgrzyta. Jestem przyzwyczajona do dość małych liter oraz lekko pożółkłego papieru. Kiedyś wydawało mi się to bardzo nieprofesjonalne i nieatrakcyjne, ale teraz wiem (jako stały czytelnik), że jest to o wiele praktyczniejsze i milsze dla oczu. Śnieżno biały papier i większa ilość punktów w foncie automatycznie nasuwa skojarzenia z książką dla dzieci, która zaczyna uczyć się czytać no i tu pojawia się kolejny czynnik- język! Zdania krótkie, nierozbudowane i jakby całkiem nieprzemyślane pod względem literatury. Spisana opowieść dana do druku. Dziwiło mnie to przez wszystkie strony "W kręgu księżniczki", ale...

Jest to książka, która niewątpliwie jest warta polecenia, ponieważ w tym wypadku nie wystarcza skupić się na walorach literackich, ale przede wszystkim edukacyjnych! Ja jako kobieta nie mam zupełnie nic przeciwko otwieraniu drzwi przez mężczyznę, płaceniu za kolację, czy kupowaniu kwiatów. Uwielbiam być adorowana i nie tnę sobie żył, kiedy nie jestem w stanie poradzić sobie z jakimś problemem w strefie typowo męskiej tj. elektryka, czy technologia. Jestem w tym naprawdę kiepska, choć wiem, że są kobiety, które radzą sobie z tym nieziemsko- chwała im za to. Znam swoją wartość i wiem, że choć w wielu kwestiach nie mogę poradzić sobie sama, to mężczyzna również znajduje teremy swojego życia, w których czuje się obco. Wszystko zachodzi w symbiozie i jest genialnie. Jedyne czego nienawidzę to chamstwa w stosunku do kobiet. Mam na to alergię i umiem wyłapać każdą nawet najmniejszą rzecz wśród mężczyzn, którzy źle traktują kobiety. Kobiety w naszej strefie geograficznej, choć mogą narzekać, nie wydaje mi się żeby musiały to robić. Mamy naprawdę dobrze, ale póki nie ma porównania każdy wynajdzie sytuacje, w których to na pewno on ma najgorzej. To pierwszy argument za sięgnięciem za tą książką i wszystkimi innymi o tej tematyce. Poza tym warto wiedzieć, warto rozprzestrzeniać takie informacje, aby świat nie był głuchy na wołanie tych kobiet.

Mimo wszystko książka, co mnie zaszokowało, choć skupia dużą uwagę na buncie bohaterki przeciwko złemu traktowaniu kobiet w Arabii Saudyjskiej, pokazuje również, że niektórym z nich się udało stworzyć przepiękne, kochające się małżeństwa. Było to bardzo budujące, kiedy bohaterka opisywała jak bardzo kochają się z mężem, a co najważniejsze, jak duży szacunek jej okazuje, a co za tym idzie daje jej również swobodę w wielu kwestiach. Dzięki tak dobrej sytuacji narratora książki możemy zobaczyć życie muzułmanek z zupełnie innej perspektywy. Nie są one ofiarami, a ich mężowie starają się dogodzić im jak tylko umieją. Dochodziły mnie już od dawna bardzo wyraźne słuchy o tym, że muzułmanie są niebotycznie bogaci, ale uwierzcie, że nigdy nie przypuszczałabym, że aż tak! 

Podsumowując, choć nie znoszę, kiedy literatura nie idzie w parze z dobrym językiem, to jednak w tym wypadku jestem bardzo zadowolona z możliwości przeczytania tej książki. Was taka możliwość czeka już od środy, bo właśnie wtedy książka będzie miała swoją premierę :) Ostatnio dostałam propozycję stworzenia konkursu z tą książką, dlatego jeśli bylibyście zainteresowani, to piszcie mi o tym w komentarzach, bo nie wiem, czy jest sens :)


Buziaki! :*

niedziela, 9 kwietnia 2017

niedzielne inspiracje


Witajcie! :)
Po pierwsze, nie wiem co się stało, czy to zasługa słońca, czy mojego nastawienia, ale przez te kilka dni zauważam powrót wielu moich stałych niegdyś czytelników i aż serce mi podskakuje, kiedy widzę Wasze komentarze. Jak świetnie, że jesteście. Dziękuję! :) Po drugie, rzadko kiedy jestem zadowolona z moich niedzielnych inspiracji na tym blogu, ale dzisiaj niewątpliwie będą bardzo dobre, bo chyba jakiś czas temu znalazłam odpowiednią formułę jak to wszystko powinno wyglądać. Przedstawiam Wam dzisiaj siedem moich inspiracji ostatniego czasu są one prze prze prze wspaniałe i bardzo serdecznie Wam nie polecam. Kilka z nich będę chciała rozszerzyć w osobnych notkach- dlatego dzisiaj tylko wzmianki, ale jeśli Was zainteresuje, to zaglądajcie codziennie, bo posty już niedługo. Systematyczna Karolina pełna energii powróciła! :) Bez zbędnego gadania- zaczynamy! :)


1. NIEDZIELA PALMOWA! Zacznę od największego hardkora, bo chyba nie umiałabym umieścić tego pod szminkami i ciuszkami. Hierarchia wartości moi mili. Taka jest moje. A więc: dzisiaj jest niedziela i nie jest to zwykła niedziela. Dzisiejszym dniem wchodzimy w okres Wielkiego Tygodnia, a jest co świętować i nad czym ubolewać. Dla mnie święta wielkanocne nigdy nie były czymś fajnym. Zawsze były za krótkie i oczywiście bez tej świątecznej magii ze śniegiem i świętym mikołajem. Króliczek? Jakiś taki biedny, z czekoladowymi jajeczkami jedynie. Jeden obiad, polewanie wodą, jakieś tam żarciki przez cały dzień. Wszystko fajnie, ale co z tego. No właśnie nic! Jeśli w świętach nie ma Boga, to nie ma niczego. Komercyjność świąt jest tak banalna i tak nudząca! Pewnie, że jestem osobą, która uwielbia dostawać prezenty. Jestem też osobą, która uwielbia je dawać. Uwielbiam wszystko co związane z obrzędami wigilijnymi... ale jeszcze bardziej uwielbiam pasterkę, uwielbiam w tym wszystkim Jezusa i to jak bardzo łączy wtedy moją rodzinę. Jednak Boże Narodzenie to nic w porównaniu z tym co stanie się dokładnie za tydzień i dzieje się w sercach ludzi wierzących co roku. Zmartwychwstanie. Ah, ludzie! ZMARTWYCHWSTANIE! Urodzony z prawdziwej, żywej Kobiety- człowiek. Mężczyzna. Umrze, a po trzech dniach zmartwychwstanie. W ciągu tego Wielkiego Tygodnia objawi się cała tajemnica ludzi wierzących. Dlatego wierzymy. Właśnie to jest cały klucz do wiary. Ufamy, bo wiemy JESTEŚMY PEWNI, że poza tym co jest tutaj jest coś więcej, o wiele więcej. Tak więcej, że nie da się tego opisać! Cudowne najwięcej! ♥ I gdybym kilka lat temu nie podjęła decyzji o pójściu na Triduum Paschalne nigdy bym nie doświadczyła tego, co czuję teraz. Większość ludzi może pomyśleć, że przecież to głupota, bo jak można dobrowolnie wytrzymać w kościele trzy wieczory, a ostatniego nawet całą noc!? Też zadawałam sobie te pytania. Nawet kiedy zdecydowałam się na uczestniczenie w dwóch Wielkich Dniach nie zdecydowałam się na ten trzeci. Kosztowało mnie to dwóch lat namysłu, aż wreszcie kilka lat temu zrobiłam to. I to było najcudowniejsze co mogło się stać. W noc. W noc, gdy wszyscy walczą przez wiele godzin ze snem nagle pojawia się wszechogarniająca radość, bo On właśnie zmartwychwstał! Jest radość, są oklaski, nagle każdy staje się dla siebie bliski, bo jest pewny, że niedługo i jego to spotka. Ah! Nawet jeśli nie macie w tym roku odwali pójść do spowiedzi. Może wahacie się, bo nie byliście tam kilka lat- to nic! Spróbujcie. Uczestniczcie w Triduum. Znajdźcie Kościół, który spełni Wasze oczekiwania emocjonalne w ciągu tych dni (ja znalazłam i nie jest to moja parafia, nie w tym wypadku, choć w każdym innym tak:)) Uczestniczcie w tym, a łaska przyjdzie sama. Nie w tym roku, to w następnym. Najważniejszy jest wkładany trud, a uwierzcie, że warto. Warto jak nie wiem co! :) A teraz przechodzę do tych materialnych już bardzo normalnych rzeczy:


2. PORTFEL- to chyba jeden z najtrudniejszych wyborów podczas moich wyborów za każdym razem. Kiedy już przyzwyczaję się do jakiegoś portfela, to bardzo trudno jest mi zdecydować się na nowy, a nawet jeśli wpadnę na ten pomysł, to pojawia się problem w znalezieniu dobrego. Najchętniej kupiłbym taki sam tylko nowy... ale zazwyczaj mam go tyle lat, że nie ma już takiej możliwości! ^^ Mój poprzedni pochodził ze sklepu Stradivarius i na początku choć wizualnie mi się podobał, to wydawał mi się najbardziej niewygodnym portfelem życia. Z biegiem czasu przyzwyczaiłam się do niego i bardzo pokochałam. Od kilku miesięcy szukałam czegoś nowego, bo opłakany stan mojego portfela w kwiatki wołał o pomstę do nieba. Nic nie było w moim guście, a nie chciałam zaopatrywać się znów w jakieś kwiatki dla nastolatek (tak, trochę już staram się być kobietą^^). Szukałam, szukałam, szukałam aż znalazłam idealny! Na nieszczęście byłam na zakupach z moim chłopakiem, który uznał, że jest słaby. Ja jako nigdy niezdecydowana potulnie odłożyłam rzecz na półeczkę i o nim zapomniałam. Aż do dzisiaj, kiedy to mój stary portfel w ramach "renowacji w zacisznym domu" zepsuł się doszczętnie. Nagle przypomniałam sobie moją wielką miłość do tego, który podobno był "słaby" i od razu po mszy (prawie z palmą w ręku^^) pobiegłam do Medicine. Obawiałam się, że nie będzie już go w sklepie, dlatego szybko sprawdziłam, czy w razie "w" będę miała możliwość zamówienia go przez internet. Miałam! Dlatego szybko podlinkuję go wam TUTAJ, gdybyście również chcieli się w niego zaopatrzyć. Na szczęście ja swój znalazłam stacjonarnie i mogę się nim cieszyć! A najchętniej to cały czas bym go otwierała i zamykała^^ Wykonany ze skóry ekologicznej w takim mhy... fioletowo-brązowym (?) kolorze. Bardzo duży i oryginalny. Z przegródką na karty oraz zamkiem, gdzie w kieszonce można trzymać monety. Spokojnie zmieści się do niego również telefon, więc czasem może zastępować nawet torebkę, a na pewno niezawodny będzie podczas szybkich wypadków do sklepu po mleko. Z racji bardzo elastycznego wykonania podejmę nawet ryzyko zapewnienia Was, że klucze też się zmieszczą!:D Dla mnie cudo idealne. Idealny kolor, idealna wielkość,pojemność i wpasowuje się fantastycznie w mój nowy dziwny styl o którym pewnie niedługo więcej :D


3. ZEGAREK- jak już pewnie wiecie, albo nie wiecie 27 marca skończyłam dwadzieścia lat. Mocne słowa. Tym bardziej, kiedy orientuję się, że ludzie młodsi ode mnie dwa lata stają się w tym roku pełnoletni hahahha. W każdym razie- na okazję jakże przełomowych urodzin (bez przesady^^) w prezencie dostałam zegarem. Nie będę Wam go linkować, bo nie chcę wchodzić i sprawdzać rachunków za mój prezent na stronie ^^ Jednak jeśli chcecie sprawdzić sobie sami, to jest to firma Bering. Mój zegarek jest wykonany ze skóry i kolorze dość ciemnego brązu z delikatnie złotą obwolutą tarczy. Sama tarcza jest biała, a na niej nie ma cyfr, tylko kropki oraz napis firmy. Prezentuje się niesamowicie gustownie i minimalistycznie. Pasuje zarówno do sukienki wieczorowej, jak i na co dzień. Idealnie wpasowuje się do każdej mojej stylizacji, a zwłaszcza do mojego wiosenno- letniego płaszczyku♥ Co najciekawsze i najlepsze w nim, to to, że jest wodoodporny. Nigdy nie spodziewałabym się, że coś tak eleganckiego może być również tak bardzo funkcjonalne. Przerzucenie się na takie cudo, po przedziwnych zegarkach z motylkami, gumowymi zielonymi wielkimi gówienkami i przeplatankami za pięćdziesiąt złoty z H&M uwierzcie, że czuję się dojrzale hahahha :D Dopełnia każdą moją stylizację! I jeszcze tak na koniec- tak jak wspominałam wyżej, zegarem wykonany jest ze skóry, więc musi minąć mniej więcej tydzień żeby zegarem wpasował się w Waszą rękę i współistniał z nią, a nie był odrębnym elementem. Ja płakałam, nie chciałam go nosić i uważałam to za zło koniecznie, ale już po kilku dniach nie mogłam wyobrazić sobie dnia bez niego. Serio. Strasznie dziwne, ale fajne! :)


4. MARKER DO UST- ostatnio poszukiwałam jakiejś bardzo mocno czerwonej matowej pomadki do ust. Szukałam i szukałam, ale w Elblągu Inglot jest tragicznie zaopatrzony w moje ukochane matowe kredki do ust i niestety innej czerwieni niż ta, którą posiadam nie mieli. Tak więc szukałam szukałam szukałam i w Golden Rose znalazłam marker. Jest to tak dziwny produkt, że testuję go codziennie (co pewnie mogliście zauważyć) i zapamiętuje co i jak się z nią dzieję. Już niedługo opowiem Wam o tym więcej w osobnym poście. Bądźcie czujni, bo to naprawdę dziwne! :D


54. BÓG W WIELKIM MIEŚCIE- nie ma opcji (!) inspiracje bez książki nie pojawią się nigdy w życiu, już możecie sobie to zanotować. Kocham książki, inspirują mnie każdego dnia i nie wyobrażam sobie życia bez nich. W postach niedzielnych pojawiać się będą książki, których zazwyczaj nie będę recenzować w osobnych postach, bo nie starczyłoby mi życia gdybym miała pisać obszerne notki na temat każdej książki która wpadnie w moje ręce. Tak więc- Bóg w wielkim mieście. Zacznę od tego, że to książka idealna dla każdego, kto lubi trochę piękna wydawniczego. Za oprawę graficzną zabrała się Magdalena Grabowska- Wacławek, znana szerzej jako Bovska (piosenkarka Kaktusa, o której kiedyś pisałam TUTAJ) i wyszło jej to naprawdę świetnie! Katarzyna Olubińska natomiast zabrała się za środek... a właściwie zdecydowanie co z bloga znajdzie się w książce. I całkowicie nie uważam żeby to było coś złego. Uwielbiam kupować książki blogerów, którzy mają coś bardzo sensownego do powiedzenia. Dlaczego? Skoro mogę przeczytać to w internecie ZA DARMO! Moi mili, nie zawsze chodzi o to, aby było najtaniej. Warto czasami (najlepiej zawsze) docenić pracę jaką wkładają fantastyczni ludzie w to, aby nam pomóc np. z wiarą. Po drugie- nawet kiedy chcę się zmusić, kiedy staram się być na bieżąco z blogami- nigdy mi to nie wychodzi! A tak mam książkę i o wiele przyjemniej, piękniej i cudowniej spędza mi się wtedy czas. Nie ważne jak byłaby gruba, moje oczy się nie buntują i chcą czytać :) Jednak gdybym stwierdziła, że jest tu tylko to co na blogu, to niewątpliwie bym skłamała. Znajdują się tutaj również rozdziały pisane przez Panią Kasię stricte do książki, a przede wszystkim- dla mnie najważniejsze w książkach o wierze- już na pierwszych stronach znaleźć można świadectwo autorki Boga w wielkim mieście. Dla tych co bloga nie znają: poza rozdziałami skierowanymi na Katarzynę Olubińską znaleźć można również bardzo ciekawe wywiady ze znanymi ludźmi, którzy odnaleźli Boga. Stąd właśnie ten Bóg w "wielkim mieście". Arcyciekawe i warte polecenia. Myślę, że dla siebie cudowne, a kupienie na prezent jeszcze lepsze, a jakie piękne! ;) Polecam.


6. KUCHNIA ROŚLINNA DLA KAŻDEGO- jak wiecie jestem wielką fanką bloga Eryka, który wymyśla banalnie proste, ale przepyszne przepisy na dania wegańskie. To od niego uczyłam się tego wszystkiego, co jadłam w tamtym roku przez mój wegański miesiąc i nadal stosuję w swojej kuchni. Jakiś czas temu dowiedziałam się, że wreszcie będzie książka i nie mogłam odmówić sobie przyjemności posiadania jej. Wolna jestem dopiero od poprzedniego piątku, a że czas ten wykorzystuję na historię sztuki, to niestety nie miałam jeszcze okazji zrobić z niej czegokolwiek, ale przejrzałam już całą wzdłuż i wszerz i spokojnie mogę Wam powiedzieć o niej kilka słów. Znów jest prosto i z łatwo dostępnych składników (tak, daktyle są łatwo dostępne. Wystarczy iść do sklepu, tak jak zawsze- serio). Byłam przekonana, że książka będzie pięknie wydana i oprawiona przepięknymi zdjęciami (tak jak sam blog). Nie myliłam się w ani jednym procencie. Rewelacyjny wydruk, grube kartki, piękne zdjęcia... aż chce się na nowo zostać weganinem i być skazanym na przesiadywanie w kuchni połowy swojego życia (przynajmniej mój weganizm tak wyglądał, ale mówię to w jak najbardziej pozytywnym sensie). Jestem jak najbardziej na tak, ale jak mogło być inaczej!? :D


7. KOSZULA- ostatnio byłam w niej na zdjęciu z notki w piątek i zbudziła niemałe zadowolenie. Powiem Wam w sekrecie, że wzbudza zawsze, bo jest po prostu genialna! :) Pochodzi ze sklepu Medicine KLIK i pasuje dosłownie do wszystkiego. Na elegancką kolację do spódnicy (miałam ją do białej spódnicy do kolana z czarnymi obcasami 10 cm i było genialnie!) jak również do zwykłych spodni (pewnie ten zegarek dodaje szyku za każdym razem hahah^^). Swego czasu miałam dość duży bunt przeciwko tej marce, ponieważ co wchodziłam, to zupełnie nic mi nie pasowało! Na szczęście jakiś czas temu w Gdańsku (może jest po prostu lepiej zaopatrzony) kupiłam sobie chyba pięć sztuk cudownych rzeczy i w każdej uwielbiam chodzić. Stały się moimi ulubionymi rzeczami, co spowodowało, że teraz wchodzę tam o wiele chętniej i często znajduję coś dla siebie. Koszula jest w dwóch wariantach kolorystycznych- zielonej i białej, obydwie z czarnym linearnym rysunkiem budynków. Jest przewspaniała!:) Ten punk zwiastuje w najbliższej przyszłości post o mojej zmianie w szafie, o której mówiłam Wam jakiś czas temu. Chcę podjąć ten temat, bo jest dość obszerny i myślę, że wiele z nas boryka się w pewnym momencie życia z problemem chodzenia w trzech ulubionych rzeczach, chociaż szafa jest przepełniona. Okazuje się jednak, że to nie są już ciuchy dla nas i może warto się z nimi pożegnać. Już niedługo powiem Wam jak ja sobie z tym poradziłam i pokażę Wam moje ulubione nowe ubrania! :) Myślę, że będzie ekstra.

No to tyle. Jestem bardzo zadowolona, że zajęło mi to jedynie godzinę i jeszcze spokojnie zdążę na misterium:) Buziaki! :*

sobota, 8 kwietnia 2017

sobota

Hej hej hej! :)
Dzisiaj było takie ładne słońce! Po załatwieniu kilku spraw po południu miałam okazję wyjść na długi spacer i byłam zachwycona. Uwielbiam piękną pogodę i robi ze mną niesamowite rzeczy! :) Jednak później zrezygnować musiałam z korzystania z prezentu pogody na rzecz historii sztuki! Nie spodziewałam się, że nauka może być tak przyjemna... i niby mogłabym mówić, że mogłam zabrać się za to wcześniej, ale dokładnie wiem, że wcześniej nie miałam zupełnie czasu. Tak więc wykorzystuję ten czas teraz i niewątpliwie gdybym nie była z tego odpytywana w bardzo stresującej sytuacji byłabym przeszczęśliwa hahahhaa :D

Znowu dodaje Wam dzisiaj zdjęcie sprzed chwili, ponieważ mam teraz wystarczająco dużo czasu żeby wyglądać jakkolwiek dobrze i dopiero po zrobieniu zdjęcia zobaczyłam jak długie mam włosy! Na pewno pamiętacie jak długo płakałam za moimi włosami, czasami dredami- no i wreszcie zaczynają wyglądać tak jak miały! :) Powróciłam do swojego starego zakupu odżywki do loków, której sumiennie teraz używam. Z racji tego, że moja recenzja jej pojawiła się już ładnych parę lat temu stwierdziłam, że dobrym pomysłem będzie napisanie jej od nowa. Także teraz ją testuję i myślę, że za miesiąc napiszę Wam co i jak. Chociaż tak naprawdę napisać mogłabym już dzisiaj, bo zmiana jest niesamowita! Jednak wprowadzam dużo zmian na moim blogu i cierpię nad tym, ale chcę żeby można było znaleźć tu rzetelne informacje na różne tematy- dlatego będę testować trochę dłużej kosmetyki i nie będę dodawać postów w wielkich emocjach od razu po pierwszym wykorzystaniu^^ Tak samo robię z markerem do ust. Taaaaa, kupiłam go. testuję codziennie (co możecie zauważyć) i ... nadal nie wiem co z nią O.o Przedziwny produkt, ale o tym już niedługo! 

Idę uczyć się historii. Wam życzę miłego wieczoru i buziaczki! :*


Buziaki! :*

piątek, 7 kwietnia 2017

etap I- szkoła skończona!

Hejka! :)
Dodałam post z tym samym tytułem już kilka dni temu, ale niestety mój komputer w ostatnim czasie był w opłakanym stanie i niestety coś się zepsuło, wyłączył się internet i post się nie dodał- nawet nie został zapisany. Wkurzyłam się tak mono, że na kilka dni postanowiłam zapomnieć o blogu i wrócić tu dopiero jak już mi przejdzie. Teraz widzę, że to miało sens, bo dzisiejszy, niby ten sam post, będzie o wiele fajniejszy! :) Po pierwsze wtedy post pisałam po dziewięciu godzinach nauki do dyplomu z historii sztuki i kiedy próbowałam zrobić sobie jakiekolwiek zdjęcie wyglądałam na dziewczynę, która nie przespała dziesięciu nocy- uwierzcie, że nie chcielibyście tego oglądać, a co by nie mówić- notki przystrojone jedynie nic nieznaczącym obrazkiem są jakieś bez duszy. Lubię jak widzicie mnie piszącą post... a przynajmniej uśmiechającą się do Was. Tak więc przed chwilą coś mnie podkusiło, zrobiłam zdjęcie i stwierdziłam, że to będzie dobry czas na napisanie Wam kilku słów od siebie odnośnie tego co w moim życiu się zmieniło, co się stało i jak jest fajnie! :)

Wszem i wobec ogłaszam, że skończył się czas mojego wszechobecnego narzekania! Po tytule postu możecie już wywnioskować dlaczego. Skończyłam szkołę! Na razie jedynie liceum ogólnokształcące. Mogę przystąpić do matury i spokojnie iść na studia uf! Dzięki temu zyskałam niesamowicie dużo czasu, niesamowitą swobodę i chęć do robienia wszystkiego czego tylko dusza zapragnie. Jednak zdrowy rozsądek podpowiada mi się, że warto jeszcze poczekać z tym luzem i na razie siedzieć w książkach. Czemu? Ponieważ w najbliższy wtorek przystępuję do (o zgrozo!) ustnego dyplomu z historii sztuki, a dzień później bronię swojej pracy dyplomowej przed komisją. W środę będę już wiedziała z jakim rezultatem skończę Liceum Plastyczne i mam nadzieję, że będę zadowolona. Jednak na razie wymaga to ode mnie jeszcze trochę pracy. Od zawsze wiedziałam, że jestem osobą zadaniową, ale objawia mi się to dopiero w momencie, kiedy mam nóż na gardle. Miałam cały rok, ale w momencie kiedy został mi tydzień zabrałam się do roboty. Chyba nie jestem wyjątkiem? ;) Wszystko na szczęście jest na dobrej drodze i mam nadzieję, że się uda, a w środę po południu będę najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi! ♥

Nawet nie zdajecie sobie sprawy jakie to cudowne nie mieć w głowie już tak wielu myśli o tym co powinnam, a czego nie robię. Teraz mam spokój, chociaż po woli już narasta we mnie strach przed bardzo ważnymi dla mnie dwoma dniami w następnym tygodniu, ale to dobrze. Taki stres jest odpowiedni. Jednak ta swoboda wstawania o której mam ochotę, siedzenia w kuchni (wreszcie mam czas na gotowanie dobrych rzeczy!), sprzątania pokoju i chodzenia na spacery jest odprężająca :) Życzę Wam serdecznie tak okropnego czasu, żebyście później mogli cieszyć się najprostszymi rzeczami każdego dnia. Z każdego dołka można wyjść obronną ręką! Uf, dobrze, że mi się udało! :D Teraz będzie tylko lepiej. Serio! ;)


Buziaki! :)