wtorek, 31 stycznia 2017

styczniowy przegląd filmów!

Hejka!:D
Nawet nie wiecie jaka duma przepełnia mnie, kiedy widzę jak mój blog wraca do życia! Powolny powrót do starych statystyk, coraz większy Wasz wkład w moje notki, no a przede wszystkim ogrom motywacji, który niespodziewanie spłynął na mnie podczas tych ferii zimowych. Nie odpoczywam. Zupełnie nie, ale cieszę się, że chociaż fioletowe-serce odczuwa jakąś różnicę. Jakby tego było mało dzisiaj, w ostatni dzień miesiąca, przychodzę do Was z postem filmowym, który kiedyś był tradycją każdego miesiąca! :) Wydawało mi się, że przyjdę do Was z niekończącą się listą tytułów (pamiętacie te czasy, kiedy było ich minimum trzydzieści. Wow- teraz tak bardzo to doceniam!), jednak patrząc kiedy ostatni raz dodawałam filmowy post jestem w szoku. PAŹDZIERNIK! Tyle czasu minęło, a ja przychodzę do Was z piętnastoma filmami. Na szczęście w większości bardzo dobrymi, czasami bardzo złymi.... niekiedy z nijakimi. Jedno jest pewne- notka będzie całkiem długa, ale postaram się napisać ją w tempie ekspresowym!


1. Dziewczyna z pociągu 8/10- wysoko, ale warty swojej oceny! Oglądałam go z wypiekami na twarzy, a po skończonym seansie nie za bardzo wiedziałam jak zabrać się do czegokolwiek. Wielokrotnie zdarza się, że ludzie porównują wszystkie produkcje czy to kinowe, czy książkowe z genialną Zaginioną dziewczyną. Niesamowita intryga, rewelacyjna akcja i wszystko inne zgotowało naprawdę warty obejrzenia film (książki niestety nie czytałam) i nic w tym złego, że wielu porównuje. Sama właśnie chciałam do tego napisać. Intryga tu jest ogromna, tak naprawdę do ostatniej minuty nie wiadomo co się dzieje, a widz ma w głowie swoje własne dość wyraźne osądy. Niektóre z nich są błędne, ale wiele jest również trafnych. To naprawdę bardzo dobry film z bardzo dobrą grą aktorską. Potrzebowałam właśnie tego na dany moment!♥


2. Trolle 6/10- bajki uwielbiam przede wszystkim za to, że może je oglądać każdy. Nie ma problemu aby cała rodzina wybrała się do kina i każdy z jej członków bawił się dobrze. Podteksty, inspiracje życiem, sztuką i polityką sprawiają, że dialogi są skierowane przede wszystkim do tej starszej widowni... tutaj mi tego zabrakło. Stąd moja niska ocena. Trolle to bajka bardzo ładna... ale dla dzieci. Nie nudziłam się oglądając ją, ale wyczekiwałam czegoś z petardą. Mimo wszystko- warto obejrzeć, bo aktualnie startuje o Oskara dla najlepszej piosenki ;)


3. Facet na miarę 7/10- mam problem z francuskimi komediami. Nie wiem z jakiego powodu mam do nich ogromną niechęć, ale kiedy już po nie sięgnę, to rozpływam się i nie mogę się pozbierać na nowo. Z Facetem na miarę było tak samo. Jak zawsze można było odnaleźć w nim tą typową dla komedii francuskich świeżość i coś tak bardzo charakterystycznego, czemu nie umiem opisać. Zabawny, niekiedy trochę nudny, ale przede wszystkim niesamowicie przyjemny! Ja go w pełni akceptuję! Jeśli będziecie chcieli obejrzeć film z Mamą, to to jest idealna propozycja! Samemu też... ale jednak istnieje niewielka ilość filmów, które tak idealnie pasują, aby z miłą chęcią obejrzeć go z rodzicielką ;)


4.  Z miłości 1/10- dałabym dziesiątkę za fakt, że jest to NAJGORSZY film jaki widziałam w życiu. Naprawdę! Myślałam, że widziałam już wszystko, w każdym przedziale ocen, jednak po obejrzeniu Z miłości chciałam wszystkie poprzednio ocenione filmy na jeden podrzucić przynajmniej o dwie gwiazdki. KOSZMAR! A czemu obejrzałam? Bo zostałam oszukana przez Marię Peszek piękną piosenką i całkiem ciekawym teledyskiem. Piosenkę polecam nadal, ale filmu zdecydowanie nie. To produkcja pokroju tych podczas której nawet dwukrotne przeglądanie znanej już tablicy facebookowej wydaje się niesamowicie ciekawe. Fuj!


5. Bracia przyrodni 2/10- nie umiem go krytykować po skrytykowaniu filmu powyżej! :D Nie było to zupełnie nic ciekawego. Był to ten najgorszy i najpłytszy żart, który już nawet nie śmieszy. NUDY! Nie polecam.

6. Ojciec 5/10- jak to filmweb określa: średni i taki właśnie był. Zaczął się świetnie, zapowiadał się dobrze, ale był taki nijaki, średni i bez sensu. Nie rozumiem czasami jak działa wypuszczanie filmów do kin. Jest to stuprocentowo niesprawiedliwe, ale chyba jak wszystko. Jeśli macie naprawdę dużo czasu- obejrzyjcie. Jeśli trudno Wam znaleźć czas na jeden film w tygodniu- nie sięgajcie!


7. Całe mnóstwo miłości 3/10- obejrzałam z zupełnie innych powodów niż ciekawość samego filmu, jednak po nim... nadal nie jestem zaciekawiona. Zupełnie bezsensowny. Znacie to uczucie kiedy oglądacie film i zupełnie nic się nie dzieje i nie rozumiecie po co powstał? To właśnie ta produkcja. Nie polecam.


8. Paterson 8/10- bardzo dobry! Przepiękny, delikatny i taki prawdziwy. Uwielbiam to uczucie kiedy sytuacje, które dzieją się bohaterom przydarzyły się również w moim życiu... czuję wtedy taki lekki dyskomfort lub sama w sobie zaczynam się podśmiewywać z zaistniałej chwili. Miałam podobnie podczas Kampera... i jak się okazało- miał tak każdy. Prawdziwość jest nudna i to jest właśnie piękne w tym filmie. ♥ Cudowny! Oglądajcie gdzie tylko możecie.


9. Powidoki 7/10- kolokwialnie mówiąc: dupy nie urywa... ale czy zawsze musi? Zupełnie nie rozumiem całej krytyki wymierzonej w ten film. Dla mnie jest to film bez fajerwerków, ale jestem świadoma Andrzeja Wajdy i jego doświadczenia w byciu wspaniałym reżyserem. Na pewno w wielu filmach irytowałaby mnie ogromna teatralizacja postaci, bardzo statyczne dialogi i zupełnie niedynamiczne ruchy bohaterów... ale jestem pewna, że właśnie to chciał uzyskać reżyser. Pomijając to- w filmie możecie znaleźć przepiękne kadry, idealną i bardzo rozbudowaną kolorystykę oraz, co mnie najbardziej porusza, w filmie zostało przedstawione nie tylko życie osobiste artysty, ale również (a właściwie przede wszystkim) jego twórczość. Chyba nigdy nie spotkałam się z tak świadomym podejściem do prac jakiegokolwiek malarza. Nie był to dokument, w którym lektor analizował prace i wszystkie etapy twórczości. Po prostu w idealny sposób zostały wplecione tu wszystkie najistotniejsze prace. Próbowałam opowiedzieć o tym wielu ludziom, nikt chyba nie zrozumiał mnie na tyle na ile bym tego chciała... ale oczekuję od Was tylko jednego po przeczytaniu tego wpisu- nie zamykajcie się na ślepą krytykę. Idźcie i oceńcie sami. Moim zdaniem się nie zawiedziecie.


10. La la land 5/10- liczyłam na o wiele więcej. Nie dostałam nic. Nie podobała mi się historia, która była żadna, więc nie wiem jak może podobać się komukolwiek, poza tym taniec z plakatu był bardzo nieprofesjonalny, niedograny i niesamowicie mnie męczył. Jestem zła! Tym bardziej, że po filmie podkusiło mnie coś żeby włączyć soundtrack na Spotify... i uwierzcie, że się zakochałam! Polecam Wam również. Oczywiście po obejrzeniu filmu wzrasta jego wartość, jak to z każdą ścieżką dźwiękową bywa... ale jestem na nie :( I o co chodzi z tymi czternastoma Oskarami?!


11. Bridget Jones 3 7/10- wreszcie udało mi się go obejrzeć! Jestem z tego powodu niesamowicie szczęśliwa. Nie jestem zdziwiona, że był mega zabawny i spędziłam dzięki niemu bardzo dobry czas. Naprawdę dobry. Polecam Wam serdecznie... a więcej nie muszę pisać, bo przecież każdy zna Bridget! :D


12. Zwierzogród 7/10- wymagałam od tego filmu nie wiadomo jakich niesamowitości. Każdy zachwalał, wszystkim się podobał. Wiem, że obejrzałam go zdecydowanie za późno i niestety nie mogłam odczuć tego, co wszyscy inni. Był zabawny. No był. Miał podteksty i na pewno cała rodzina by się świetnie bawiła- plus dla niego! Czegoś mi brakowało... ale może to jedynie dlatego, że znałam już wszystkie najśmieszniejsze momenty? Możliwe.


13. Jak zostać kotem 4/10- cóż za elokwencja twórców, którzy w dubbingu kota wykorzystali Tomasza KOTA. Pewnie mieli niezłą polewę. ha ha ha. CO?! Czy serio ten film na polskich plakatach mógł pochwalić się jedynie tym śmiesznym żarcikiem? Najwidoczniej tak. Znacie te filmu, kiedy po obejrzeniu dowiadujecie się, że Bella wcale nie latała po lesie w samej bluzeczce, a Rose nie zostawiła swojego ukochanego w prawdziwym oceanie? Aktualnie kręcone filmu w studio mogą zmylić widza i to jest w nich wspaniałe.... ale ten nie miał jak oszukać. Wszystko było kręcone na zielonym tle i widać to tak chamsko, że aż chce się płakać. Tragedia, a takie filmy o wchodzeniu człowieka w kota, to już moglibyśmy sobie odpuścić. Niesamowitość takich produkcji skończyła się bardzo dawno ;)


14. Sausage party 6/10- to kolejny, po Zwierzogrodzie, film który zobaczyłam za późno! Zaczynałam go chyba z piętnaście razy, ale przez kiepskie tłumaczenie poddawałam się po kilku minutach. Czy fajny? Fajny. Czy bardzo wulgarny- bez przesady. Nie przekracza dobrego smaku i można się pośmiać, a przecież o to w tym wszystkich chodzi. Wiele razy jest jednak zbyt dosłowny żeby można było iść na niego z dzieckiem ;)


15. Sully 6/10 - kilka słów o filmie napomknęłam już podczas Najlepszych okładek 2016! no i cóż? Nie podobał mi się. tzn. oglądałam go na dwa razy i pierwsza część totalnie nie, a druga całkiem spoko. Ale po co robić tak bardzo komercyjne filmy, kiedy istnieje już tak dobra książka, która odnosi sukces i ludziom się podoba?! Smutno mi, bo liczyłam, że ten film będzie bardzo dobry!

No i tyle, mam nadzieję, że zachęciłam Was do obejrzenia kilku filmów w ferie ;)
Buziaki! :*

poniedziałek, 30 stycznia 2017

Dziesięć okładek 2016!

Hejka! ;)
Wiem, że już dawno po podsumowaniach roku, ale u mnie najwidoczniej to właśnie dzisiejszy dzień jest tym idealnym dniem. W tamtym roku mój post zrobił furorę i pomyślałam, że dobrym pomysłem byłoby zrobić nowe zestawienie moich numerów jeden w kategorii okładki roku! Pomysł na to jest taki sam jak wtedy- uznałam, że nie interesuję się okładkami książkowymi aż tak bardzo, aby móc robić zestawienie wszystkich książek polskich wydawnictw- takie na pewno zobaczyć możecie na blogach takich jak róbmy dobrze itp. Natomiast ja postawiłam na zupełne nieprzejmowanie się datą premiery, a jedynie rokiem przeczytania ich przeze mnie. Jest to o tyle łatwe, że mówię Wam prawie o każdej książce, która trafia w moje ręce, więc wystarczy, że wejdę w kategorię książki i wiem już wszystko^^. Kolejną, już ostatnią rzeczą, która wyróżnia mój ranking jest to, że biorę pod uwagę wszystkie wydawnictwa, nie tylko te, które z perfekcyjną dokładnością kładą nacisk na stronę wizualną. Czemu to robię? Po pierwsze- w tym roku do moich rąk z wydawnictw przodujących w ilustracjach trafiło jedynie wydawnictwo Dwie Siostry ze swoimi bodajże czterema tytułami (ale uwierzcie, że tak dobre wydawnictwo mi wystarczy!♥) a po drugie- z racji tego, że aktualnie cierpimy na brak dobra wizualnego w konsumpcjonizmie chcę zwrócić uwagę na to, że czasami w tych zwykłych wydawnictwach dzieją się rzeczy dobre. To oczywiście również puszczenie oka do wydawnictw, których książek w ciągu roku czytam najwięcej i z racji tego krytykuję największe ilości właśnie ich okładek- spokojnie, takie które doceniam również się zdarzają! :D No to lecimy:

1. M.O.D.A.- moja świadomość graficzna i projektowa oraz serce już mocno zakorzenione w dobrych BARDZO DOBRYCH rzeczach nie pozwoliłoby mi na pierwszą dwójkę (tak, bo tym razem liczba ma znaczenie) nie postawić dzieł wydawniczych mojego ulubionego wydawnictwa. Przoduje to przede wszystkim M.O.D.A. czyli jedna z moich ulubionych serii książek dla dzieci jak i dorosłych. Niewątpliwie wiecie o niej już dosyć sporo, bo wspominam o tym często. W tamtym roku miałam przyjemność zapoznać się z D.E.S.I.G.N.E.M. czyli czymś co mi bardzo bliskie i ważne. Podczas tych dwunastu miesięcy miałam takie okazje aż dwie. Przy M.O.D.Z.I.E. oraz O.G.R.O.D.A.C.H. od razu uprzedzam- O.G.R.O.D.Ó.W. nie będzie. Chociaż jest to niewątpliwie warte czwartego miejsca, to jednak jak na to wydawnictwo- wymagam więcej! ;)


2.KAWALERKA- rozmiar ma znaczenie i to ogromne! Uwielbiam wracać do tej małej książeczki. Ze względu na historię, wykonanie, ale przede wszystkim rysunek. W mojej szkole, jak i zapewne w każdej plastycznej, wpajane jest od najmłodszego, że dobry rysunek to wartość najcenniejsza. Rysunkiem można załatwić wszystko i za każdym razem będzie to dobre rozwiązanie. Idealnym przykładem tych słów jest właśnie Kawalerka. Z pozoru niezdarny rysunek pięciolatka nabiera niesamowitych wartości. Piękna dwukolorowa okładka (żółty grzbiet) idealnie ze sobą kontrastuje i jest po prostu świetna. Ja jestem kupiona! :D


3. WAJDA. KRONIKA WYPADKÓW FILMOWYCH- mam nadzieję, że zupełnie Was to nie dziwi, że ostatnie miejsce na podium zajęła właśnie ta okładka. Rozpływałam się o niej w poście jak i poza blogiem. W tajemnicy powiem Wam, że nadal, kiedy tylko mam okazję na nią patrzeć, jestem zachwycona! A skoro już tak o tym moim Liceum Plastycznym, to teraz też napomknę! Tak jak wychwala się rysunek, tak w mojej szkole totalnie nie akceptuje się fotografii. Pewnie niezbyt wiele osób to odczuwa, ale z racji tego, że ja fotografią zajmuję się dosyć mocno, to dochodzą do mnie te komentarze z podwojoną siłą. Zupełnie nie zgadzam się ze stwierdzeniem, że fotografia nie ma znaczenia. Wystarczy popatrzeć na tą okładkę. Za każdym razem wymusza na mnie tyle emocji, że gdybym miała zrobić ranking swoim ulubionych okładek życia (a nie zrobię, bo na pewno nie pamiętam wszystkich), to książka Bartosza Michalaka zajęłaby niewątpliwie jedno z pięciu pierwszych miejsc! Genialna! I oczywiście nie chodzi jedyni o zdjęcie (ale przede wszystkim o nie), ale również o dobór fontu, koloru i kompozycji.


4. SKLEPY CYNAMONOWE- dzisiaj złożyło się jakoś bardzo mocno wydawniczo- jedno po drugim, ale uwierzcie, że nie robię tego specjalnie hahahhaa. Uwielbiam wydania ilustrowane, które proponuje wydawnictwo MG. W moje ręce wpadł już na pewno Proces oraz Pan Tadeusz (swoją drogą- mam nadzieję, ze teraz robię o wiele lepsze zdjęcia i za kilka lat nie pomyślę o tych teraźniejszych tego, co o tych sprzed kilku lat haha^^), jednak Sklepy Cynamonowe dopiero tak naprawdę skradły moje serce. Chodzi przede wszystkim o ten idealny żółty odcień tła! Jestem zachwycona, ale czy można się dziwić? Za grafiki w całej książce (również tej na okładce) odpowiada sam Bruno Shulz :)


5. CO ZA SZYCIE- dodana co prawda na bloga już w roku 2017, ale będę miała to na uwadze podczas kolejnego zestawienia. Nie mogło jej zabraknąć, tym bardziej, że została przez Was tak dobrze przyjęta ostatnimi czasy. Podoba mi się przede wszystkim dlatego, że wiem jest autorka tej książki i jestem przekonana, że jest tu przelana cała jej szalona dusza. Jest kolorowo, jest dużo, a mimo wszystko nie jest przytłaczająca. To duża sztuka zrobić tak dobry bałagan, dlatego doceniam! :)

6. PANI FURIA- kiedy tylko otworzyłam kopertę byłam zachwycona tak dobrą i gustowną okładką! Bardzo dobre zdjęcie, dobra kompozycja oraz rewelacyjny pozłacany font sprawia, że książka nabiera niesamowitego charakteru. Ostatnimi czasy dostałam nowe wydanie, które ma już jedynie imitację złotych liter i już się nie świecą- powiem Wam, że moim zdaniem okładka bardzo straciła na wyrazie. Dlatego jeżeli będziecie mieli okazję być w księgarni i samemu wybierać egzemplarz, to zwróćcie uwagę na pismo :) W każdym razie ja uwielbiam kiedy podczas czytania kilka razy odrywam się od czytania, aby popatrzeć na okładkę. Nie wiem, czy to dobrze o mnie świadczy, ale uwielbiam oceniać książki po okładce^^. Oczywiście nie skreślam tych ze złą grafią, ale czyta mi się je w pewien sposób o wiele gorzej. Cieszę się, że ta była tak dobra, bo środek również powala na kolana! :)


7. POMNIEJSZY PRZYPADEK MANII WIELKOŚCI- po przeczytaniu książki wiele razy widziałam ten motyw wykorzystany w innych miejscach oraz w jakimś sklepie można było go kupić jako plakat. Przez to moja opinia uległa lekkiej zmianie, ale mimo wszystko przy tym rankingu powrócę do tej pierwotnej ;) Uwielbiam małe formaty książek, więc jeden plus już ma! Poza tym bardzo dobra kompozycja (chociaż powalczyłabym jeszcze z tytułem), dobre kolory i wszystko na swoim miejscu. Nienarzucająca się. Odpowiednia. Gdyby takie okładki były najgorszymi, to żylibyśmy w raju graficznym.


8. POLACCY- coś mi w niej nie gra. Coś jest nie tak, ale mimo wszystko jest dla mnie bardzo przyjemna. Może przekonuje mnie do niej również środek, tekst i ilustracje? Podoba mi się pomysł, bo chociaż jest banalny (historia o rodzinie? To zróbmy okładkę ze zdjęciem rodzinnym w starym stylu. Kojarzycie to już skądś?) to jednak wykonany jest w dosyć ciekawy sposób. Kolejna książka z dobrą kompozycją, całkiem dobrym rysunkiem, kolorem oraz fontem! :)


9. SPOSÓB NA CHOLERNIE #SZCZĘŚLIWE ŻYCIE- pamiętam kiedy pierwszy raz zobaczyłam tę okładkę. Z automatu się zakochałam. Aktualnie nie podoba mi się już tak bardzo, ale mimo wszystko jest dobra. Na początku nie widziałam jak wiele rzeczy dzieje się na tej pierwszej stronie. Po głębszym zapoznaniu czuję ten pełny chaos... ale czy z z chaosu nie powstaje szczęście? Tak to sobie tłumaczę i podoba mi się o wiele bardziej! Niesamowicie dobre zestawienie kolorystyczne. Przemawia do mnie mocno... ale aż głupio pisać mi o stronie wizualnej tej książki. Już o niej pisałam, więc pewnie kogo miałam, to zachęciłam- jedna jeśli ktoś jest nowy, to bardzo gorąco polecam zapoznać się również z wnętrzem! Nie pożałujecie ;)


10. SULLY- bardzo nie lubię kiedy książka jest łączona z filmem (na dodatek, kiedy film jest nie za fajny). Wolę kiedy wszystko jest odbierane osobno. Wtedy mogę zaakceptować różne wybryki reżysera i niezgodności z książką... ale kiedy książka ma na okładce plakat filmowy, a środek zupełnie nie zgadza się z obrazem to czuję lekki zgrzyt. Jednak pomińmy komentarze na temat filmu (na to przyjdzie czas ostatniego dnia stycznia- tak, wracam do filmowych postów. Mam nadzieję, że na dłużej!) to bardzo dobra okładka! Było mi przyjemnie patrzeć na nią podczas czytania, a uwierzcie, że czytałam ją jakoś bardzo długo. Czuję, że okładka z Tomem Hanksem zasługuje na zamknięcie mojej dziesiątki książkowej poprzedniego roku! 


Nie ukrywam, że mam niedosyt. Pierwsza szóstka jest bardzo mocna, ale ja wolałabym mieć dylematy w postaci dwudziestu idealnych okładek i wybierać z nich z bólem serca jednak te najlepsze z najlepszych. W tym roku czułam, że szło mi to bardzo na siłę. Ten rok był pierwszym tak bardzo nieczytelniczym rokiem mojego życia. Ciężko żyje się z tą świadomością na sercu, ale skoro było tak źle, to już musi być tylko lepiej! :D Mam nadzieję, że Polskie wydawnictwa w tym roku szykują dla nas niesamowite niespodzianki graficzne! Od początku stycznia dostałam już przynajmniej trzy, które mogą nadawać się do bitwy o bycie na liście. Okaże się już za jedenaście miesięcy, a tymczasem życzcie mi, abym w tym roku przeczytała wiele dobrych książek, które pobudzą moje emocje. Ja życzę Wam tego z całego serca! Na życzeniach oczywiście się nie skończy, jak co roku, na fioletowym-sercu będę starała się podkładać Wam pod nos najciekawsze tytuły, dla których warto stracić kilka nocy lub te, które lepiej zostawić na półce w sklepie. 

Buziaki! :*

niedziela, 29 stycznia 2017

niedzielne inspiracje



Hejka! :)
Mam dla Was dzisiaj niedzielne inspiracje w bardzo okrojonej wersji, ale myślę, że całkiem ciekawe. Chciałam o wszystkim napisać osobno, ale miałam to w głowie od kilku miesięcy, więc wydaje mi się, że czas się skończył i czas iść z nowymi tematami, a nie cofać się do przodu. Jednak z racji tego, że chciałam Was wspomnieć chociaż kilkoma słowami o rzeczach, które ostatnimi czasy skradły moje serce, to postanowiłam zrobić to właśnie dzisiaj! :) Niech zdjęcie na górze Was nie zwiedzie. Samo robienie zdjęcia i jego zestawienie bolało moje serce, ale mam nadzieję, że zostanie mi to wybaczone. Teraz powiem tylko tyle, że dwie rzeczy skradły moje serce, a jedna miała to zrobić, ale niestety zupełnie jej się nie udało. Lecimy!



1. Plantarium i rewelacyjny pomysł na oplątwy w doniczkach w kształcie dinozaurów.  Facebook oszalał na ich punkcie, a przynajmniej mój, bo zauważam, że coś co wydaje mi się oczywiste dla Was nie zawsze takim jest. To jest mega fajne! Fajnie, że mogę Wam czasami powiedzieć o czymś co wydaje mi się już przegadane na wszystkie sposoby. W najbliższym czasie szykuję dla Was post z ogromną listą fanpage'ów, które są moimi ulubionymi i z których każdego dnia czerpię mnóstwo inspiracji. Nigdy nie rozumiałam fenomenu prowadzenia konta facebookowego swojej strony. Ja nadal się od tego wzbraniam, ale mogę Wam tylko zdradzić... że już niedługo ;) Kiedy zaczynałam prowadzić bloga to wszystko wyglądało zupełnie inaczej. Facebook dopiero się rozwijał i ludzie jednak więcej czasu spędzali w internecie na blogach niż na swoim koncie. Aktualnie sprawa wygląda inaczej i zauważam to nawet po sobie. Więc do czego zmierzam? No właśnie do tego, że mam mnóstwo polubionych stron dlatego, że kiedyś trafiłam na bloga/ stronę/ itp. ale z racji braku czasu zostaje mi możliwość jedynie przeglądania tablicy i stamtąd dowiadywania się wszystkich rzeczy, które mnie interesują. Tak samo tyło z oplątwą. Najpierw dowiedziałam się o nich z róbmy dobrze polubiłam Plantarium na fb i co jakiś czas wchodziłam na sklep żeby wreszcie zdecydować się na zakup. Uznałam, że jest to niesamowicie kontrowersyjne. Komukolwiek pokazywałam każdy uważał, ze jest to naprawdę bardzo brzydkie, a u mnie w sercu gdzieś już zakorzeniła się myśl, że będę szczęśliwszy człowiekiem posiadając takiego małego zwierzaczka. Jednak nic nie robiłam w tym kierunku, aż do momentu, w którym pojawił się dinozaur w przepięknym szarym odcieniu. Chwała za to, że wstrzymywałam się z zakupem! Z szarą figurką poczułam miłość od pierwszego wejrzenia i teraz idealnie komponuje się z moim pokojem. Nadal jestem zakochana i trochę cierpię z tego powodu, że nie umiem dbać o rośliny, chociaż daję mu naprawdę mnóstwo miłości i mam nadzieję, że to docenia hahahha :D Plantarium możecie polubić TUTAJ, a oplątwy zamówić TUTAJ, chociaż aktualnie żadna z figurek nie przypada mi do gustu.

 2. MIÓD PODROŻAŁ-  to kolejna perełka o której dowiedziałam się z róbmy dobrze. Uwierzcie, że to skarbnica inspiracji wszelakich! Co prawda do mnie trafia coś bardzo sporadycznie, ale jak już trafi to ostrym piorunem. Niestety zbierałam się, zbierałam i zbierałam i informuję Was o tym już po fakcie, ale dla chcącego nic trudnego- może jakby ktoś chciał to się uda. Mianowicie: Marta Moosiatko Streng zrobiła coś fenomenalnego! Wydała książkę. Swego rodzaju pamiętnik. Bardzo osobisty, ale jednak nie wchodzący aż tak głęboko. Widać to po samych zdjęciach, bo chociaż bohaterowie na zdjęciach są łudząco podobni do pierwowzorów tj. Marty i jej męża, to jednak zostali wynajęci jedynie na sesję zdjęciową, którą wykonała sama Marta, co było dosyć logiczne, bo kobieta robi przepiękne zdjęcia. Jest tekst. Są zdjęcia. Jest przepiękna miłość. Jestem aktualnie na etapie tworzenia własnej artystycznej książki na prace dyplomową (o tym też już niedługo na blogu. Wreszcie!) dlatego czerpię inspiracje ze wszystkiego, a uwierzcie, że z tego czerpać można garściami. Przepięknie wydana, fantastyczny wydruk fotografii- na eko papierze, więc na wstępie uniknęliśmy nieporozumienia błysku połączonego ze zdjęciem (to się nie klei- zapamiętajcie to^^). Delikatny font i przepiękne słowa. Wszystko przypieczętowane wielkim sercem, ponieważ książka cała kwota uzyskana z zakupu książki została przekazana na chorego chłopca. Bruno potrzebuje pomocy i chociaż już bez książki, nadal można mu pomóc. Zachęcam do tego i odsyłam TUTAJ- na pewno znajdziecie tam wszystkie potrzebne informacje oraz nieziemskie ilości przepięknych fotografii! A ja uległam pokusie i niestandardowo, jak na mnie, przedstawiam Wam kilka stron ze środka. Warto posiadać♥ Cudo!

3. MOJE Q&A- czasami zachłystujemy się przedziwnymi rzeczami... i to jest właśnie jedna z nich. Boli mnie to zestawienie, ale wiecie, że nie lubię jedynie chwalić lub tylko krytykować- lubię w tym wszystkim trzymać harmonię. Tak więc dzisiaj też jeden błąd ostatnich miesięcy. Naprawdę nie wiem co mnie podkusiło o posądzenie tej książki o coś dobrego. Nie cierpię tej mody na alternatywne książki- po których można pisać, można niszczyć i wydzierać strony. Wszystko oczywiście zapoczątkował: Zniszcz ten dziennik, który oczywiści posiadałam i na początku nawet całkiem mi się podobał- był mocno awangardowy w świecie wydawniczym. Jednak nastał okres kiedy obok tej mody zaczęłam chodzić okrężną drogą, pomijając je wszystkie z zamkniętymi oczami. Aż pojawił się Moje Q&A, a ja zwariowałam. Uznałam, że musi być bardzo fajnym pomysłem odpowiedzieć sobie na miliard pytań i później wracać do nich przez trzy lata ponownie robiąc to samo. Nie kupiłam jej. Uf! Całe szczęście, obwiniałabym się za swoją głupotę do końca życia! :D Dostałam ją na gwiazdkę od kolegi. Ucieszyłam się, aż nie zaczęłam wczytywać się w pytania. Nie są ciekawe. Są wręcz żałosne i odechciało mi się otwierać go kiedykolwiek jeszcze. Plan był taki, że będę go posiadać i wraz z moim chłopakiem odpowiemy na wszystko i będzie bardzo zabawnie... tylko, że no nie będzie ;) Tak więc apeluję (i zawsze o to apelowałam!) jeśli chcecie wydać własne pieniądze na książkę- wejdźcie w zakładkę na moim blogu: książki i zobaczcie tytułu, które polecam. Zajrzyjcie na inne fajne strony, na których polecane są dobre wydawnictwa z genialnymi ilustracjami lub po prostu dobre treściowo. Nie ma czegoś takiego jak zmarnowanie pieniędzy na literaturę- pamiętajcie to... ale przestańmy wreszcie podniecać się tymi śmieciowymi książeczkami, które powstają pewnie w dziesięć dni! Mówię to również do siebie i biję się w pierś, że znów się nabrałam :D Także tak...


Udanej niedzieli!
Buziaki! :*

sobota, 28 stycznia 2017

Łąki Łan Syntonia

Hejka! :)
Tak jak wspominałam przy muzycznej siódemce- dzisiaj nadszedł czas na moje wypowiedzenie kilku słów na temat najnowszej płyty Łąki łan. Zespół przeze mnie uwielbiany przede wszystkim za rozrywkę, którą za każdym razem zapewnia mi na koncertach. Nie wiem, czy mieliście kiedykolwiek przyjemność uczestniczenia w tym wydarzeniu, ale ja byłam już dwa razy. Kilka lat temu na kameralnym koncercie w elbląskiej Mjazzdze oraz stosunkowo niedawno, bo w wakacje, na darmowym koncercie na plaży podczas festiwalu w Helu. Każdy z nich miał tyle samo energii i na każdym bawiłam się równie mocno. Wiecie jak to jest, kiedy pierwszy koncert okazuje się wyśmienity jedziecie na drugi z nastawieniem, że spotka Was coś równie dobrego... zazwyczaj jednak zostajemy z niczym i wracamy ze smutkiem w sercu, ponieważ aż tak fajnie nie było. Jednak taka sytuacja nie zdarza się na Łąki łan. Te dwa razy dały mi całkowitą gwarancję tego, że totalnie zawsze- nie ważne w jakim towarzystwie, kiedy i w jakim humorze- zawsze jest idealnie! ♥

O płycie dowiedziałam się zupełnie przypadkiem pewnego dnia na facebooku. Nie podchodziłam do niej z jakimiś wielkimi emocjami. Nawet nie miałam zamiaru jej kupować, ale kolega zrobił mi genialną niespodziankę na święta i z racji tego jestem posiadaczką najnowszej płyty Łąki Łan. Nie mam parcia na posiadanie płyt tego zespołu ponieważ najwięcej szczęścia daje mi słuchanie ich na żywo lub w samochodzie, którego nie posiadam, więc zdaję się na łaskę Magdy w tej kwestii, a że ona również uwielbia, to płytę z ich największymi hitami posiada i mamy niezmierną przyjemność bujania się podczas jazdy :D 

Łąki łan na swoim koncie ma już cztery płyty, z czego ja aktualnie posiadam dwie: ŁąkiLanda i Syntonia, a Armanda jest moją ulubioną- taki absurd ;) I przy okazji wymieniania tych wszystkich płyt zacznę trochę nietypowo, bo od strony graficznej (czyli mojej standardowej wisienki na torcie). Co by nie mówić o zespole- ich muzyczne oprawy graficzne nie były spełnieniem moich najskrytszych marzeń. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że były jakieś tam, ale nie zawieszałam na nich zbyt długo swojego oka. Natomiast najnowsze wcielenie JEST ZNAKOMITE! Nie lubię pozbawiać Was niespodzianek i świadomości bardzo dobrego ukrytego w środku... ale dzisiaj nie mogę się powstrzymać. 

Bardzo kolorowa okładka (na zdjęciu nie oddałam jej charakteru. Wyszła zbyt mdła i widzę to dopiero po przyłożeniu oryginału do ekranu) i książeczka w tej samej stylistyce, w której oczywiście znajdują się teksty piosenek (które przy Łąki łan są niezbędne^^) oraz trzy zdjęcia, z których w dwóch jestem wręcz zakochana! Bardzo baśniowe i idealnie wpasowujące się w całą konwencję. Jednak poza tymi kolorami i środku... nie ma nic. CD jest białe, tak jak całe pudełko. Daje to niesamowity efekt.

Przechodząc do sedna- muzyka! Płyta składa się z dziewięciu piosenek i trwa ponad pięćdziesiąt minut. Podaję ten czas, ponieważ nie znoszę płyt, które oferują nam jedynie kilka piosenek, a na dodatek trwają nie dłużej niż pół godziny. Dlatego niech Was nie zwiedzie skąpa lista utworów- płyta jest naprawdę w porządku i nie kończy się zaraz po rozpoczęciu. Pierwsze dwie piosenki tj. "Mucha nie siada" oraz "Pola ar" to coś tak fenomenalnego, że mogłabym słuchać bez przerwy! Uwielbiam ich za to przymrużenie oka, ale i niesamowitą świeżość tekstów. Pozytywna energia i niesamowicie dobry nastrój udziela się chyba każdemu! Na płycie standardowo znalazły się również kawałki w języku angielskim, które (chociaż lubię) nie przemawiają do mnie z taką mocą. Tak więc za nami cztery utwory, co z kolejnymi pięcioma? Bombaj jest utworem idealnym (możecie go z video znaleźć na Youtube!), a pozostałe cztery to przeciętne, dobre, ale nie rewelacyjne Łąki łan. 

Podsumowując. Warto? Są takie zespołu, przy których zbędne jest takie pytanie- to właśnie jeden z nich. Wiem, że mogłabym kupować w ciemno wszystko co stworzą, a i tak byłabym zadowolona. Więc jeśli jeszcze się zastanawiacie- to nie warto! Biegnijcie do sklepów i wrodźcie z dawką dobrej energii! ;)


Buziaki! :*

piątek, 27 stycznia 2017

Naturalny peeling solno-błotny z morza martwego


Hejka! :)
Tak rzadko dodaję na tego bloga posty kosmetyczne, że zawsze jest mi w pewien sposób nieswojo i czuję, że stąpam po niepewnym gruncie hahahhaa. W każdym razie nie ma co się poddawać- jestem normalną dziewczyną, która używa wiele kosmetyków i umiem rozeznać co jest mega świetne i działa, a co nie do końca.

Dzisiaj mam dla Was produkt bardzo dziwny. Naturalny peeling solno-błotny z morza martwego firmy White Flower's. Używam peelingów od dłuższego czasu. Za każdym razem przed depilacją, bo inaczej moje nogi wyglądają jak mała tragedia. Zazwyczaj były to kosmetyki z kolekcji Tutti Frutti, bo miłość do nich została mi chyba od dziecka, poza tym uwielbiam kiedy coś tak pięknie, słodko, a zarazem orzeźwiająco pachnie. Jednak na ostatnich zakupach postanowiłam poszaleć i zdecydować się na coś bardziej naturalnego i zapewne zdrowszego. Etykietka niesamowicie mnie zachęciła. Tym bardziej byłam przekonana, że kiedy odzwyczajałam się od mojego ukochane szamponu na rzecz bardzo naturalnego produktu czułam się świetnie i zostałam mu wierna do teraz. Niestety tym razem nie nawiązałam romansu z naturalnym produktem...

Moim pierwszym niezbyt miłym zaskoczeniem było to jak wyglądał, ale szybko przeszło mi moje zdziwienie, bo przecież nastawiałam się na produkt naturalny, a w środku uwierzcie, ze wyglądał na najbardziej naturalny jaki kiedykolwiek miałam. Prosto mówiąc- wyglądało jak zwykłe błoto. Nie zachęciło mnie to całkowicie, tym bardziej, że zapach był bardzo intensywny i niezbyt ładny. Sposób użycia również pozostawia wiele do życzenia. Produkt rozwarstwia się i nie wygląda atrakcyjnie. Nakładanie na ciało jest jakąś katorgą, bo później cały mój prysznic wygląda jak po przejściu błotnej wichury. 

Jedyne co dobre, to to, że po zmyciu produktu skóra jest naprawdę odżywiona, za sprawą olejku arganowego. Jednak nawilżenie nie trwa zbyt długo.

Kolejnym, już ostatnim, minusem jest opakowanie. Forma jest jak najbardziej odpowiednia. Dosyć duże, płaskie, okrągłe pudełko, które jest bardzo wygodne w użyciu... ale kto wpada na pomysł robienia etykietek z papieru? Przecież wiadomo, że peeling używa się na mokrą skórę, więc każda kobieta trzyma go zapewne pod prysznicem, gdzie (nie da się ukryć) jest zazwyczaj mokro. Pudełko już po kilku dniach nie wygląda estetycznie. Ja czekam jedynie na to, aby już się skończył i abym mogła wrócić z powrotem do moich owocowych peelingów ;)

Jednym słowem- nie polecam. Mam nadzieję, że będziecie mieli moją opinię na uwadze w czasie zakupów :)


Buziaki! :*

czwartek, 26 stycznia 2017

Co za szycie


Hejka!:)
Kojarzycie taki temat, który przewijał się w prawie co drugim poście i zawsze mówiłam, że wreszcie się za to zabiorę i napiszę? Cały proces motywacyjny trwał ponad rok, ale wreszcie jest! Jest mi niezmiernie miło, że właśnie dzisiaj mogę przedstawić Wam jedno z moich najfajniejszych i najbardziej pozytywnych odkryć ostatnich miesięcy. Oczywiście, inspiruje mnie wiele rzeczy, ale przy tym zostałam wierna. No to lecimy.

Dzisiejszym powodem notki jest: "Co za szycie". Anna Maksymiuk- Szymańska lub po prostu Ruda za sprawą swojej książki zmotywowała mnie do zakupienia maszyny do szycia, do której wzdychałam od wielu lat. Okazało się, że ta niewielka rzecz jak książka dla początkujących krawcowych sprawiła, że podkuszona ciekawością głosu i zachowania autorki Co za szycie sprawdziłam ją na Youtube. Od pierwszych minut wiedziałam, że zostanę na dłużej. To niesamowicie ciepła osoba z głową pełną pomysłów. Ześwirowana i bardzo kolorowa!♥ Już na wstępie zapraszam Was na kanał Rudej, który w tym roku zmienił nazwę na Made by Ruda KLIK. Ja niestety nie zawsze mam czas na oglądanie filmów, dlatego polubienie strony na facebooku jest zawsze dobrym pomysłem i Was również do tego zachęcam. Fanpage jest aktualizowany codziennie kilka razy, a tyle pozytywnej energii można stamtąd wynieść jak znikąd! :D  Po roku znajomości z kanałem, książką i funpagem mam na swoim koncie kilka rzeczy, które uszyłam sama i którymi mogę chwalić się na okrągło- taka jestem z siebie dumna! Oczywiście nie wszystko było tylko i wyłącznie zaczerpnięte z kanału Ani, ale nie ma co ukrywać, że za każdy razem początkową frazą jaką wpisuje jest coś co chcę uszyć + coza szycie hahahha. Po roku jestem zaprzyjaźniona z moją maszyną i chociaż cierpię na brak czasu i nie mam możliwości usiąść i szyć przez kila godzin nowych ciuchów, to jest zawsze pod ręką. Sprawia mi to satysfakcję, gdy mogę jej użyć nawet jedynie do podszycia rozwalonej, czy zbyt długiej nogawki. W czasie tych kilku miesięcy udało mi się uszyć plecaki na zaliczenie tematu w Liceum Plastycznym na temat Natura (i stworzyłam własny materiał!)- plecaki zobaczyć możecie TUTAJ; zrobić pierwszą w swoim życiu spódnicę, która wyszła super! TUTAJ, torbę (którą już wyrzuciłam, bo zupełnie mi się przestała podobać jednak!^^) TUTAJ i nieudane spodnie, które miały służyć mi jako 1/2 pidżamy... no cóż- niestety nie zawsze jest tak kolorowo. Możecie je zobaczyć TUTAJ... było tego jeszcze kilka, ale więcej nie pokazywałam na blogu. Natomiast teraz przyszły do mnie genialne dwa materiału w koguty i twarze, z których mam zamiar zrobić spódnicę do kolan, kilka kieszonek do bluzek i może jakąś bluzkę- byłoby super! :D Wiecie co jeszcze dało mi oglądanie kogoś kto szyje? Trzeba wszystko robić spokojnie, a przede wszystkim- używać bardzo dużej ilości szpilek, ponieważ inaczej wszystko w połowie wkracza na zły tor i wcale nie idzie prosto, tak jak mieliśmy to w planach! ^^ Na początku wkurzałam się, że zanim włączę maszynę muszę wszystko dokładnie odmierzyć, dociąć i założyć żeby się nie siepało, bo przecież wszystko mogłabym sobie ułożyć w rękach i podczas szycia kontrolować. No niestety życie nie jest takie proste ^^ Jestem dumna z siebie, że po jakimś czasie nauczyłam się, że bez pośpiechu wszystko wyjdzie lepiej i dokładniej! Polecam Wam również ;)

Jeszcze tak o samej książce, bo może kogoś zainteresuje. Premierę miała ponad rok temu i w pewnym momencie internet wrzał, ja sama usłyszałam o książce chyba z filmiku z propozycjami na prezenty od Red Lipstick Monster i tego samego miesiąca znalazłam ją pod choinką od Babci.
Może to dobrze, że dodaję ten post kiedy już wszystko przynajmniej trochę ucichło? ;) Co za szycie to przepięknie wydany ilustrowany podręcznik dla zupełnie początkujących. Znajdziecie tu mnóstwo zdjęć z samego procesu tworzenia, ale również już gotowych rzeczy na modelce (a obok niej rysunkowa postać, na której możecie projektować swój ciuszek!) Co moim zdaniem najciekawsze znajdziemy tutaj przede wszystkim wiele ciekawych informacji na temat wyboru maszyny do szycia, (ja może nie skorzystałam aż tak dokładnie słowo w słowo, ale muszę przyznać, że zamawiając swoją byłam o wiele spokojniejsza, kiedy mój wybór spełniał wymagania, które były uznane za te najistotniejsze), niezbędne akcesoria do szycia, podstawowe szwy i ściegi oraz co chyba mi sprawiało najwięcej kłopotu- skąd brać najciekawsze materiały... oraz jaki materiał do czego i do czego w ogóle on się nadaje?! Wiecie jak to jest, kiedy chcecie uszyć coś oryginalnego, a w stacjonarnych sklepach znaleźć możecie jedynie materiały gładkie, bez żadnych wzorów. To nie uszczęśliwia oka. W środku znajdziecie również przepis na to jak uszyć konkretne rzeczy. Jest ich około osiem i są to zupełnie podstawowe, ale bardzo efektowne rzeczy takie jak: bluza, koszulka, torba, spodnie, czy spódnice. Prawda, że podstawowe? Ale to nie znaczy, że musi być nudno- wręcz przeciwnie!

I nawet jeśli wychwalałabym ten projekt jeszcze trzy godziny, to dam Wam jedną super radę. Przed kupieniem książki (albo już nawet po) spotkajcie się ze swoimi Babciami. Niech pokażą Wam chociaż jak używać pedału i wpoją Wam do głowy, że zawsze przed wyjęciem materiały musicie podnieść stopkę do góry^^. Ja swoje lekcje pobierałam już w gimnazjum i zostało mi w nich naprawdę wiele. Przynajmniej jak przyszła do mnie maszyna wiedziałam jak zaczepić nitkę i bez problemu używałam wszystkiego co na maszynie się znajdywało.

Nie byłabym sobą, gdybym nie wspomniała o okładce. Ze spaczonym okiem plastyka aż kuje mnie podobizna Ani i pewnie popracowałabym nad nią troszkę dłużej, ale w tym całym pozytywnym chaosie, który dzieje się na stronie tytułowej wiele mogę wybaczyć. To naprawdę bardzo przyjemna oprawa graficzna i od roku bardzo dobrze wygląda na stosie moich książek. 

Uf. No to od dzisiaj już wreszcie wiecie! Kto nie znał- zapraszam, bo warto doceniać fajnych ludzi! :D A ja uciekam i szykuję dla Was kolejne posty. Od środy mam ferie, więc chciałabym żeby ten blog chociaż troszkę odżył. Wczoraj w pięknym świetle robiłam zdjęcia rzeczy, z którymi chciałam się z Wami podzielić już od pewnego czasu (tak jak to zawsze u mnie bywa^^) i mam nadzieję, że do dwóch tygodni wszystko ujrzy światło dzienne!


No to buziaki! :*

wtorek, 24 stycznia 2017

Maleńka Dorrit

Hejka! :)
Dzisiaj przychodzę do Was z szybkim postem, ale zbierałam się do niego bardzo długo. Myślałam cały dzień na temat książek. Doszłam do wniosku, że straciłam jakikolwiek konkretny swój ulubiony rodzaj literatury. Nie wiem na czym to polega. Może chodzi o to, że czytam zbyt wiele (da się czytać zbyt wiele? To chyba niemożliwe!) różnych gatunków i zbyt wiele z nich mi się podoba i z tego powodu tak trudno mi to wszystko rozgraniczyć. Czemu myślałam o tym właśnie dzisiaj?

Już baaaaardzo dawno zaczęłam czytać swoją drugą w życiu książkę Charlesa Dickensa. Poza lekturą w szkole jaką jest: "Opowieść wigilijna" nie znałam twórczości tak sławnego przecież pisarza. Wiedziałam, że kiedyś muszę to nadrobić i dzięki: "Maleńkiej Dorrit" udało mi się tego dokonać!♥ 
Miałam niesamowite trudności w czytaniu tej książki. Czasami jest tak, że podczas czytania przychodzą do mnie nowe, trochę luźniejsze historie, które wydaje mi się, że przeczytam szybciej i na spokojniej wrócę do tej bardziej poważnej lektury. Wydaje mi się, że nie jest to dobra ocena książki, którą odkładam- gdyby była dobra za żadne skarby świata bym jej nie odłożyła, prawda? Jednak przy tym tytule zdarzało się to kilka razy.... na szczęście- wreszcie udało mi się ją skończyć!

Historia w książce łudząco przypominała mi te pisane przez siostry Bronte, które jak wiecie niesamowicie uwielbiam. Jednak Bronte to Bronte- w moim sercu mają swoje miejsce i nic innego tego nie zastąpi. Czytało mi się to bardzo przyjemnie, ale zdecydowanie zbyt długo. Nie spodziewałam się czegoś takiego po autorze "Opowieści wigilijnej". Myślałam, że to będzie zupełnie coś innego. Podobała mi się, ale jestem przekonana, że drugi raz do niej nie wrócę.

W Maleńkiej Dorrit mnóstwo miłości, mnóstwo zawiłych sytuacji, zwrotów akcji i oczywiście zmian statusów społecznych, co jest tak bardzo charakterystyczne dla twórczości Bronte, o której wspominałam wyżej. Przyjemne to... ale ciężko mi się ją czytało i cieszę się, że już skończyłam! Jedno jest pewne- nie wrócę do niej drugi raz. To jedno spotkanie mi wystarczy ;)

Co do okładki- bardzo mi się podoba! Nie dość, że okładka piękna, to grzbiet również i przepięknie wygląda na moim stosie książkowym. Także bardzo jestem na tak! :D

Jestem na siebie strasznie zła, jest trzecia w nocy. Piszę ten post od dwóch godzin z ogromnymi przerwami na jedzenie oglądanie Adama Szustaka i innych youtuberów. Zajmuję się totalnie wszystkim, tylko nie tym... ale wiem, że to już ostateczny termin na ten post. Nie chcę pisać go nigdy więcej, dlatego zostawiam Was z tak niepoukładanymi zdaniami i uciekam czytać nową książkę, która pali się dzisiaj w mojej torbie z niecierpliwości od połowy dnia! :D Lubię tę ekscytację przed przeczytaniem pierwszych słów nowej historii♥


Jakby ktoś pytał- ustne poszły mi całkiem spoko, ale mam nadzieję, że te prawdziwe pójdą mi lepiej^^
Buziaki! :*

muzyczna siódemka

Hejka! :)
Miałam już iść spać, ale uznałam, że nie zasnę póki nie dodam tego postu. Wszystko za sprawą wczorajszego rewelacyjnego odkrycia muzycznego i dzisiejszego go pogłębienia! ♥ Nie wiem, czy też tak macie, ale ja bardzo dostosowuję się muzycznie pod każdego człowieka, no prawie każdego. Umiem znaleźć z każdym wspólny język, ale ciężko mi, kiedy druga osoba nie akceptuje mojej polskiej muzyki i nie zauważa rewelacyjnego talentu naszych rodaków. Jednak dzisiaj dokonałam małego przełomu w relacji z moim chłopakiem! Znaleźliśmy coś co łączy totalnie wszystkich moich ulubionych polskich piosenkarzy z muzyką elektroniczną, która jest bardzo dobra. Połączenie wpada idealnie w moje jak i Jego uszy! Dzisiaj tylko pobieżnie przesłuchałam kilka utworów z płyty, ale już w kilku kawałkach jestem zakochana i w muzycznej siódemce aż trzy miejsca (!) zajmują kawałki właśnie stamtąd:) No to nie przedłużając- lecimy:


1. Michał Sobierajski/ Suwal- Szukam: podobno w każdym zestawieniu muzycznym znajduje się kilka słów o Pawle. No cóż, dzisiaj nie zmieniam tradycji. Znowu będzie o nim. Wczoraj przeglądałam tablicę i widziałam wzmiankę o nowej piosence Michała Sobierajskiego. Nazwisko mówiło mi wiele, ponieważ posiadam jego debiutancką płytę, ale głupio uznałam, że prawdopodobnie to nie on, bo przecież za wiele nigdy o nim nie słyszałam. Na szczęście Paweł (tak, teraz ten moment, żeby o nim napisać ^^) wysłał mi link do youtuba i dzięki niemu nie zapomniałam, obejrzałam. Zakochałam się w piosence, w teledysku i w efekcie również w płycie. CÓŻ TO ZA WSPANIAŁE DZIEŁO! Słuchajcie wszyscy, bo niesamowicie warto!♥ Po wielkiej ekscytacji postanowiłam włączyć płytę, o której przed chwilą wspominałam, ale jednak już nie ma tego polotu, który czułam w niej wcześniej. Cieszę się, że Michał jako artysta dojrzewa i idzie w tak dobrą stronę. Bardzo trzymam za niego kciuki- warto! :)


2. Piotr Zioła/ Flirtini- Bilet: o Piotrku pisałam już wiele słów jakiś czas temu. Płyty nadal nie zakupiłam, ale bardzo się do tego zabieram, spokojnie. Natomiast teraz dostałam niesamowity prezent w postaci rewelacyjnej piosenki! To kolejny rewelacyjny utwór z wspaniałym teledyskiem. Warto słuchać i oglądać ♥

3. Justyna Święs/ Kleves: Gabriel- za każdym razem kiedy czuję dobry polski, alternatywny materiał już wiem, że Justyna niewątpliwie bierze w tym udział. To mega budujące, że tak mocno rozwija się i nie stoi w miejscu, a na dodatek robi same rzeczy, które trafiają w sedno mojego serca! Żałuję, że nie po polsku, ale cóż mam na to poradzić, skoro i tak jest bardzo dobra? Wystarczy słuchać i się zatracić ♥ Polecam!

4. Matthew Koma: Kisses Back: od jakiegoś czasu namiętnie słucham Eski. Nie cierpię prezenterów i wszystkich dziwnych konkursów, które proponuje ta stacja, ale muzyka leci dobra. Radiowa, ale ostatnio przekonuję się do tego, że ona również ma swoje uroki i można znaleźć dobre perełki... a poza tym- uwielbiam kiedy w kuchni leci muzyka, do której mogę potańczyć! :) Czasami trafia mi się prezent w postaci akustycznych wersji, które- jak wiecie- uwielbiam! Tym razem znów się udało! Nie dość, że całkiem lubię wersję radiową, to ta jest wprost rewelacyjna! Wcale mnie to nie dziwi! Polecam bardzo mocno!♥


5. Łąki Łan: Pola ar- nie wiem, czy już wspominałam o tej płycie. Mam jakieś zaległości płytowe i na blogu i w świecie realnym- czas je nadrobić! Na szczęście mój kolega z klasy troszczy się o mój słuch i na święta kupił mi najnowszy album Łąki Łan. W samochodzie od razu odpaliłam i zakochałam się w pierwszej i drugiej (na razie w tych najmocniej). Pola ar to cudo z tych łąki łankowych cudów świata! ♥ Jeśli jesteście zainteresowani mogę poświęcić cały post na mój komentarz co do tej płyty. Chcecie? ;)


6. Akord.de & Pimietoo: Tired Sleep Heads- pewnie kilkoro z Was wie, ale może nie każdy jeszcze do tego doszedł po kilku wzmiankach w poprzednich muzycznych siódemkach: mój chłopak jest muzykiem i zazwyczaj sam tworzy utwory. Tym razem jednak zdecydował się na duet i wyszło świetnie! Uwielbiam tę nutę i prawdopodobnie mogę być nieobiektywna, ale uwierzcie, że jak mi się coś nie podoba, co zrobi- to mu mówię ^^ Niewątpliwie jednak nie mogło zabraknąć jej tutaj, ponieważ ostatni tydzień wypełnia prawie każdy mój dzień wybrzmiewając z moich głośników przynajmniej kilka razy. Zachęcam do sprawdzenia chociażby z ciekawości. TUTAJ


7. Krzysztof Krawczyk i Katarzyna Nosowska: Bezsenni- Krawczyk to mój taki mały grzeszek muzyczny. Uwielbiam słuchać jego starych piosenek, ale to tak namiętnie po kilka razy! Śpiewam wszystko, bo znam na pamięć. Na szczęście Magda popiera moją miłość i odwzajemnia ją równie mocno jak ja. Niesamowicie się zdziwiłam, kiedy dowiedziałam się, że nagrał duet z Nosowską, ale wiedziałam, że będzie dobrze. Okazało się, że jest rewelacyjnie i oczywiście piosenkę nie lubię dla Krawczyka, a dla Niej. Polecam nawet jeśli go nie lubicie, dobra robota! Serio ;)

No to tyle. Jutro przede mną stresujący dzień, bo aż trzy próbne USTNE matury. 
Boję się jak cholera ;)
Buziaki!

niedziela, 22 stycznia 2017

studniówka



Hejka! :)
Uf! Zmotywowałam się żeby napisać o tak ważnej dla mnie rzeczy na blogu. Mam nadzieję, że fajnie będzie tutaj wracać co jakiś czas (tak jak do innych postów tego typu) oraz mam cichą nadzieję, że może ktoś to przeczyta, zainteresuje go to... a może jest tu dziewczyna, która za rok ma studniówkę i coś jej to pomoże? Byłoby dobrze :) Wczoraj miałam studniówkę! Podobno bal życia i niesamowite przeżycia. Dzisiaj opowiem trochę o tym całym wydarzeniu. Czy to rzeczywiście było takie fenomenalne i czy warto uczestniczyć w tym wydarzeniu.

No to od początku- (a abstrahując, bo właśnie poczułam w sercu- dzisiaj odkryłam nieziemną muzykę, tak więc nowa siódemka coraz bliżej!♥) zawsze wydawało mi się głupotą ogromne przygotowanie do balu, który jest imprezą szkolną i na której są nauczyciele i rodzice... do czasu ;) W tamtym roku miałam być osobą towarzyszącą i iść z kolegą na dużą studniówkę w innej szkole. Odbiło mi totalnie i już w październiku poszłam do krawcowej. Moja koleżanka, która miała własną studniówkę śmiała się, że wkładam w to więcej czasu niż ona, jednak wtedy to było jedynie buszowanie po internecie w celu znalezienia odpowiednich inspiracji dla siebie i krawcowej, szukanie materiału (co było najgorsze) oraz znalezienie krawcowej (która do teraz sukienki mi nie uszyła). Na tym się skończyło, jednak w tym roku przyszedł czas na moją studniówkę i wszystko wyglądało już zupełnie inaczej. Studniówki w Liceum Plastycznym w Gronowie Górnym, to jedne z dwóch najmniejszych, bardzo kameralnych studniówek w Elblągu. Liczba uczniów nie przekracza dwudziestki, co powoduje, że mieścimy się w każdej nawet najmniejszej sali (uf! Jak dobrze, że odpadają miejskie hale gimnastyczne i może być lokalu!♥). Od zawsze trochę żałowałam, że nie będę uczestnikiem tak wielkiego przedsięwzięcia i masówki jaką jest bal maturalny w każdym ogólnokształcącym liceum... ale jak wiadomo- każdy medal ma dwie strony i nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło- nasza szkoła zawsze ma przewodni temat! Poza tym kto mnie zna, wie, że pasuje jedynie do takiego środowiska i to właśnie tam bawię się najlepiej. 
Przez pierwsze trzy lata myśleliśmy o zrobieniu czegoś na wzór studniówki z PRL-u, ale uznaliśmy, że wolimy mieć piękne kreacje, naszły nas myśli o disco... ale wtedy elbląska Mjazzga zdecydowała się wprowadzić najlepsze imprezy w mieście Disco Mjażżdżo, więc nie było już jak konkurować. Dopiero we wrześniu dowiedzieliśmy się, że chociaż to impreza tematyczna, to jednak nie przebierana- musimy wprowadzić jedynie elementy. Zdecydowaliśmy się na maski. Temat dość powszedni, ale chyba na zawsze modny i odpowiedni. Postanowiliśmy, że nie zatrzymujemy się jedynie na maskach weneckich, ale otwieramy swoje głowy na wszelkie pomysły. 

Uwierzcie, że zaczynając przygotowania we wrześniu nie zdążycie zrobić nic. My nie zdążyliśmy. Matura, dyplom, bieżąca nauka, chęć posiadani własnego życia i zwykła niechęć klasowa sprawia, że wszystko i tak zostaje na ostatnią chwilę. Wszystko oczywiście rozbija się o koszty, które są olbrzymie. Sala- wybraliśmy chyba najfajniejszą i najbardziej gustowną w całym Elblągu, ale niestety skończyło się na tym, że wylądowaliśmy w miejscu dość zwyczajnym i niewielkim. Zaproszenia- miało być pięknie, chcieliśmy czerpać garściami z rocznika, który studniówkę miał dwa lata przed nami... ale skończyło się na tym, że jedna z lasek w naszej klasie wzięła gotowy wzór z internetu- bardzo ładny, ale jednak zupełnie nie nawiązujący do balu maskowego... tym bardziej do liceum plastycznego. Z masą błędów i nerwów- w ostatecznym rozrachunku wyszło całkiem ładnie :) Polonez, wydaje mi się, że to jedyna rzecz, którą zrobiliśmy przepięknie! Nie oglądałam go z boku, ale tańcząc go już przed niewielką publicznością czułam się świetnie- a to chyba najważniejsze. Ćwiczyliśmy, spinaliśmy się do tego całością i było widać rezultaty! Uwielbiam ten moment. Po szóstej klasie podstawówki, po gimnazjum i teraz. Jedna z lepszych tradycji, jakie się zachowały na balach. W program artystyczny nie mieszałam się totalnie, odłączyłam się od tego całkowicie i zupełnie nie wiedziałam co się dzieje. Wyszło nudno i bez polotu... ale czy jakikolwiek program artystyczny przygotowany na studniówkę jest fajny? Nie znam takiego. Znalezienie Dj-a okazało się rzeczą z pozoru łatwą... która rozczarowała dopiero na miejscu. Jak każdy wie puszczający muzykę to osoba wręcz święta i najważniejsza na tego typu imprezach. Potrafi wszystko zepsuć lub zrobić z imprezy cudo! U nas wybrał tę pierwszą opcję. Wiecie jak to jest- idziecie na BAL, ubieracie piękne suknie i czujecie się tak przepięknie i dostojnie, więc macie zamiar bawić się również przy takowej muzyce. Wymyślacie playlisty (polecam moją Magdę, która przez kilka miesięcy namiętnie wsłuchiwała się we wszystkie dźwięki i wyłapywała te największe hity, przy których nóżka sama rwie się do tańca)... i nagle na imprezie pojawiają się jakieś żałosne typeczki, które umieją bawić się jedynie do disco polo. Co wtedy robicie? Niestety nie możecie nic. Pewnie, uwielbiam bawić się przy Akcencie, czy innych tego typu zespołach- ale wybierajmy dobre miejsce i czas;) 

Jednak najważniejsi są ludzie! Nie ważne, czy będzie ich trzystu, czy jedynie czterdziestu. Miałam idealną osobę towarzyszącą, wspaniałych ludzi obok siebie przy stoliku i nawet wkurzanie się na dziwne sytuacji było przyjemniejsze hahahhaha. Nawkurzałam się tutaj niesamowicie na wszystko, ale gdzieś musiałam. Tak naprawdę pomijając wiele dziwności- było fajnie... ale czy studniówka to rzeczywiście bal życia? Mam nadzieję, że nie (!) i że doświadczę czegoś iście pięknego na własnym weselu. Wydaje mi się, że przygotowań może być podobnie wiele jak teraz ^^

A jeśli już o przygotowaniach- znalazłam fantastyczną krawcową, która sama zajmuje się znalezieniem materiału na sukienkę- wie jaki materiał, wie ile potrzeba, a uwierzcie, że znalezienie odpowiedniego jest bardzo trudne. Wszystko szybciutko i piękniutko. Jeśli ktoś z Was jest z Elbląga, to polecam Salon Ewa na Morszyńskiej. Swoją piękną maskę o dziwo znalazłam w H&M, a buty na zalando- dopiero odkrywam uroki tej strony, a ja jako łowczyni przecen czuję się tam jak w raju. Do tego złoty spray i brokat- i można biec na bal! ;)

Chciałabym kiedyś przeżyć taką wielką studniówkę, może ktoś kiedyś postanowi mnie wziąć do towarzystwa, ale na razie stwierdzam, że w zupełności nie dziwię się nauczycielom, którzy jak za karę przyjmują co roku nowe zaproszenie od abiturientów... takie to jakieś naciągane i dziwne. Gdyby tak zmienić formułę i móc pominąć program artystyczny, byłoby przyjemnie. Czekam na Wasze relacje ze swoich studniówek. Byliście? Będziecie? Czy jednak staracie się ni mieszać w takie imprezy? ;) 



Buziaki! :*