sobota, 20 maja 2017

Gdańsk

Hejka! :D
Gdybym nie zdecydowała się na redukcje kategorii dla Waszego komfortu wyszukiwania poszczególnych rzeczy, to pewnie ten post rozpoczynałby dział pod tytułem WAKACJE 2017. Tak, Moi Mili, rozpoczęłam wczoraj swoje najdłuższe wakacje... nie tylko ze względu na maturę, ale również na to, że przez kolejny rok nie będę chodzić do szkoły w sposób standardowy. Słów o tym o wiele więcej już w czerwcu, ale na razie chciałam Wam tylko dać sygnał, że nawet jak nie zdam matury, to to nie jest koniec świata hahaha. Teraz i tak mam inne plany... a jeśli już nawiązałam do matury, to ostatnio dostałam komentarz, że mam coś napisać o maturach ustnych- a proszę bardzo. Wczoraj miałam maturę ustną z języka angielskiego, było to zdecydowanie najbardziej stresujące doświadczenie w moim życiu. Jeszcze w ojczystym, uwielbianym przeze mnie języku mogę mówić o czymkolwiek, ale w momencie kiedy muszę odpowiedzieć nawet na najgłupszą i najprostszą rzecz w języku angielskim i na dodatek jestem poddawana ocenie- to jest mój koniec! Podobno mój angielski jest na wysokim poziomie, tak mówi kobieta, z którą konwersuję raz na tydzień przez dwa tygodnie o czymkolwiek. Tylko wtedy się nie stresuję. Kiedy włącza mi się lampka, że jest mocno oficjalnie lub w otoczeniu znajduje się ktoś dobrze mi znany- koniec. Pamiętam, że kilka lat temu jadąc tramwajem właśnie w okresie maturalnym usłyszałam jak dziewczyna przez telefon mówi, że jej przyjaciółka nieprzyszła na maturę ustną z angielskiego, bo tak się bała. Przez te kilka lat widziałam siebie właśnie w takiej sytuacji. Cud, że w ogóle się tam zjawiłam! ^^ Było dobrze, procenty mówią same za siebie... ale ja nie lubię czuć się głupio, a przynajmniej nie lubię czuć się niemądra. Mimo wszystko dobrze, że było to zaledwie piętnaście minut. Komisja była niesamowicie miła, pomagała, dopingowała i pierwsze pytania startowe były naprawdę super. Mogłam powiedzieć, to co chciałam bez zbędnych, sztucznych scenariuszy... później było gorzej, ale ok. Ustne matury, to najbardziej stresujące egzaminy w ciągu całego maja, jednak są one o dziwo (!) najprostsze. Podczas kontaktu z osobą, która chce Ci pomóc zawsze jest jakoś łatwiej. Z ustnego polskiego w naszej szkole nie było chyba nikogo, kto nie przekroczyłby progu 70%, więc wow! Tak więc apel: wiem, że będziecie się stresować (ludzie, którzy mają to jeszcze przed sobą), ale pamiętajcie, że jest to proste i nic wam nie grozi :D A komisja się uśmiecha i jest miła- serio! Myślałam, że to niemożliwe :o

Kończąc ten przydługi wstęp przejdę od razu do tych moich przewspaniałych wakacji. Nawet nie wiecie jak się cieszę, że nie muszę jeździć na sankach, bo do tego było niedaleko. Hahhahaha. Kiedy z Magdą zobaczyłyśmy śnieg za oknem jeszcze w maju byłyśmy przerażone. Przecież tyle planów, tyle chęci wystawiania nosa w słońce. Na szczęście jest. W mojej naturze jest podróżowanie. Nie wyobrażam sobie tego nie robić. Nawet tak mała zmiana jak Gdańsk na pierwszy rzut była dobra. Oderwanie się od wszystkiego i totalnie wyłączenie zbędnych elementów przeszkadzających w odpoczynku spowodowały, że nawet pobudka o siódmej rano nie jest mi straszna! :D Jeszcze trochę nie dochodzi do mnie to, że mogę po prostu wyjechać w Bieszczady i zupełnie nie przejmować się tym, co zastanę po powrocie. Ludzie, mam spokój, szóstkę z dyplomu, sto procent z ustnego polskiego i najdłuższy odpoczynek na świecie- uwierzcie, że jestem najszczęśliwszą dziewczyną na świecie i mam zamiar ogłosić to całemu światu i zobaczycie, że tak będzie! :D Także Chwała Panu i do dzieła! :D


Buziaki! :*
ps jeśli na nogach mam japonki, a spodnie są kolorowe, to znaczy, że wakacje zaczęły się pełną parą! :D
I jeśli już o ubiorze mowa, to spodnie (jedne z moich ulubionych) pochodzą z Reserved i mówiłam o nich kiedyś TUTAJ... jak niby miałam w planach być bardziej modowa na blogu. eh ^^ Myślę, że ta forma, w jakiej teraz informuje Was o ciuchach jest przyjaźniejsza dla mnie i nie narzuca mi nienaturalnego toku myślenia.
ps 2 jak ktoś wszedł w podany link i zobaczył torbę, którą prezentowałam, to oczywiście wywaliłam ją już dawno, pierwsze kroki z maszyną do szycia zawsze są ciężkie ^^ Teraz robię już same piękne rzeczy!♥ Na przykład swoje materiały z polskimi warzywami zamieniam w plecaki, które pokazywałam Wam TU

czwartek, 18 maja 2017

Czarny charakter

Hejka!:)
Dzisiaj spełniam się w roli domowego fotografa. Czekałam na tę chwilę od pół roku, ale wciąż brakowało mi czasu, a gdy tylko znajdowałam czas była zima, więc od razu robiło się ciemno.... teraz do dziewiętnastej jest przepiękne światło, a ja mogę czerpać z niego całymi garściami! ♥ Jakież to jest fantastyczne. Kto nie zaznał takiego braku nigdy go nie doceni. Cieszę się ze wszystkich takich swoich trudnych chwil w fotografii, później doceniam wszystko. Wszystko! Doceniam przede wszystkim ten czas. Jutro czeka mnie jeszcze ostatnia matura ustna z angielskiego, a później hulaj dusza. Jednak już teraz odczuwam ten spokój. Nie należę do osób, które przepadają za nauką, wiec mój czas przed egzaminem dojrzałości był totalnie spokojny. Stres pojawiał się jedynie w dniu chwilę przed daną sytuacją. Bardzo to ważne, ponieważ dzięki temu maj jest dla mnie niesamowicie przyjemny i nie odczuwam tego okropnego tonięcia w książkach, o którym mówili mi starsi znajomi, czy rodzina. Jak dobrze!♥ Dzięki temu, że mam czas mam również chęć na książki i wypełniam ją po brzegi! Dzisiaj o jednej z nich. 

Czarny charakter, to bez dwóch zdań bardzo, ale to bardzo interesująca książka. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że jest najbardziej brutalną historią o jakiej kiedykolwiek czytałam. Na początku próbowałam znajdować tam język Tarantino, za którym przepadam, jednak im bliżej środka tym bardziej zdawałam sobie sprawę, że nie ma to sensu. Bez jakiegokolwiek żartu, nawiązywań do amerykańskiej kultury i zbyt obfitego rozlewu krwi nie wyglądało to dobrze. Historia, która zawarta jest w książce opowiada o wojnie- jest to jeden z jej elementów. Oczywiście, każda książka o wojnie jest brutalna, jednak ta to już apogeum wszystkiego! Autorem jest młody chłopiec, z którym przeżywamy większość jego życia. Poznaje on swojego przyjaciela i wraz z nim przeżywa wszelkiego rodzaju przygody... ale nie, nie są to zwykłe zabawy dwóch małych chłopców. Wychowali się oni w złym środowisku, przepełnionym przemocą i śmiercią. Taki sposób życia był dla nich całkowicie naturalny i nie widzieli innej drogi swojego życia. Narrator nie oszczędza szczegółowym opisów śmierci, czy tortur. Jest szczery z odbiorcą i w tym chyba cały problem. 

Interesujące jest również ukazanie wojny. Ze strony pokrzywdzonych, którzy wcześniej krzywdzili. Aż wstyd się przyznać, ale nigdy wcześniej nie myślałam o złoczyńcach podczas wojny, zawsze wydawało mi się, że dotyczy to jedynie uczciwych ludzi, bo tylko tacy w tamtych czasach żyli. Ah, jak zwykle porzuciłam swój zdrowy rozsądek i historię odbierałam jedynie z perspektywy kultury, którą mi serwowano. Ciężko było mi zmienić zdanie, ciężko było mi odnaleźć się w tym środowisku. Sztachniak próbował w jak najlepszy sposób przedstawić realia tamtego świata używając nawet słownictwa z tamtych czasów i wciąż zastanawiam się, czy był to dobry pomysł. Przypisy zawsze sprawiają mi duży problem, bo podczas śledzenia tekstu linijka po linijce wyłamanie się nagle z tego schematu zawsze jest dla mnie niewygodne. Zazwyczaj zdarza się to kilka razy na całą książkę... tym razem było to kilka razy na STRONĘ. Niewygodne i niezbyt sympatyczne. Nie podobało mi się to, chociaż zamysł w pełni zrozumiały. Jednak to nie film, książka posługuje się innymi prawami :)

Chyba właśnie to wpływało na moje dziwne stanie w rozkroku podczas czytania tej książki. Jedna strona mówiła mi jaka wspaniała jest ta historia i jak interesująca, z drugiej strony jednak bardzo męczyłam się czytając i chciałam jak najszybciej skończyć i zacząć czytać coś innego. Może lżejszego? Może po prostu pisane językiem i szykiem zdań do którego przywykłam? Mimo wszystko jestem bardzo zadowolona ze spędzonych dni z Czarnym charakterem i z przyjemnością mogę Wam ją polecić :)


Buziaki! :*

niedziela, 14 maja 2017

29 salon elbląski


Hejka! :)
No widzicie jak to łatwo można przywyknąć do dziwnych rzeczy, których z pozoru nigdy się nie zrobi? Co ten blog robi z człowiekiem! Kiedy w Liverpoolu miałam zapozować do zdjęcia w galerii sztuki myślałam, że oszaleję. Kiedy wchodzę obcować ze sztuką w określonym dla  niej miejscu wyłączam telefon żeby współistnieć, chociaż przez małą chwilę tylko z nią...a tu nagle na potrzeby notek, bloga, Was, pozuję na środku galerii do zdjęcia. Na razie nie jest to dla mnie naturalne, ale uwierzcie, kiedyś będzie najlepiej i będą ładne hahahha :D W każdym razie, dzisiaj przecież nie o moich zdjęciach, a o wydarzeniu, które dla elbląskich artystów jest chyba jednym z ważniejszych. Z miłą chęcią przedstawię Wam dzisiaj artystów, moją opinię, ale przede wszystkim powiem Wam co to w ogóle jest ten nasz salon.

Salon elbląski, to biennale, czyli impreza artystyczna odbywająca się co dwa lata. Pierwszy salon miał miejsce pięćdziesiąt osiem lat temu, czyli w 1959 roku- tak na logikę, bo nigdzie nie znalazłam tych informacji, ale w tym roku jesteśmy światkami już dwudziestej dziewiątej edycji! Zadaniem wystawy jest przedstawienie artystów związanych z Elblągiem. Mogą oni w nim mieszkać, pochodzić z niego lub być z nim związanym w jakiś inny sposób. Oczywiście z racji miejsca i wysokiej pozycji muszą to być ludzie związani ze sztuką bardziej niż tylko przez pasję. Wystawienie swoich prac jest dobrowolne i potrzeba do tego zgłoszenia jakie oferuje Galeria El. W tegorocznej edycji wzięło udział aż czterdzieści trzech artystów, co spowodowało, że prace owładnęły całą przestrzeń. Prace znaleźć można zarówno w głównej sali wystawienniczej, jak i w laboratorium oraz na dwóch pietrach, gdzie moim zdaniem najlepiej można odbierać sztukę. Jest tam naturalne światło, jest jasno, przejrzyście, czysto. Białe ścianki, które za każdym razem ustawiane są w trochę inny sposób nadają świeżości i są zupełnym oderwaniem od wystawy poniżej, gdzie tłem zawsze jest historyczna cegła. Tutaj może zapalić się Wam lampka, a ja szybciutko odpowiadam na pytania- niestety, z racji tego, że salony są tak obszerne nie było już miejsca na wystawę naszym dyplomów, ale wiem, ze wiele z Was było i później pisaliście mi przepiękne wiadomości- dlatego dzięki! :D 

Wśród artystów znaleźli się również nauczyciele Liceum Plastycznego w Gronowie Górnym (to tak również a propos mojego wcześniejszego postu, w którym informowałam Was, że są oni bardzo aktywni artystycznie i warto przed pójściem do szkoły zainteresować się ich twórczością w internecie. A PO CO! Teraz macie możliwość obejrzenia ich na żywo, do czego serdecznie zapraszam!♥). Jest to: Roma Jaruszewska, której trzy, bardzo syntetyczne i pastelowe prace przedstawiające dwóch małych chłopców wprowadzające w świat dziecięcy, bajkowy i odrealniony mogliśmy poznać już podczas indywidualnej wystawy, o której pisałam tutaj, Aleksandra Hońko, artystka łącząca fotografię z malarskim, komiksowym językiem, jej prace przedstawiają kobietę i mężczyznę w wodzie wraz ze wszystkimi deformacjami powstałymi w wyniku ruchu na tafli wody... jej prace również nie były zaskoczeniem, ponieważ jest to chyba jedyna z nauczycielek w naszej szkole, która tak aktywnie uczestniczy w życiu internetowym na facebooku jak i na instagramie. Dzięki temu można oglądać jej prace już w trakcie pracy jak i wyczekiwać efektów końcowych. Na salonie zaprezentowała swoje dwa obrazy. Tuż na wejściu rzucają się w oczy trzy wielkoformatowe prace Zbigniewa Chrostka, mojego nauczyciela rysunku i malarstwa. Jego sztuka charakteryzuje się przedstawieniami bezchmurnego nieba w połączeniu z niebanalnie wykadrowanym starym pojazdem- samochodem, statkiem, czy samochodem. Zauważyć można również mury, ptaki, czasem pojawia się również postać (choć ja nie jestem fanką tych ostatnich^^). Przepiękne, bardzo spokojne, wykonane w tak perfekcyjny sposób. Przejścia tonalne, dobór barw. Patrzenie na te prace to sama przyjemność! Polecam :D Kilka z poprzedniej indywidualnej wystawy możecie zobaczyć w mojej starej notce tutaj. Na koniec oczywiście największa zagadka każdej wystawy- Janusz Kozak. Genialny grafik, który za każdym razem prezentuje coś zupełnie innego i nigdy nie jestem w stanie mentalnie przygotować się na to co mnie czeka. Czasem są to genialne grafiki wiszące w Mjazzdze, później genialna wystawa, w której główną rolę grają świnie i o tym pisałam bardzo bardzo dawno tutaj tym razem zaskoczył przedstawieniem w dość nietypowej kompozycji trzech dosyć małych obrazów przedstawiających małpy. Jak przeczytać można było pod nazwiskiem- technika własna, a prostszym językiem: połączenie chyba totalnie wszystkiego co można było w jedno. I wyszło dobrze, choć zostaję fanką tych innych rzeczy ;) 

Po nauczycielach odnalazłam jeszcze kilku swoich znajomych i mniej znajomych, którym przynajmniej na ulicy mówię cześć lub dzień dobry. Był to Kondrat Kosacz ze swoimi trzema drogami w przepięknych bardzo ozdobnych ramach, które zachwycały mnie chyba najbardziej oraz Miłosz Kulawiak, który na salonie postanowił pokazać trzy pejzaże zimowe ze sztafażami na środku zalewu. Kontrastująca biel śniegu z czernią ludzi, to coś ciekawego, co nie do końca mnie urzekło i zdecydowanie nie tego spodziewałam się po człowieku, który na każdym elbląskim wydarzeniu robi bardzo dobre reporterskie zdjęcia. Ostatnim okazał się Kacper Szalecki, którego widywałam na korytarzu w pijarach, a później miałam lekko większy kontakt przez tą samą pasję. Kacper miał już swoja indywidualną wystawę w Światowidzie i o tym również pisałam (wow, na tym blogu przez te wszystkie lata, to napisałam chyba już o wszystkim ^^) i możecie to zobaczyć tutaj  było to tak dawno, że Magda była jeszcze "koleżanką z Próchnika" na tym blogu hahaha :D Czytając jakieś tam urywki tej mojej dziecięcej wypowiedzi osoby wchodzącej dopiero w świat sztuki widzę, że pisałam o pewnym niedosycie... no cóż. Tym razem była to tylko jedna praca, a zachwyciła mnie na tyle, że uznałam ją za najlepszą podczas całego tego wydarzenia. Zupełnie wyjechana w kosmos technika, dobre wykonanie, po prostu piękne wizualnie, a przy okazji łączyło pewną integracje z widzem poprzez zastosowanie lustra jako płótno. 

Wystawa czynna do 30 czerwca, a pójść naprawdę warto. Poza tym o czym pokrótce Wam opisałam zobaczyć można również m.in. rzeźby, fotografie, film [...] 


Mam taką malutką nadzieję, że za dwa lata będę na tyle świadoma swoich rzeczy i będę robić fajne rzeczy, którymi będę się chciała dzielić, że też się tam pojawię i za dwa lata będę pisać do Was zaproszenie na trzydzieste salony! Dwa lata- ludzie, ile przez ten czas może się stać :D
Buziaki! :*

piątek, 12 maja 2017

Liceum Plastyczne- warto?

Dzisiaj będzie długo. Dzisiaj będą sentymenty. Dzisiaj przedstawię Wam kawał mojej historii, ale dzisiaj przede wszystkim przekonam Was, że Liceum Plastyczne,to najlepszy wybór jakiego możecie dokonać w swoim życiu! :D Dla tych, którzy czytają mojego bloga od przynajmniej czterech lat pewnie ten post nie jest potrzebny, bo moje życie codzienne i notki z tego czasu są najlepszym świadectwem tego jak było. Skończyło się, a więc można ubarwiać i jestem przekonana, że w mojej świadomości zostały już tylko dobre wspomnienia, jednak dzisiaj postaram się być bardzo obiektywna! Pamiętać wszystko co mi się nie podobało,ale przede wszystkim przedstawić Wam wszystkie plusy, których w plastyku od groma. Będzie dużo zdjęć i mam nadzieję, że pomogę Wam w wyborze. Dlaczego tak? Bo od czterech lat moją skrzynkę mailową zalewa fala próśb pt. "pomóż mi, nie wiem czy plastyk to dobry wybór". Zawsze odpisywałam tak samo, a dzisiaj zrobię to ultra szczegółowo! :D


Moje Liceum Plastyczne mieściło się w Gronowie Górnym pod Elblągiem i musicie moje słowa brać przez sito, ponieważ nie wiem co dzieje się w innych plastykach- mogę mówić jedynie o tym i o moim doświadczeniu. Siłą rzeczy namawiać będę Was właśnie na to liceum, bo jest najlepsze na świecie! :D A wiec: liceum plastyczne w Gronowie Górnym organizuje dni otwarte. Zdjęcie powyżej pochodzi właśnie z dnia, w którym pierwszy raz z Magdą pojechałyśmy, zobaczyłyśmy i się zakochałyśmy. Miejsce magiczne. Bardzo mała szkoła, wszystkie pomieszczenia jak pokoje w domu. Wszyscy nauczyciele młodzi, bardzo weseli. Uczniowie niesamowicie radości i bardzo życzliwi. Pani, która oprowadzała nas po szkole mówiła, że Pani Dyrektor jest otwarta również na naszą inwencję twórczą i jest opcja składania projektów i zmieniania szkoły na lepsze (czyt. malowanie fajnych rzeczy na schodach lub ścianach). W praktyce? Wszystko się zgadzało! Dla mnie dni otwarte to był chyba najlepszy dzień w tej szkole- było cudownie!♥ Kilka słów o tym dniu możecie przeczytać tutaj i rzeczywiście nas zapamiętali (to tak odnośnie do notki tamtej) a zakończeniu roku Pani Dyrektor mówiła o naszych kapeluszach hahahah :D Jednak jeśli nie zdążyliście być na dniach otwartych, to nic straconego. Wystarczy przyjść i zwiedzić, serio. A jeśli kogokolwiek spytacie na przerwie o cokolwiek, to z miłą chęcią Wam odpowiedzą! Mogę za to poświadczyć, a to bardzo ważne, bo ostatnio byłam na ASP w Gdańsku i nikt się nawet do mnie nie uśmiechnął- no cóż.... dorosłość. Dlatego warto iść, sprawdzić, zobaczyć. (poza tym dni otwarte są w soboty, a wtedy uczniowie muszą przychodzić do szkoły, chociaż wcale nie chcą i mają inny humor niż tak na co dzień ^^) 


Aby dostać się do Liceum Plastycznego w Gronowie Górnym (ale również do jakiegokolwiek innego w Polsce) trzeba podejść do egzaminu wstępnego, podczas którego trzeba: narysować, namalować, wyrzeźbić i przystąpić do rozmowy wstępnej z naciskiem na aspekty artystyczne. Jest stres, dlatego polecam Wam przychodzenie na zajęcia dla gimnazjalistów podczas których nasi nauczyciele przeprowadzają z Wami warsztaty z malarstwa, rysunku, rzeźby i historii sztuki. Ja na takich zajęciach byłam chyba trzy razy i dało mi to naprawdę bardzo dużo, bo wcześniej ani nie rysowałam, ani nie malowałam... jakoś specjalnie profesjonalnie (czyt. nie malowałam wcale). Pamiętam, że szokiem było dla mnie wtedy, że nie musimy malować wszystkiego, tylko możemy sobie wybrać jakiś fragment- to było pomocne ^^ Przed Wami jeszcze zajęcia w maju i czerwcu. Najbliższe już 15 maja. Zapraszam! :) Ej i najważniejsze jest nastawienie! Pamiętajcie, że nie musicie być wybitnymi malarzami. Idziecie tam po to żeby się nauczyć, a jeśli będziecie mieli mnóstwo chęci i zakochani będziecie w sztuce, to wszystko się uda, serio! :)


Co po zdaniu egzaminów? Dostajesz się i przed Tobą cztery lata bardzo ciężkiej, ale niesamowicie owocnej pracy. Na początku biegniesz do Plastusia (jeśli traficie do plastyka, to będzie to miejsce przez Was bardzo często odwiedzane i będziecie zostawiać tam baaaaardzo dużo pieniędzy) i kupujesz teczkę, która z roku na rok wydaje się coraz mniejsza, aż wreszcie jest całkowicie naturalnym przedmiotem w Twoim życiu... i potrafisz nawet naturalnie jeździć z nią w autobusie. A no właśnie! Jak z dojazdem? Jest miejski autobus numer szesnaście- czyli kupujecie bilet semestralny i nie dopłacacie za żadne inne strefy. Od pętli do pętli to rano około 30 minut- przy dobrych wiatrach. Czy plastyk jest bardzo drogi? Lista rzeczy wybitnie potrzebnych nie jest do przeczytania na raz jeśli nie chcemy dostać palpitacji serca. Teczka, aparat cyfrowy (!), farby, palety, nożyki, linijki, brystole, kartki, kartony [...] W pierwszym roku rzeczywiście tych wydatków jest bardzo dużo, ale nie potrzeba wszystkiego, co wypisane jest na tej liście (nie jest pilnie potrzebne, bo posiadanie wszystkiego niewątpliwie dużo ułatwia). To co na pewno musicie mieć to: teczkę 100x70, ja posiadam takie dwie- jedną do domu, drugą do szkoły, ale chyba tylko ja w mojej klasie tak zrobiłam, więc jedna wymagana, dwie zupełnie nie. Poza tym na pewno będziecie potrzebowali farb- ze swojego doświadczenia polecam firmę Renesans i odradzam Pałeckiego. Na początku wystarczą podstawowe kolory, z czasem będziecie wiedzieli jakich kolorów jeszcze potrzebujecie (a tak w tajemnicy Wam powiem, że pod koniec pierwszej klasy jedzie się na plener i z pieniędzy, które się za niego płaci organizatorzy kupują farby, które wykorzystujemy podczas wyjazdu... ale które zostają również na później do własnego użytku- dlatego w drugiej klasie bardzo dużo osób używa właśnie tych plenerowych farb) każda tubka farby to około 15 zł, ale wiem, że w internecie można kupić je taniej. Poza tym pędzle- i nie oszczędzajcie na nich! Jest naprawdę ogromna różnica między dobrym pędzlem, a badziewnym- od razu odechciewa się malować, fuj! Zwróćcie uwagę na ofertę Lidla! Serio! Moja cała klasa miała pędzle i farby właśnie stamtąd i były wykonane naprawdę na bardzo wysokim poziomie. Przybornik plastyka również jest dostępny co jakiś czas w Lidlu- w takim drewnianym piórniczku. Miałam, polecam! :) To są rzeczy, które bez dyskusji musicie mieć najlepiej już pierwszego września. Myślę, że 200 zł to opcja startowa. Dacie radę ;) To co przydaje się później to np. swoja sztaluga w domu, brystole i kartki na rysunek i malarstwo, które będziecie wykonywać w domu, metrowa linijka, introligatorskie nożyki, introligatorski podkład [...] Kupowanie aparatu cyfrowego tylko dlatego, że tak jest napisane na liście jest największą głupotą! Szkoła ma genialnie wyposażone studio fotograficzne. Nie można wypożyczać aparatów do domu, ale można zostawać po lekcjach w  studio lub na terenie szkoły. Mamy sad, więc można tam zrobić bardzo dobre zdjęcia, na każdy zadany temat. W szkole również ponosimy całkowity koszt wydrukowania pracy w drukarni. Każda praca to koszt około 20 zł, ale w szkole nie jest ich bardzo dużo. Trzy na semestr z grafik (ale nie wszystkie są cyfrowe, to zależy prawie zawsze od Was), preferuje się również wywoływanie zdjęć na fotografię i chyba tyle. Do niektórych prac musicie wydać również kasę do stworzenia pracy np. ja na temat natura szyłam plecaki  własną tkaniną, więc musiałam kupić tkaninę oraz farby do tkanin. Wyszło bardzo drogo... ale umówiłam się z nauczycielem, że plecaki mogę sobie zostawić, a jemu do dokumentacji wystarczą zdjęcia ♥ Nauczyciele w plastyku to prawdziwi super ludzie, serio^^ Trzeba płacić również za plenery, ale to tak samo jak za wycieczki szkolne, a Pani Dyrektor stara się, aby nasz wyjazd był jak najtańszy i naprawdę staje na głowie, żeby wszyscy byli zadowoleni- plenery obowiązkowe są dwa, inne są dodatkowe i są maksymalnym wyróżnieniem- mi się udało być na jednym w Skokach. Co jeszcze? Mhhh... No tak! Oczywiście dyplom w czwartej klasie. To koszt od 200-1000 zł, zależnie od pomysłu i kosztu wykonania. Cały koszt pokrywa uczeń i swoją pracę zostawia w szkole. Ból jest, ale przez rok robienia dyplomu można naprawdę bardzo dużo się nauczyć i dodać do swojego portfolio rewelacyjną pracę- więc jest to warte tej jednej bolączki ;) Kasę się wydaje, no ale bez przesady, serio- jeśli jest to Wasz jedyny minus w tej szkole, to nie ma minusów. Poradzicie sobie. Wystarczy się dobrze uczyć, wygrywać konkursy (co nie takie trudne) i Pani Dyrektor oraz Nauczyciele pomagają pisać podania o stypendium i możecie dostać naprawdę bardzo dużo kasy- sprawa wyjaśniona :D Poza tym bardzo często na szkolnych wystawach do autorów prac podchodzą ludzie z propozycją kupna pracy...i to nie są kwoty w wysokości dziesięciu złotych ;) Podsumowując: w liceum plastycznym trzeba wydawać pieniądze, ale pieniądze dzięki niej również można mieć i pomijając kilka rzeczy, które trzeba kupić nie jest droga. 


Przedmioty w szkole. Liceum Plastyczne, to edukacja czteroletnia dlatego po wyjściu z niej posiadamy zawód oraz możliwość podejścia do matury! Przedmioty artystyczne to: rysunek i malarstwo, specjalizacja- z tych przedmiotów nie możecie mieć jedynki, ani dwójki, aby zdać do kolejnej klasy, poza tym jest: fotografia i film, podstawy kompozycji i przestrzeni, rzeźba, grafika. Sale do zajęć artystycznych są bardzo dobrze wyposażone, bardzo przestrzenne (od dwóch lat, kiedy został dobudowany kolejny budynek), na zajęciach jest bardzo luźna atmosfera, ale twórcza (!). Rozmawiamy, słuchamy muzyki, śmiejemy się, dyskutujemy z nauczycielami- ale wciąż coś zrobimy. Przed pójściem do szkoły warto sprawdzić w google wszystkich nauczycieli artystycznych, ponieważ robią naprawdę genialne rzeczy i co najważniejsze wciąż się rozwijają i żyją sztuką. Są to m. in. Janusz Kozak, Aleksandra Hońko, Zbigniew Chrostek, Kinga Kosacz-Drozdek, Roma Jaruszewska [...] Do zajęć artystycznych zalicza się również historia sztuki. Prowadzona w małej sali z nieprzystosowaniem do oglądania rzeczy na projektorze, ale nauczycielka załatwia całą robotę! Niesamowita wiedza i umiejętność przekazywania jej z łatwością! Na każdej lekcji robione są obszerne notatki i zestaw kserówek z autobiografiami i czarno-białymi obrazami, na których nic nie widać- ale przecież każdy ma komputer w domu i może sobie zobaczyć, a dzięki tej kartce jest motywacja :D Pierwsza klasa historii sztuki jest najtrudniejsza, ale już czwarta to sama przyjemność. Serio! Takie genialne rzeczy już ze współczesności. Wchodzi do głowy z ultrałatwością! Także jeśli nie lubicie historii, to nie macie co się martwić- to zupełnie coś innego i w wielu rozmowach z plastykami ta historia wychodzi naturalnie... przecież mowa tam o artystach, obrazach, dziełach sztuki, czyli o tym co Was interesuje... chyba, że jest to Zikkurat ^^



Z racji tego, że jest to szkoła, która przygotowuje również do matury w planie są przedmioty ogólnokształcące. Jest ich tyle samo co w innych szkołach, ponieważ idziemy tą samą podstawą programową. W drugiej klasie odpadają Wam wszystkie biologie, chemie, fizyki, edb itp. i co najfajniejsze nie macie już żadnej przyrody! Jest to jakoś wytłumaczalne przez większą ilość przedmiotów artystycznych i nie musimy mieć dopełnień. Językiem dodatkowym jest angielski i niemiecki. Ten drugi jest tylko przez dwa lata. Przedmioty rozszerzone, które można wybrać w plastyku to: polski (i zazwyczaj idzie na to cała klasa), matematyka (u nas było to pół klasy), historia sztuki i angielski. Nie ma zbyt dużej możliwości wzięcia rozszerzenia z fizyki czy biologi... no ale taka szkoła, taki wybór. Co po szkole Ah Ludzie! Po tej szkole można robić tak wiele!!!!!! Nigdy nie miałam dylematu. Od zawsze wiedziałam, że chcę iść do plastyka, nie mam pojęcia skąd mi się to wzięło, ale chciałam iść na architekturę wnętrz i fotografie- kierunek był prosty. Po latach oczywiście mi się pozmieniało, chociaż te dwie rzeczy nadal uwielbiam, a zmieniło mi się nadal w sferze artystycznej, więc ok. Więc co po? Oczywiście studia! Dla mnie jest to oczywiste, ale dla niektórych nie jest to droga- i dobrze, bo nie musi. Tym bardziej po tej szkole. Wiele osób kończy edukacje na tej szkole i zaczyna działać artystycznie. Dochodzą nas w szkole głosy, że idzie im naprawdę świetnie. Podam Wam dwa instagramy chłopaków, którzy wybrali inną drogę niż tą zwykłą i robią genialne rzeczy: Michał - jego obrazy możecie oglądać w restauracji Oliwka na starówce, Dawid tworzy spoko, bardzo spoko rzeczy i warto oglądać chociażby na Instagramie ;) Ale jeśli studia to: malarstwo, rysunek, grafia, rzeźba, architektura wnętrz, wzornictwo, fotografia, film, ilustracja, projektowanie [...] poza tym historia sztuki i wiele odłamów związanych z nią. Po matematyce rozszerzonej wszystkie przedmioty z nią związane, po polskim i angielskim również :) Bo nawet jeśli skończycie z artystyczną edukacją, to to co zdobyliście przez cztery lata jest bezcenne. Gratisowa wrażliwość artystyczna w pakiecie.


Liceum Plastyczne to również wejście w życie artystyczne, czego chyba w Elblągu potrzeba najbardziej. W większych miastach, w których są plastyki jest to stosunkowo łatwe. Mnóstwo koncertów, głośnych wystaw, pięć tysięcy kin różnej maści i wiele wiele innych. U nas imprezy chowają się po kontach, chociaż odbywa się ich naprawdę sporo. Liceum Plastyczne było idealnym źródłem wiedzy co gdzie i kiedy. Oczywiście były to najczęściej wiadomości z Galerii El, ale często zdarzały się również wydarzenia, które były genialne, a o których mało kto słyszał. Z ręką na sercu muszę przyznać, że dzięki tej szkole w krew weszło mi szukanie wydarzeń artystycznych i uczestniczenie w nich. Jest to dla mnie tak naturalne, że aż dziwnie mi o tym tu pisać, ale przypominam sobie siebie sprzed liceum i wiem, że warto o tym wspomnieć. Dzięki temu nie wyobrażam sobie teraz być w większym mieście i nie pójść do przynajmniej kilku galerii sztuki.


Tak jak już wspominałam Liceum Plastyczne w Gronowie Górnym jest bardzo dobrze wyposażone i oczywiście tyczy się to również fotografii... można rzecz, że przede wszystkim fotografii, bo niewątpliwie to robią największe zaskoczenie kiedy przychodzi się do szkoły i widzi się tak dobry sprzęt. Lampy, tła fotograficzne, najlepsze aparaty itp. Przez pierwszy rok cała wasza klasa zmieni profilówki na te "bardzo profesjonalne" hahah :D Później to trochę przechodzi, a u innych zmienia się w bardziej profesjonalne traktowanie tego miejsca ;) Uwielbiałam zostawać po lekcjach, czy nawet na lekcjach robić śmieszne "profesjonalne" zdjęcia lub serio bardzo fajne. Co prawda o wiele bardziej wole plenery, ale czasami przydaje się różnorodność. Co jeszcze? W roku, w którym będziecie wchodzić w pełnoletność za darmo możecie sobie zrobić odpowiednie zdjęcia do dowodów i prawo jazdy... bez zbędnego chodzenia do fotografa! U nas to było mega ważne :D Oczywiście możecie po lekcjach zapraszać również modeli z poza szkoły. Wszystko dla ludzi, wszystko dla Was :)


A na sam koniec miejscówka. Szkoła posiada swój własny sad z jabłkami, ponieważ wcześniej budynek należał do zespołu szkół ogrodniczych (czy jakoś tak). Przemiły Pan Leszek zawsze w porze jabłek zbiera je dla nas i zostawia przed szkołą, tak że przez kilka miesięcy każdy może jeść zdrowe i pyszne owoce!♥ Szkoła dzieli się na trzy budynki (dwa z nich są połączone łącznikiem, ale on jest zawsze zamknięty, więc liczmy, że trzy) dlatego zawsze (nawet w zimę) kila razy dziennie trzeba przechodzić, ale jest to odcinek stu metrów, więc spokojnie ;) Znajdują się również ławeczki, na których można siedzieć w gorące dni, coś na kształt łączki i zacienione miejsce z ławeczkami i taką ala fontanną bez fontanny, gdzie czasami przy dobrych nastrojach nauczycieli odbywają się lekcje w ostatni miesiąc szkoły. No i co? I tyle. Idźcie tam, bo warto!

Jeżeli macie jakiekolwiek pytania to piszcie na maila lub po prostu w komentarzach. Będę na nie odpowiadać, a jeśli któreś z nich będzie wyjątkowo trafne, to udostępnię odpowiedź na nią w edytowanym poście :)
Buziaki! ;*
przy okazji wszystke ważne informacje znajdziecie na stronie szkoły

czwartek, 11 maja 2017

Czekając na rozkazy. Koncert Natalii Przybysz.

Hejka! :)

Tak jak pisałam wczoraj dzisiaj pojechałam na koncert Natalii Przybysz aż do Kwidzyna. Długo zastanawiałam się skąd pomysł na tak dziwne miejsce na koncertowanie, ale dzięki temu, że maturę z polskiego mam dopiero jutro mogłam pozwolić sobie na dłuższą podróż. Już wracam i mam chwilę na napisanie Wam tego co się tam działo… a działo się dużo!

Ostatnio zachwycałam się koncertem Organka w elbląskiej Mjazzdze. Zazwyczaj od muzyki na żywo oczekuję przede wszystkim rozrywki. Wytyczną dobrego koncertu jest dla mnie oderwanie nóg od podłogi, tańczenie oraz śpiewanie- swego rodzaju interakcja z żywym muzykiem. W tych kategoriach zawsze wygrywać będzie Łąki łan, które za każdym razem daje mi tyle radości, że wystarcza mi go na kolejne miesiące bez tego rodzaju wydarzeń. Dopiero dzisiaj zdałam sobie sprawę o co tak naprawdę chodzi i czego przede wszystkim szukam. Połączenia mojej rozrywki z tym najważniejszym- pełnią artystyczną oraz muzyczną. Potrzebuję odpowiedniej dawki dobrego głosy, sprzętu, nagłośnienia oraz człowieka, który swoją osobowością sklei to wszystko w piękną całość.

Natalia Przybysz to dla mnie od dawna artystka doskonała. Rewelacyjna płyta „Prąd” jedynie mnie w tym umocniła. Nie oczekiwałam żadnej nowości w jej wykonaniu, ale od momentu gdy tylko dowiedziałam się, że jej nowa płyta jest już nagrana nie mogę wprost doczekać się września (chyba pierwszy raz w życiu^^). Przychodzenie na koncerty promujące jeszcze niewydane płyty nigdy nie wydawało mi się ryzykowne, tym bardziej jeśli chodzi o artystów, których jestem w pełni pewna. Jest to na przykład Katarzyna Nosowska solo lub z zespołem Hey, Maria Peszek, czy właśnie Natalia Przybysz.

Wystarczyło, że wyszła. Już wiedziałam. Perfekcyjnie ubrana, w idealnym świetle i scenografii muzycznej. Wyszła z wielką czarną księgą i zaczęła czytać kobiece imiona jakby to była najlepsza poezja. Podczas prawie dwóch godzin ciągłego muzykowania scalona została w pełnię muzyka z tańcem i współistnieniem z publicznością. Na koncercie usłyszeć można było piosenki z poprzedniej płyty, rewelacyjny, stary już utwór „Niebieski” oraz kawałki z najnowszej płyty, której premiera przewidziana jest na wrzesień.

Cóż rzec? Przede wszystkim to, że jeśli myślicie, że lubicie nagrania audio w wykonaniu Natalii, to na koncercie umarlibyście ze szczęścia. Było to tak inne, a zarazem takie samo- artystka na całe szczęście nie przearanżowała żadne z piosenek, a jedynie dodała im tego wspaniałego smaczku muzyki na żywo. Było to tak świeże, tak szczere, mocne i przede wszystkim pełne talentu! Zawsze dziwiłam się tym wszystkim gwiazdom w programach telewizyjnych podczas których płakały one przy występach muzycznych. Nigdy mi się to nie zdarzyło i w życiu nie umiałam popłakać się na coś co jest mi znane i tylko zmienione w aranżacji. Oczywiście, zdarzało mi się uronić łzę na przepiękny tekst, albo podczas śpiewania (moje oczy niestety nie są stworzone do śpiewania i przy jakiejkolwiek nucie, którą wydam ze swojego gardła toną w morzu łez… i nie, to nie oznacza, że śpiewam tak źle, że nawet one protestują… Po prostu, chyba zbyt wiele emocji? ^^). Natalia rozpoczęła drugą piosenkę, a ja po prostu zostałam zmiażdżona! Wzruszyłam się tą idealnością i pełnością wszystkiego. Te dwie godziny były wykorzystane tak dobrze!♥ Artystka! Dla mnie w pełni. Od pierwszej minuty do ostatniej.

Nowe piosenki wydawały mi się jakby celowo przygłuszane przez instrumenty, tak aby nie można było wszystkiego usłyszeć, ale to pewnie jedynie moja nieumiejętność wyłapywania tekstu przy pierwszym kontakcie z nim. Pomijając, utwory genialne. Kilka słów i kontekstów na całe szczęście udało mi się wychwycić i jestem pod wielkim wrażeniem! Może po prostu potrzebowałam świeżości, ale nieśmiało moje serce próbuje stwierdzić, że to może być o wiele lepsza płyta niż „Prąd”- sama się dziwię tym słowom, ponieważ poprzednia jest dla mnie pełnią, którą mogę słuchać każdego dnia… Natalia nie spoczęła na laurach i próbuje przebić samą siebie w bardzo dobrym znaczeniu tego słowa. Ja jestem w całości na tak i bardzo gorąco Wam polecam przedpremierowe koncerty, które z tego co wiem jeszcze są w różnych miastach i oczywiście będę Wam przypominać o premierze najnowszej płyty… oraz z miłą chęcią ją dla Was zrecenzuję już po kilku dniach przesłuchań :D

Ej, wiecie co... zachwyca mnie to, że po sześciu latach pisania tego bloga odkrywam tak zupełnie niesamowite nowe rzeczy z nim związane. Chcę się rozwijać i przez to poszerzać swoje możliwości. Chcę żeby to działało. Ciekawe niektóre doświadczenia od których wzbraniałam się całe życie tego bloga teraz są tak pożądane. Śmiesznie śmiesznie. Obiecuję, że będzie tutaj super ♥


No to tyle. Buziaczki! :*
Jutro ustna matura z polaka. Trzymajcie kciuki za brak stresu… i wspomnijcie w modlitwie ;)

środa, 10 maja 2017

muzyczna siódemka!

Hejka! :)
W ciągu ostatnich kilku dni nasłuchałam się tylu dobrych rzeczy na temat tego, jakże niewielkiego, wątku na moim blogu, że nie mogłam przejść obok tego obojętnie. Wreszcie zebrałam się w sobie i z pomocą historii na youtube stworzyłam swoją magiczną siódemkę najlepszych piosenek ostatniego czasu! Z racji tego, że nie było takiej notki już dawno postanowiłam nie dawać swoich pierwotnych pomysłów, ponieważ stały się one w ten czas tak popularne, że grane są w radio co pół godziny. Przedstawiam Wam dwie całkowicie świeże piosenki, które urzekły mnie w ciągu dwóch ostatnich dni tak mocno, że nadal nie mogę dojść do siebie. Poza tym jest trochę muzyki, która w moim odczuciu nie jest oczywista jak na mnie. Będzie reggae nawet! A tak poza tym w momencie kiedy największą atrakcją muzycznego youtuba jest piosenka o sowie trzeba to jakoś zrównoważyć, a najlepiej jak najbardziej zniszczyć dobrą muzyką! Także zapraszam! :D


1. Natalia Nykiel "Spokój"- podobno zaczyna się od najgorszych (z najlepszych) i na sam koniec zostawia się coś najbardziej niezwykłego. Ja dzisiaj jednak zbuntuję się tej zasadzie i zacznę od dwóch najlepszych perełeczek o których wspominałam wyżej. Natalia! To już chyba żadna nowość, że podoba mi się totalnie każda jej nowa piosenka. Zrobiłam ogromny błąd nie kupując jej debiutanckiej płyty, tylko uzależniając się od niej na Spotify. Z najnowszą tak nie zrobię! Obiecuję. Wczoraj premierę miała pierwszy promujący płytę singiel. Oczywiście dowiedziałam się już po fakcie, że można było zobaczyć cały wywiad wraz z premierą u Kuby Wojewódzkiego, ale na szczęście Paweł wysłał mi dzisiaj link i jestem zakochana! Tekst perfekcyjny! PERFEKCYJNY! Mam swoje dwa najwspanialsze fragmenty i nadal zachwycam się nad pomysłem na ich wymyślenie. Gratulacje wspaniałego utworu i czekam na całą płytę, której nigdy nie puszcze na Spotify... tak dla bezpieczeństwa ;)


2. Natalia Przybysz "Światło nocne" - takie to było dziwne, że na początku dowiedziałam się, że jadę na jej koncert, a dopiero dzień później premierę miał singiel promujący najnowszą płytę (premiera podobno już we wrześniu!♥). Później zakochałam się w teledysku, który jest wręcz olśniewająco genialny! Taki niby prostu. Wchodzisz do Filharmonii Szczecińskiej i nagrywasz... ale o nie! Zrobienie czegoś tak fenomenalnego zabiera zdecydowanie o wiele więcej czasu. Mogę patrzeć na niego godzinami. Ileż tam jest genialnych zabiegów filmowych!♥ Operowanie kamerą, a przede wszystkim montaż i oczywiście scenografia! Na sam koniec zostawiłam sobie oczywiście tekst. Nie wsłuchałam się w niego jeszcze aż tak dobrze, ale refren ujął mnie swoim przekazem i już jestem jego :D Wczoraj dodałam link do yt właśnie z tym tytułem i rzuciła się na mnie fala krytyki... bo jak to, przecież to ta od aborcji. Ludzie! Ja też byłam tym oburzona, nadal jestem, choć emocje już dawno mi opadły, ale przecież słuchając jej muzyki nie przybijam jej piątki za jej życie prywatne. Uwielbiam ją jako artystkę, szanuję jej poczynania artystyczne i próbuję brać ją jedynie przez ten pryzmat. Jest to czasami trudne, ale nie popadajmy w paranoje no. Cieszmy się, że robi coś tak dobrego, ponieważ tak dobrego teledysku nie widziałam już dawno! :)


3. Organek & Dawid Podsiadło "Co mi Panie dasz"- piosenka w oryginale i we wszystkich przeróbkach jest przeze mnie uwielbiana, ale gdy tylko zobaczyłam, że orkiestra Męskie Granie wykombinowała nową aranżację od razu wiedziałam, że będzie to wybitnie dobre. I jest!♥ A przy okazji Męskie Granie znów zawita w Gdyni, a przez kilka lat tego nie robiło. Dobra informacja i niewątpliwie z niej skorzystam :) Ogólnie chciałabym w tym roku uczestniczyć w wielu festiwalach muzycznych (ale również filmowych), w których nigdy jakoś nie miałam okazji brać udziału. W te wakacje mam pół roku wolnego, więc prawdopodobnie warto ;)


4. Reggaeside "Marzenia"- może, że kolega to zbyt duże słowo. Karola spotkałam w tamte wakacje i dobrze nam się razem tańczyło. Puszczał muzykę na plażowej imprezie i był w tym naprawdę dobry, bo któż by się spodziewał Łąki łan w Krynicy o trzeciej w nocy?;) Nie spodziewałam się, że w rok się tak rozwinie i stąd całe to moje znanie tego zespołu. Inaczej bym an niego nie trafiła, ale trafiłam i się cieszę. Podoba mi się to i trochę się uzależniłam. Jak nie mam pomysłu na piosenkę, to ta zawsze pojawia się w proponowanych. Fajnie ;) Tylko teledysk jest taki okropny! Źle wykonany i ten wątek taki jak sprzed dziesięciu lat. Szkoda. Poza tym polecam również piosenkę "Czas" tego samego zespołu z żeńskim głosem w roli głównej. Bardzo dobra... o ile nie lepsza ;) Chłopaki mają już ustaloną trasę koncertową i zawitają nawet do Elbląga (1.07), a całą listę znajdziecie na ich profilu na facebooku :)


5. Damian Syjonfam "Kto siłę ma"- poznana przez polecenie youtubowe właśnie z powodu piosenki powyżej. Jak wiecie nie słucham na co dzień reggae. Raz posłuchałam i bardzo mi się spodobała, ale miałam jakąś blokadę przed jej słuchaniem. Puściłam ją swojemu chłopakowi (od dzisiaj nazywajmy tego mojego chłopaka Piotrem, to dziwne gadać wciąż "mój chłopak" :D  Miło mi Was poznać :)) i strasznie się tłumaczyłam, ale jemu też się spodobała i sobie słuchamy ahhaha. Taka historia ^^ Bardzo wpada w ucho i ma całkiem fajny tekst... no taki reggaeowy. No ;)


6. Kroki "Ps Freedom"- wydawało mi się, że jest już tak stara (premierę miała 9 lutego), że na pewno pisałam o niej na fioletowym-sercu okazało się, że jedna nie... ponieważ ostatni post muzycznej siódemki był w styczniu (!). Dlatego Moi Mili przedstawiam Wam bardzo dobrą piosenkę zespołu Kroki. Teledysk został stworzony przy współpracy z IKEA i promować ma nową kolekcję. Zostało to zrobione naprawdę ze smakiem i bardzo przyjemnie się to ogląda. Tym bardziej, że elementy ze szwedzkiego sklepu jedynie dodają uroku i nie są chamską, nachalną reklamą produktów. Jednak najważniejsza oczywiście jest piosenka....a jest świetna! ♥


7. Desiigner "Panda"- miałam problem z wyborem siódmej piosenki, która mogłaby nie być oczywistością. Przypomniałam sobie o czymś co puszczał nałogowo ostatnimi czasy Piotr i uwierzcie, że najpierw mnie niesamowicie irytowało, ale później wciąż nuciłam to w głowie... w pozytywnym znaczeniu tego zjawiska. No i tak o. To siódma moja propozycja. Jestem ciekawa co o niej sądzicie. :)

Jutro też będzie muzycznie, ponieważ jadę na koncert aż do Kwidzyna na Natalię Przybysz. Jestem ciekawa co to będzie, ponieważ podczas koncertu serwowane będą piosenki z nowego albumu! Wow. Nie mogę się troszkę doczekać :D Postaram się wziąć komputer do samochodu i już w powrotnej drodze napisać post... żeby zmęczenie po powrocie do domu ze mną nie wygrało. Buziaki! :*

wtorek, 9 maja 2017

remonty

Hejka! :)
Skończyłam właśnie przed chwilą ogromne sprzątanie i zmienianie swojej przestrzeni zagraconej w coś bardzo dobrego i pięknego. Na razie jeszcze tego nie widzę, ale wiem, że będzie dobrze kiedy tylko pomaluje ściany, zmienię okleiny i wstawię kilka niezbędnych rzeczy, które ułatwią i upięknią (!) mi życie! :) Dosłownie kilka sekund temu wybrałam kolory fab i zdecydowałam się na szary i biały. Biały był przymusowy, bo jest neutralny, a neutralność w tym pomieszczeniu jest mi nieziemsko potrzebna. Śmieszne, że tak wzbraniałam się od remontu tego pomieszczenia, bo zawsze uznawałam, że skoro i tak nikt tam nie mieszka, a mi jest potrzebne jedynie do moich artystycznych poczynań, to może być brzydkie, ale nie nie moi mili. Troszkę mi się pozmieniało, artystycznie się pozmieniało też no i tak o. Będzie pięknie i jak już wszystko skończę, a przynajmniej pewną część, to z miłą chęcią się z Wami podzielę. Tak to jakoś wszystko naturalnie wychodzi. Szybciutko i łatwo. Większość rzeczy po prostu znajduję pod nosem i mogę to wtórnie wykorzystać. Uwielbiam to! Jeszcze nigdy nie robiłam aż tak gruntownym porządków. Znalazłam mnóstwo cudowności i już w myślach szykuję dla Was post z moimi małymi perełkami. Jeśli znajdę czas, to niewątpliwie zrobię to już na dniach. Dzieje się. Dzieje! Super ♥ Nie lubię wolnego czasu wykorzystywać na nic nie robienie. Nawet nie umiem. Nawet kiedy w myślach wyobrażam sobie, że zrobię sobie dzień nudów, to widzę siebie w łóżku podczas czytania książki lub pisania jakiegoś super posta na bloga... nic nie robienie nie jest dla mnie. 

A tak poza tym co u mnie? Znalazłam wreszcie chwilę, aby wyrwać się do fryzjera! Ponad tydzień temu zadzwoniłam do swojego fryzjera z chęcią umówienia się na wizytę... i dostałam termin dopiero na dzisiaj! No ale może to dobrze, podobno nie można obcinać włosów przed maturą ;) I wiecie co? Już wiem jak odkryć idealnego fryzjera... kiedy sam zaproponujesz mu ścięcie końcówek i kiedy powie, że okey zetnie półtora centymetra. Ty już przygotowujesz się na pożegnanie z włosami, a po ścięciu okazuje się, że bez linijki nie widać różnicy! Wow! To było cudowne! Polecam mojego fryzjera Natalię z ulicy Wyczółkowskiego ♥ Ja się dzisiaj mocno jaram i cały czas gapię się w lustra podczas sprzątania... jutro mi przejdzie. Obiecuję ^^

Czy to jakaś wielka zmiana? Oczywiście, że nie, przecież w swoim życiu połowę życia spędziłam z grzywką, ale to konieczna dla nie zmiana na teraz ponieważ włosy urosły mi do pożądanej długości (serio! To już! ♥) i niestety nie miałam już nic ciekawego na tej swojej głowie. Za bardzo się już przyzwyczaiłam, a jak wiecie nie umiem tak spokojnie sobie żyć ;) Bez żadnych zielonych pasemek i rozjaśniania włosów, ale i tak fajnie! :D


Buziaki! :*
bluzka z Medicine (wniosek z tego taki, że aktualnie to mój jedyny sklep, w którym robię zakupy) i jest moim faworytem! Nie cierpię białych bluzek, ale damka jest ekstra! Aktualnie w promocji w sklepach jak i na stronie internetowej. Także tego :)

poniedziałek, 8 maja 2017

było się czym stresować? Czyli matura 2017

Hejka! 
Tak sobie ostatnio trochę myślałam nad tym moim blogiem, okey- udaję, myślę o nim non stop, ponieważ zastanawiam się co zmienić, jak poprawić i co zrobić żeby było fajniej. Pytam o to wielu moich stałych bywalców i o dziwo wszyscy potwierdzają moje przypuszczenia. Sumiennie je wszystkie spisuje, zapisuje i będę zmieniać. Oczywistym jest, że nie może być wciąż tak samo, minęło sporo czasu odkąd zaczęłam pisać swojego bloga. Z czternastoletniej dziewczynki wyrosłam w dwudziestoletnią początkującą malutką artystkę, która chce zrobić mnóstwo dobrego w tym jednym, jakże dobrym życiu. Czy mi się udaje? Myślę, że po części tak, ale wiem, że mogę o wiele więcej. Stać mnie na więcej i chcę się tym dzielić z innymi. Co mi po tym, że zostawiłabym to dla siebie? Bzdura! Dobro trzeba rozdawać i ja chcę to robić. 

Jedna zanim dojdę do czegoś wielkiego muszę pierw zamknąć za sobą swój pierwszy etap satysfakcjonujący mnie etap edukacji, czyli zrobić tak, aby mieć wykształcenie średnie wraz ze specjalizacją oraz maturą! Dwa pierwsze mam już z głowy (uf!), przede mną jeszcze matura. A właściwie jestem już w jej trakcie. Dzisiaj właśnie skończyłam wszystkie podstawowe egzaminy pisemne i powiem Wam, że polski był wspaniały. Nie mówię tu oczywiście o podstawie, bo była jakaś banalnie prosta nie z tego świata (swoją drogą to dobrze!), ale chodzi mi przede wszystkim o rozszerzenie. Stykam się z poezją praktycznie tyko i wyłącznie w szkole. Nawet jeśli czasami coś uda mi się przeczytać, to na pewno nie poświęcam czasu na ich dogłębną interpretację. Pewnie szkoda, ale gdzie znaleźć czas na wszystkie czynności świata? ;) W szkole oczywiście nie byłam wybitnie aktywnym uczniem i na lekcjach polskiego zazwyczaj nie robiłam nic, ale co wpadło mi jednym uchem na szczęście drugim nie wypadło i mogłam z tego skorzystać całą mocą na maturze. To dziwne, ale spędziłam na egzaminie trzy genialne godziny, podczas których we wspaniały sposób obcowałam z tak genialnymi dwoma wierszami jakimi są niewątpliwie: "Obraz cnoty" Marii Jasnorzewskiej- Pawlikowskiej oraz "Pan Cogito o cnocie". To niesamowite jak wiele można znaleźć w tak krótkiej formie pisanej. 

Już chyba najwyższy czas, aby przejść do tematu głównego, czyli tytułowego pytania o maturalny stres. Ludzie! Nie wiem, czy to tylko w tym roku taka prościzna nam się trafiła, ale w sumie nie o to chodzi. Matematyka to matematyka- sto procent mieć nie mam prawa, ale jest chyba okey. Cały problem mojej dzisiejszej wypowiedzi jednak nie polega na tym, czy zadania były łatwe czy trudne, tylko o całą otoczkę wśród nich. Podczas tych kilku dni największych stresów bałam się najbardziej napiętej atmosfery, niemiłych, bardzo nijakich przedstawicieli komisji z grobowymi minami. Bałam się, że wejdziemy, usiądziemy, a jeśli spróbujemy się tylko poruszyć, to od razu wylecimy z matury z brakiem jakiejkolwiek możliwości poprawy w jakikolwiek kolejny rok. Eh, Karolusia, ty głupolko! Uspakające jest to, że w śród komisji są dwie osoby dobrze Ci znane ze szkoły (nawet jeśli jest to Pani od historii, czy biologi, z którą miałeś jedną godzinę tygodniowo przez jeden rok- czujesz jednak tą znajomość. To tak jak na wycieczce w Paryżu słysząc Polaków czujesz, że są twoimi przyjaciółmi ^^) i tylko jedna osoba z komisji poza szkolnej. Ta osoba zazwyczaj jest taka jaka kreuje się zawsze w wyobraźni, czyli niemiła, żadna i patrzy TYLKO na ciebie i od razu wie, że ściągasz przy każdej możliwej okazji. Poza tym po wejściu do sali jest luźno. Serio. Wiadomo, że trzeba się trzymać w ramach przyzwoitości i co najwyżej powiedzieć kilka słów do koleżanki siedzącej za tobą, ale i tak wydaje mi się, że jest to niebo a ziemia między tym, co sobie wyobrażałam. Po dostaniu arkusza zapada bezwzględna cisza. Jednak spokojnie można poprosić do siebie jedną osobę z komisji i prosić o możliwość wyjścia do toalety, albo coś. Spoko! Ej serio! Jest tak spoko pod tym względem! ♥ Oczywiście, to co już znane i oswojone wydaje się dobre, natomiast nadal zostaje obawa przed ustnymi i stresem związanym z nimi... ale spokojnie, o tym też Wam powiem :D 

No i ostatnia kwestia (tak aby post mógł pojawić się w kategorii Liceum Plastyczne) czy Liceum Plastyczne, to szkółka,w której ludzie tylko malują i się nie uczą i matury zdają na 30%. OCZYWIŚCIE, ŻE NIE! Ja czuję się bardzo dobrze przygotowana do matury (chociaż nie wynosiłam z każdej lekcji tyle ile powinnam przez swoje lenistwo oczywiście^^). Nauczyciele wkładają całe swoje serce w to co robią, są młodzi, zaangażowani i mają bardzo dobry kontakt z uczniami. Co do polskiego- podobno plastycy mają niesamowitą łatwość w przyswajaniu wiedzy. To chyba nic dziwnego. Język polski i literatura łączą się z tym co nas interesuje. Poza tym mamy przewagę w opisywaniu "obrazków" na ustnych :D A poza tym w przykładach tekstów kultury możecie podawać ogrom dzieł sztuki- obrazy, rzeźby, grafiki, rysunki, [...] itp. Co z matematyką? Zrobiłam prawie wszystkie zamknięte z zupełną pewnością oraz prawie wszystkie otwarte przynajmniej trochę he he... a ja serio nie rozumiem matematyki. System naszej nauczycielki jest najlepszy! Pozdrawiam. A na angielski chodziłam na korki i dzięki temu potrafię się odezwać. Inaczej byłoby ciężko.... ale to już moje subiektywne zdanie ;)

I tak na koniec: chciałam dzisiaj zrobić sobie zdjęcie na dworze, bo chciałam Wam się pochwalić moimi nowymi okularami, ale oczywiście wstydziłam się to zrobić i miałam odwagę dopiero w momencie kiedy stanęłam n balkonie mojego chłopaka hahahha. Ej! Ale tak ogólnie to często sobie robię fotki na dworze... tylko odcinek między moim domem, a przystankiem, czy wyżej wymienionym miejscem jest zbyt bliska żeby było komfortowo. Co najśmieszniejsze, myślałam, że nie będzie widać, że nie robię go na chodniku. O co mi chodziło?! ^^ Okulary z najnowszej kolekcji Medicine. Wyhaczyłam je jeszcze przed wystawieniem na sprzedaż za plecami sprzedawcy. Taki był miły, że pozwolił mi wejść za ladę i sobie wybrać. Wybrałam. Dzięki. Kocham je najbardziej na świecie, a uwierzcie, że od tamtych wakacji szukam tak dobrych okularów. Spoko! Polecam.


Buziaki! :*

niedziela, 7 maja 2017

O książkach od Dwóch Sióstr w dwóch słowach


Hejka! :)
Sezon na szparagi uważam za otwarty! Od kilku dni nie wyobrażam sobie braku ich w mojej lodówce. Śniadania, obiady, kolacje- pasuje idealnie zawsze!♥ U mnie na pierwszy rzut poszły oczywiście szparagi w cieście francuskim i carbonara ze szparagami- wybitna! Tak już mam, że kiedy się w czymś zakochałam, to trzyma mnie bardzo długo i nie chce puścić... ale przydała by się świeżość w mojej kuchni. Tak więc jeśli znacie jakieś pyszne przepisy ze szparagami, to z miłą chęcią o nich przeczytam i może wykorzystam u siebie.Liczę na Was! :)

A dzisiaj przychodzę do Was z bardzo długim postem, który mam nadzieję uda mi się napisać sprawnie i szybko, ponieważ jestem w trakcie gruntowych porządków i zmieniania swojej pracowni artystycznej w... no właśnie. O tym dopiero niedługo ;) W każdym razie- jeszcze w kwietniu złożyłam dosyć duże zamówienie w internetowej księgarni wydawnictwa Dwie Siostry i choć mój portfel nieco schudł, to szczęście wzrosło do niebotycznych rozmiarów. Zastanawiałam się czy pisać do Was o wszystkim, ponieważ niektóre z nich są bardzo bardzo stare i swoje premiery miały już w 2009, ale uznałam, że są tak genialne, że warto i o nich wspomnieć. Natomiast na samym końcu mam dla Was niespodziankę. Najświeższa rzecz od wydawnictwa. Ja się jaram odkąd tylko usłyszałam, że coś takiego w ogóle będzie na półkach w polskich sklepach. Pewnie zauważycie dość dużą przepaść między pierwszymi czterema książeczkami, a resztą. Zamówienie składałam z moją siostrą, która ma półtoraroczne dziecko... i jej kryteria wyboru były troszkę inne ;) U mnie to przede wszystkim dobra ilustracja, u niej aspekty dydaktyczne.


1. Księga dźwięków. Podobno hit wśród matek, a to musi coś znaczyć. Dosyć niestandardowy format, bardzo grube, kartonowe karty oraz duże dosyć proste ilustracje połączone z kilkoma słowami napisanymi dużymi literami czarno na białym. Znajdziecie w niej mnóstwo przedmiotów, zwierząt i innych rzeczy, które wydają jakieś dźwięki. Są one napisane fonetycznie i myślę, że dzieciaki z łatwością mogą uczyć się dźwiękonaśladownictwa, by później rodzice mogli się chwalić talentem swoich pociech przy rodzinnym stole ^^ 


2. Od A do Z oraz Od 1 do 10- jakiś czas temu zastanawiałam się czy nie wziąć sobie tych książeczek dla siebie, ale ktoś chyba nade mną czuwa podczas wybierania tytułów, bo praktycznie zawsze udaje mi się wybrać coś, co ucieszy zarówno dziecko jak i mnie samą. Trochę dziwiło mnie, że za każdym razem, gdy kupuje książki dedykowane dla dzieci ciesze się i wiem, że trafiają w samo sedno mojego gustu. Jednak po wspólnych łowach zakupowych z moja siostrą mogę stwierdzić, że po prostu nie zerkam na niektóre pozycje. Moja siostra wysłała mi rzeczy, które ją interesują i wydawało mi się, że widzę je pierwszy raz na oczy. To było dziwne i zupełnie mnie nie przekonywało. Oczywiście, jestem świadoma, że czegokolwiek bym nie tknęła z Dwóch Sióstr to i tak będę szczęśliwa, ale jak wiadomo wśród najlepszych również mogą pojawić się najgorsze (które i tak są dobre... rozumiecie? ^^) tak więc odradziłam jej kupowanie książeczki: "Moja mama", ponieważ wydawało mi się to dosyć płytkie i bezsensowne. Moja mama to moja mama, a nie każda mama o której można napisać to samo.... ale w momencie kiedy doszło do dyskusji przy tych dwóch pozycjach byłam bezradna. Przecież sama chciałam je tak bardzo zobaczyć. No i udało się. Wiem, że nie zadowoliłyby mnie samej, ale patrząc z perspektywy dziecka- super! Co najważniejsze: kartonowe, sztywne karty, duży format, rozbudowana gama barw. Dosyć proste rysunki i jedno zdanie tekstu. W środku znajdziecie oczywiście cały alfabet oraz liczby. Jest przyjemnie, jest dobrze. Dzięki tam prostej formie dzieciaki mogą przez zabawę nauczyć się podstawowych rzeczy w bardzo szybkim czasie :)


3. Robimisie- to książeczka ucząca zawodów. Przedstawienie dwudziestu sześciu zawodów w formie męskiej i żeńskiej, ale co najważniejsze autorka uciekła od stereotypów. I tak zobaczyć możemy fryzjera, policjantkę, czy listonoszkę. Super! Ilustracje potraktowane bardzo infantylnie, dziecięcym językiem, dosyć kolorowe, ale potraktowane z rozwagą ;) Przedstawiają misie, które zostały przyłapane w pracy. W swoich strojach roboczych i wnętrzu odpowiednim do swojego zawodu. Bardzo, ale to bardzo fajny pomysł i wykonanie! Polecam.


4. S.Z.T.U.K.A i D.O.M.E.K. - czyli coś co kocham najbardziej i od czego zaczęła się moja miłość do tego wydawnictwa! Cenię ich niesamowicie za całą serię i dopiero teraz mogę powiedzieć, że za całą serię mogę ich kochać ponieważ posiadam wszystkie pozycje (i o wszystkich pisałam tutaj na blogu, także jeśli chcecie przeczytać to: O.G.R.Ó.D. , D.E.S.I.G.N.  i M.O.D.A. ). Dwie książki ilustrowane to ten sam schemat co w poprzednich moich odsłonach... nic dziwnego, to właśnie one były pierwowzorem, a pierwsza z nich została wydana już w 2009 roku! Przepiękne ilustracje, bardzo kolorowe strony z wprost idealną kompozycją wypełnienie każdej strony po brzegi. To również (jak zawsze) bardzo dobra treść, która trafia zarówno do młodszych jak i do starszych. Wprost nie mogę się doczekać, jak za kilka lat (no... bardzo kilka^^) przetestuję to na moich dzieciach. Daj Boże, żeby udało się je zauroczyć sztuką :D D.O.M.E.K jest oczywiście o architekturze i najdziwniejszych oraz najbardziej kultowych budowlach, a S.Z.T.U.K.A jest to najgrubsza, a zarazem najcięższa ze wszystkich pozycji. Zawiera w sobie totalnie wszystko, ale nie ma tam nic, co mogłoby w jakiś sposób zastąpić którąkolwiek z kolejnych wydań. Są tak przede wszystkim nie tyle same dzieła, co różne koncepcje jak na przykład niebieska linia polskiego artysty Edwarda Krasińskiego. Bardzo to jest wszystko dobre, ja po raz kolejny zakochuje się na nowo i wprost nie mogą uwierzyć jak jestem dumna, że jest to polski pomysł, polskich twórców i polskiego wydawcy. No spróbujcie mi teraz powiedzieć, że Polska nie jest fajna. Nie ma opcji żebym uwierzyła! :D



5. Klementyna lubi kolor czerwony- to moje pierwsze spotkanie z serią Mistrzowie Ilustracji, ale prawdopodobnie nie ostatnia. Przyznam się, że jeszcze jej nie przeczytałam i dopiero zagłębiam się w środek, ale już wiem, że jest to dobre. To jedna chyba z niewielu pozycji w Wydawnictwie Dwie Siostry, gdzie odnaleźć możemy naprawdę dużo tekstu. Jest to po prostu spisana książka dla dzieci. Wow. Super. Gdybym w dzieciństwie miała tak fajne ilustracje w książce dla dzieci, to pewnie polubiłabym się z nimi troszkę wcześniej. Jak po tytule możemy się domyślać tak też się dzieje w rzeczywistości- ilustracje tworzone są jedynie kolorem czerwonym i wychodzi im to naprawdę na dobre. 


6. Jadłonomia- wreszcie się zdecydowałam i bardzo się cieszę, że dopiero teraz! Powstało nowe, mniejsze wydanie i wydaje mi się idealne! Ma bardzo fajny rozmiar, dlatego polecam Wam o wiele bardziej to drugie (poza tym jest tańsze #ekonomia^^). W środku znajdziecie bajkę! Po pierwsze: rewelacyjny wydruk na bardzo dobrym jakościowo papierze taki niby szarym, ale troszkę grubszym. Po drugie: rewelacyjne fotografie! Po trzecie: nie ma zamieszania- zdjęcie po lewej, przepis po prawej, proste. Po czwarte: w książce znajdziecie ponad sto (!) przepisów w tym np. zupa z gruszki i pietruszki, pasta z pieczonego czosnku, naleśniki dyniowe, czy twarożek z nerkowców. Po piąte: wszystko to jest przypieczętowane piękna, ale nienachalną grafiką dopełniającą wszystko. Po szóste: książka jest kolorowa, ale nieprzesadna. Jest bardzo gustowna i przez to tak świetna! Swego czasu próbowałam przekonać się do bloga jadlonomia.pl, ale nie byłam w stanie. Nie podoba mi się szata graficzna i tak strasznie trudno jest mi się tam odnaleźć. Dlatego jestem jeszcze bardziej szczęśliwa, że mam swoją własną, drukowaną jadłonomię w domu! Wam polecam również. To naprawdę dobra inwestycja.... a jakie smakołyki mogą z tego wyjść mmm... :)


7. Suwała Baron i inni przepisy i opowieści- ze skrajności w skrajność, a co! :D Kupiłam tę książkę jedynie dlatego, że każdy mówił, że uwielbia ją oglądać, więc wiedziałam, że będzie to zakup udany, nawet gdybym nigdy nic z niej nie ugotowała... a trochę się boje sama babrać w mięsie. Nie wiem dlaczego zeszło mi się z jej posiadaniem tak długo, ale już jest. Cała i zdrowa w moim domu. Co na pierwszy rzut? Piękna okładka! Ale moje oko przyzwyczaiło się już od niej przez zdjęcia wrzucane do internetu przez szczęśliwych jej posiadaczy. Po otwarciu zszokowało mnie, że nie wszystkie przepisy są aż tak bardzo mięsne hura! Może wykorzystam! :D Jedna chwilę później znalazłam mnóstwo przepięknych zdjęć... surowego mięsa. Jako osoba, która w tamtym roku wstawiała zdjęcia, w których miałam surowe mięso w buzi nie powinnam czuć zgorszenia, ale było minęło... trochę czuję. To hipokryzja, że umiem jeść mięso, ale spojrzeć na jego zrobienie już nie. Nie lubię tego w sobie. Oczywiście wolałabym to zmienić w stronę pełnego weganizmu, niż patrzenia jak zabijają każdą świnię na kolejnego mojego kotleta, ale myślę, że to nierealne. Dlatego możliwe, że ta pozycja jest małym krokiem w stronę pomniejszenia mojej hipokryzji^^ Książkę stworzyło pięciu mężczyzn: Paweł Suwała, Alesander Baron, rzeźnik: Grzegorz Kwapniewski, Pan Sandacz: Dariusz Wolszczak, Barman: Julian Karewicz- lista jest długa, ale za to jaki owoc piękny ;) Jest to zbiór przepisów, który oprawiony jest sercem i osobowością. W środku nie znajdziecie suchego podania składników i przepisów, ale do każdego z nich przeczytacie również krótką historię, a co dla mnie najciekawsze, przed przepisami każdego z mężczyzn jest ich krótka historia, ulubione składniki, jak to się robi, z czym smakuje najlepiej. W tych mięsnych przepisach znalazło się również miejsce na kilka napoi, które moim zdaniem smakować będą pysznie i już nie mogę się doczekać kiedy je wypróbuje. Przy tak pięknej okładce nie było mowy by środek wizualnie zawiódł. Spotkacie się tam z genialnymi fotografiami! Mięso, przepiękne czarno-białe portrety autorów oraz dania. Cud- miód moi mili. Nic tylko czerpać z tego garściami! ♥


8. Biblia ilustrowana dla najmłodszych- czyli nowość wydawnicza w Polsce, dla mnie jedno z najważniejszych wydarzeń wydawniczych roku! Kiedy tylko usłyszałam, że coś takiego będzie miało miejsce nie mogłam wyjść z podziwu! Jak dobrze!♥ Zawsze wydawało mi się, że to świetny plan an chrzciny kupować kolorowe, dosyć tandetne Biblie, które w łatwy sposób trafią do dzieci. Myliłam się bardzo, bo jeszcze wtedy nie wiedziałam czy jest dobro ;) Kiedy zjawiła się w moim domu ta wielka cegła nie mogłam wyjść ze zdumienia. Ona jest naprawdę ogromna, a podniesienie jej jest lekkim wyzwaniem ^^ Nigdy w życiu nie miałam w domu czegoś tak grubego a zarazem wielkiego! W środku znajdziecie historie ze Starego Testamentu. Przeczytałam na razie kilka z nich i wydają mi się naprawdę dobre. W łatwy sposób, prostym językiem przekazane to co najważniejsze. Na jednej stronie znajduje się kilka rysunków- wszystkie w tej samej konwencji- a pod nim jedno zdanie. Wszystkie te zdanie tworzą ze sobą spójną całość, a w efekcie historie Starego Testamentu. Jestem zakochana! ZAKOCHANA! Co do okładki, to... to nie wiem. Jest spoko, ale to jednak nie to czego oczekiwałam, ale wpasowuje się w całość. Takie to jest super, że nie mogę się nadziwić! :) Polecam Wam gorąco! Ja mam swoją w miękkiej okładce, ale nie wiem, czy to był dobry pomysł ze względu na wielkość. Tadam :D

Buziaki! :*