niedziela, 26 lutego 2017

Polskie plakaty

Hejka!:)
Niesprawiedliwością jest, że kiedy chcę dodać post bardzo, bardzo szybko i zająć się ważniejszymi i pilniejszymi sprawami nagle zajmuje mi to dwie godziny, ponieważ mój komputer całkowicie odmawia posłuszeństwa. Na szczęście jestem na etapie przerobionego, zmniejszonego i już wstawionego zdjęcia i spokojnie mogę napisać o nowości w moim pokoju. Może aż tak nowe nie jest, bo pisałam już o tym w moim poprzednim poście na temat polskiego plakatu o TUTAJ. Niesamowite, że czekałam na to ponad dwa miesiące, ale wreszcie są! ♥ Kilka dni temu zawisły na mojej bardzo krzywej ścianie i upiększają mi pokój tworząc w moim sercu stu procentową radość! :D

Trzy lata temu (!) pokazywałam Wam jak bardzo w moim pokoju było mi różowo. Post możecie zobaczyć TUTAJ. Na szczęście dosyć szybko znudził mi się cały różowy parapet i ramki wylądowały w drewnianej skrzyni gdzieś głęboko pod zdjęciami. Teraz nadeszło ich odrodzenie po lekkim potraktowaniu ich czarną farbą i pędzlem ;) Swoją drogą- szkoła plastyczna i posiadanie wielu narzędzi plastycznych w swoim domu tak o po prostu nie raz już uratowało mi życie! Serio polecam. Nawet jeżeli już nigdy nie wezmę się za malowanie (co chyba nie jest możliwe, lubię to robić), to w domu będę miała stały zestaw farb i pędzli :D W ramki wsadziłam pocztówki, które kupiłam w tej samej wrocławskiej galerii plakatu, gdzie zakupiłam moje dwa plakaty Krynica Morska i Bałtyk. 

Obawiałam się, że wszystkiego będzie zbyt dużo, ale okazało się, że dopiero teraz cała moja ściana (wraz z kratką, biurkiem, wierzą, złotymi butami i żółtą lampką) wygląda idealnie! :) Zmiany zawsze niosą za sobą świeżość i motywacje do zmian w innych obszarach pokoju/mieszkania. Dlatego wreszcie znalazłam chwilę na zmianę układu moich książek. Nadal są w tym samym miejscu, ale nieco niższe, co powoduje więcej kolumn. Zawsze się dziwie jak to się stało, że mam ich aż tyle!♥ A! No i oczywiście mam wreszcie totalny porządek w zdjęciach. Wciąż nie są one w albumach, ale ustawiłam je latami (tylko te najwcześniejsze lata, czyli od liceum... ale to i tak już cztery lata. jej!) i wygląda super! Przydałoby mi się jeszcze trochę czasu w ciągu dnia na sprzątanie wszystkiego i mój pokój byłby naprawdę świetny! :D Teraz czekam tylko na kolejną zmianę. Na razie nie mam na nią pomysłu... jednak jestem przekonana, że do października urodzi mi się w głowie jeszcze wiele ;)


Drzewo też zmieniło swoje miejsce i dzięki temu pokój wydaje się większy optycznie!♥ 
Właśnie znalazłam nową piosenkę w duecie z Nosowską. Byłam przekonana, że będzie genialna... ale chyba się zawiodłam. Na pewno. Tramwaje i gwiazdy-znacie? Jestem ciekawa Waszego zdania :)
Buziaki! :*

wtorek, 21 lutego 2017

Książka do zrobienia


Hejka!:)
Tak jak wspominam za każdym razem- mam stuprocentowe zaufanie, jeśli chodzi o wydawnictwo Dwie Siostry. Już nie raz w sklepach przez bardzo długi czas wybierania dobrej książki wreszcie decydowałam się na tą najlepszą i okazywało się, że jest właśnie z tego wydawnictwa. Bardzo lubię informować Was o nowościach, które proponują, bo zawsze sprawia mi to niesamowitą radość. Tyle dobrego w jednym wpisie! Wowo! :D  Dzisiaj nie będzie inaczej, już możecie skończyć czytać ten post i biec do sklepu, bo warto! Jednak dla tych bardziej ciekawskich zapraszam niżej.

Książka do zrobienia, to słowa, które huczą mi w głowie od wielu miesięcy i czuję tak wielkie brzmienie z tego powodu, że czekam już tylko do połowy kwietnia aż ten cały koszmar się skończy i będę szczęśliwa (lub nie) z tego co zrobiłam. Tak swoją drogą- uznałam, że o mojej całej pracy dyplomowej powiem Wam dopiero po obronie. Wrócę z niej i wtedy zasiądę do pisania postu. Będę miała pewność, że wtedy już nikt nie zainspiruje się niczym niewskazanym^^ W każdym razie: z racji nowej premiery książki organizowane były wykłady w największych miastach w Polsce, na których szaleńczo chciałam się znaleźć, niestety z powodu niewygodnym dla mnie dat nie miałam ku temu możliwości. W mojej szkole mówił mi o tym mój nauczyciel i właśnie wtedy zainteresowałam się tematem. Uznałam, że skoro nie wykłady, to moim obowiązkiem jest posiadanie wersji papierowej! Otarłam łzy i opuściłam wydarzenie na facebooku, w którym organizatorzy informowali gdzie odbędzie się kolejne spotkanie. Na szczęście po kilku dniach zawitała do mnie wielka koperta z idealną wręcz zawartością! ♥

Książka do zrobienia, to coś na wzór tych wszystkich beznadziejnych książek, które zapoczątkował Zniszcz ten dziennik. Tylko hola hola- ta bije te wszystkie o głowę! Dlaczego? Ponieważ nie ma tutaj miejsca jedynie na pisanie po stronach, które przez wiele lat były uznawane za nienaruszalne. Znajdziecie tutaj niesamowite źródło wiedzy i inspiracji, humoru jak i oczywiście genialnego rysunku. Książka składa się jedynie z trzech podstawowych kolorów: czarnego, białego i czerwonego. Zawiera w sobie, wspominany przeze mnie już, rysunek, ale również kolaże, zdjęcia, plamy i przede wszystkim litery. Tytuł Książka do zrobienia to nie jedynie zachęcenie nas do współtworzenia tej konkretnej książki, ale również ogrom wiedzy na wypadek, gdyby ktoś chciał zrobić własną, dobrą książkę. Jest ty kilka słów na temat: kompozycji, litery jak i samego natchnienia, które pomoże nam jakąkolwiek książkę zrobić. Pozycja swoim sposobem przekazywania informacji łudząco przypomina serię książek S.E.R.I.A., co jak dla mnie jest jak najbardziej na plus, bo jak wiecie, jetem jej fanką! :) Każde trudniejsze słowo zostało wyjaśnione (oj, wiecie jaką miałam radość, kiedy większość z nich znałam!? :D Taką się poczuła artystką po Liceum Plastycznym hahaha^^), a co bombowo niesamowite- na dole co jakiś czas można znaleźć czerwoną nutę, pod którą kryją się piosenki, dzięki którym łatwiej jest pracować/czytać/tworzyć książkę. WOW!  Poza piosenkami zaleźć można również filmy! ♥

Nie znalazłam ani jednej rzeczy, którą mogłabym wrzucić do wora z wadami. Aleee- znalazłam jeszcze kilka zalet. Oto one! Po pierwsze: znacie to uczucie, kiedy nie możecie się dobrać do środka książki, dlatego, że jest ona dziwnie złożona i niestety albo zniszczycie grzbiet, albo nie dojrzycie co skrywa cała strona? Tutaj nie ma tego problemu. Całą książka jest przepięknie zszyta grubą czerwoną nicią, a grzbiet? Nie posiada! Jest jedynie sklejona klejem i widać wszystkie zszycia, które tworzą dziwaczny wzór. Czy to ładne? Nie najgorsze! Ale bardzo, bardzo funkcjonalne! ♥ Patronem jest między innymi Mocak, a to kolejna instytucja, której ufam bez granic! :D To po prostu nie mogło się nie udać. Okładka? Nic nadzwyczajnego, poprawna- chociaż porównując z tym co znaleźć możecie w środku jest mierna :D


Nie mogłam się oprzeć, żeby pokazać Wam aż tyle, ale spokojnie- książka ma ponad 260 stron, więc nie zdradziłam Wam aż tak dużo^^
Zainteresowani?
Buziaki! :*

poniedziałek, 20 lutego 2017

Królestwo za mgłą

Hejka! :)
Jestem niesamowicie szczęśliwa, że trafiają do moich rąk książki, na które nigdy sama bym się nie zdecydowała. Przez brak czasu, zupełnie inne zainteresowania i inne preferencje. Jednak z miłą chęcią przyjmuję propozycje czytania czegoś zupełnie odmiennego. Czemu? Właśnie dlatego, że (tak jak dziś) wiele razy okazywało się, że coś czego nigdy nie podejrzewałabym o złapanie mnie za serce- robi to najmocniej! Z racji tego, że aktualnie nie mogę interesować się praktycznie niczym, co wcześniej było dla mnie najważniejsze, zupełnie nie mam wiedzy co staje się teraz ważne, głośne i godne zauważenia. Na szczęście z książkami zawsze trochę nadrabiam! Dzisiaj będzie kilka słów o Królestwie za mgłą.

Kiedy byłam małą dziewczynką uwielbiałam słuchać mojej Babci, która w przepiękny sposób opisywała mi swoje wspomnienia. Dzięki niej już od najmłodszych lat wiedziałam na czym polegała wojna tak naprawdę z pierwszej ręki. Moja Babcia podczas wojny miała trzy lata. Wydawało mi się, że wiem dużo, ale jej wspomnienia opierają się przede wszystkim na tym, że jako mała dziewczynka chciała bawić się na chodniku kamykami. Wszystkie dzieci były głodne, a niemieckie dzieci przechadzały się blisko nich z pachnącymi landrynkami. Za każdym razem kiedy myślę o wojnie widzę ten obraz przez twarzą. Widzę go od wielu lat i zawsze wydawało mi się najstraszniejszym przeżyciem. Przecież ja zawsze miałam dostatek cukierków w szafce Babci i mogłam z niej korzystać bez umiaru. Z wiekiem i podstawą programową dochodziło do mnie coraz więcej informacji, coraz więcej literatury, suchych faktów poznanych na historii. Dopiero w tym roku na języku polskim zaczęliśmy omawiać literaturę, w której pojawiały się pamiętniki z obozów. Nie byłam w stanie. Nie chodziło o ignorancję, oczywiście, że nie! Po prostu nie potrafiłam przebrnąć przez ironię, przez dziwaczne zabiegi stylistyczne pisarzy. Było to dla mnie zbyt wiele. Nigdy nie traktuję literatury jako coś po prostu. Zawsze staram się w to wejść jak najbardziej. Opowiadania i lektury musiałam niestety odłożyć- nawet za cenę jedynek w dzienniku. Bałam się spotkania z Królestwem za mgłą. Na szczęście zupełnie niepotrzebnie.

Za każdym razem kiedy pojawia się w moim życiu jakaś książka w postaci wywiadu z osobą, której zupełnie nie znam (i myślę, że inni również jej nie znają) przeżywam swego rodzaju wstrząs wraz z zagłębianiem się w kolejne strony książki. Miałam tak również w tym wypadku. Aż głupio się przyznać, ale zapoznałam się z Zofią Posmysz dopiero kilka dni temu. I chyba dopiero dzięki tej książce przestałam się wstydzić tego, że nie znam wszystkich, nie mam literatury w jednym paluszki i czeka mnie w moim życiu jeszcze naprawdę wiele do odkrycia. Kurcze! Chyba jest mi to wbijane od kilku lat, dlatego mam taki dziwny wstyd, kiedy zdarza mi się kogoś nie znać. Mam dopiero dziewiętnaście lat. Czy to nie jest właściwy moment na dopiero odkrywanie wszystkiego czego dotychczas nie odnalazłam? Ze sztuką mam w tym wypadku najgorzej! To w szkole nam wmawiają, że interesując się sztuką musimy znać dosłownie każdego. Rozmawiamy o tym z nauczycielami. Są po Akademiach, po Liceach Plastycznych i wieloletnim doświadczeniu artystycznym. Nie mam pojęcia dlaczego wymagają od nas tej samej wiedzy, którą posiadają sami. Pewnie, znanie historii sztuki jest od nas wymagane i uczymy się o tym każdego tygodnia i każdego dnia poszerzamy swoją wiedzę, ale możemy nie poznać jeszcze niektórych artystów-i mamy do tego prawo! To tak na wstępie. Jakby ktoś mi zarzucał, że nie znałam Pani Zofii, albo gdyby po przeczytaniu tego wpisu zrobiło Wam się głupio, że Wy nie znacie. Ej! Macie do tego stuprocentowe prawo! Może właśnie w tym wypadku dzięki mnie poznacie, postanowicie przeczytać i zainteresować się kilkoma tytułami tej pisarki (jak ja). 

Chyba nikogo nie zdziwi, kiedy powiem, że wolałam ufać, że zapach landrynek był największą przykrością jaka mogła spotkać ludzi podczas II wojny światowej? Na szczęście wreszcie się przemogłam, wreszcie przeczytałam od deski do deski wywiad z Kobietą, która przeżyła pobyt w obozie. Cieszę się, że zwlekałam z czytaniem tego wszystkiego tak długo, aż do rąk wpadło mi Królestwo za mgłą tylko i wyłącznie dlatego, że Zofia Posmysz opisuje to wszystko bardzo realistycznie, ale również z wielką dozą wiary. Wiary w to, że uda jej się opuścić obóz jak i wiary w Boga, co dla mnie było aspektem najważniejszym i najbardziej dla mnie zaskakującym, bo czy ja, ze swoją wiarą, potrafiłabym nadal być takim zagorzałym katolikiem? W miejscu, w którym wielu przecież mówiło, że Boga nie ma. Uwierzcie, że po tej lekturze jestem pewna, że to właśnie Bóg i tylko On trzymał jakoś tych ludzi przy życiu. To niesamowite! ♥

Nie trzeba wielkiego poznania historii Pani Zofii, aby stwierdzić, że jej się udało. Przeżyła obóz. Jednak czytając ten wywiad silnie uderzyło mnie jak o wiele więcej zdobyła ta Kobieta. Nigdy się nie poddała i dzięki temu w jej życiu zdarzały się cuda! A poza tym, to przesympatyczna i bardzo pozytywna osoba. Mnie książka bardzo podbudowała. W najbliższym wolnym czasie (po maju?) mam zamiar sięgnąć po Pasażerkę. Jestem ciekawa, czy dotrwam do końca...

Królestwo za mgłą to naprawdę bardzo dobra nowość na rynku wydawniczym. Bardzo polecam.


Buziaki! :*

środa, 15 lutego 2017

prezenty fotograficzne


Hejka! :)
Bardzo długo chciałam napisać tego rodzaju post, ale potrzebowałam czasu na znalezienie odpowiednich materiałów. Ostatnie tygodnie czekałam na wszystkie paczki, które tempem ślimaka zbliżały się do mojego domu. Na szczęście już wszystko jest i dzisiaj przychodzę do Was z postem, w którym podam rewelacyjne i bardzo dobre jakościowo (!) pomysły na prezenty fotograficznej... bez standardowego wsadzenia zdjęcia do ramki i obdarowania nią kogoś. Dzisiaj będzie inaczej i mam nadzieję, że komuś otworzę okno możliwości wydruków cyfrowych troszkę szerzej.

Parę lat temu naprawdę fantastycznym prezentem było dostać od kogoś zdjęcie w ramce, ale z bólem serca zauważam, że ludzie nie widzą upływającego czasu i tego... że niektóre prezenty są już po prostu przestarzałe. Oczywiście, liczy się gest. Liczy się serce. Jednak jeśli mamy możliwości, jeśli mamy fundusze i co najważniejsze- jeśli mamy odrobinę więcej czasu i chęci możemy zrobić coś o wiele ciekawszego, co zainteresuje osobę obdarowaną. 

Dzisiaj chcę Wam przedstawić kilka rodzajów fotografii, które urzekły moje serce. Zachwyciły mnie swoją awangardowością jak i (co najważniejsze) fantastyczną jakością. Nie ma nic gorszego niż zdjęcie, które w komputerze wygląda lepiej niż na papierze! Jeśli wywoływaniem zajmują się ludzie z pasją, to uwierzcie, że wersja, którą możecie dotknąć rękami zawsze, ale to totalnie zawsze nabierze niesamowitej jakości, kolorów i oczywiście charakteru. Wiem to po swoich zdjęciach. Kiedy zachwycam się ich wyglądem na laptopie później mam wielkie WOW po otworzeniu paczek. 


1. album na zdjęcia


Zapomnijmy raz na zawsze o tych przebrzydłych albumach z plastikową folią na dwa zdjęcia przedzielone okropnym kawałkiem papieru na komentarz. Nie jest to ani ładne, ani estetyczne. Kilka lat temu pozbyłam się wszystkich tego typu gadżetów fotograficznych ze swojej kolekcji na rzecz dużej, drewnianej, starej skrzyni. Jestem bardzo zadowolona z tego efektu i chociaż czasami przykro mi, kiedy muszę znaleźć konkretne zdjęcie, to mimo wszystko nigdy już nie zrezygnuje z takiego odbioru zdjęć. Uwielbiam dotykać każde osobno i nawet kiedy gniotą się i rwą... to potrzebuje tej bliskości z nimi :) Jednakże posiadam w tej skrzyni jeden mój grzech- album o którym wspomniałam wyżej, ale to tylko dlatego, że są tam zdjęcia z kliszy, z mojego pierwszego roku życia i nie chciałabym ich kiedykolwiek zniszczyć... a poza tym- najzwyczajniej w świecie przyzwyczaiłam się do dziecięcej okładki i niebieskiego koloru przed zobaczeniem zdjęć. Pomijając jednak ten jeden element znaleźć u mnie można również zabrane z domu Dziadka stare albumy na wklejane zdjęcia. Stary pergamin i czarne karty- klasa!♥ Jeden z nim mam wypełniony czarno-białymi starymi zdjęciami moich rodziców, inny ostatnio wykorzystałam do swojego dyplomowego, fotograficznego portfolio- ale spokojnie. Mam jeszcze kilka w zapasie. Myślę, że własnoręczne zrobienie albumy jest czymś cudownym. Własnoręczne karteczki, ususzone kwiaty, liście, papierki po ulubionych lizakach, czy perfumowane kartki mogą stworzyć nieziemski klimat. Wydaje mi się, że każdy będzie zadowolony z widoki tak wielkiego serca przelanego na papier! :)

Jeśli natomiast wolicie coś bardziej nowoczesnego, ale mimo wszystko w dobrej jakości polecam Wam już opisywany przeze mnie Fotoalbum od www.printu.pl na który macie 44% zniżki po wejściu w TEN link. Czarna okładka jest totalnie minimalistyczna i muszę przyznać, że bardzo niefotogeniczna (zawsze mam z nią problem jeśli chodzi o zrobienie jej zdjęcia na tego bloga), ale w realu wygląda niesamowicie estetycznie i gustownie. Trochę w środku możecie zobaczyć ją TUTAJ. Świetnej jakości wydruku w dużym formacie. Piękna pamiątka :)

2. aparaty fotograficzne


Jeśli już wspomniałam o tym gdzie można trzymać wywołane przez nas zdjęcia, to nie sposób nie napisać o tym czym te zdjęcia wykonać. Wiem, że aparaty w telefonach są coraz lepsze. Kiedy ja zaczęłam bawić się swoim nowym nabytkiem myślałam, że już nic lepszego nie może być. Nie dość, że znośna jakość, to jeszcze zawsze jest pod ręką... no i ta przednia kamerka. Wiem, jak wiele ludzi nabiera się na tą złudną łatwość, ale nie dajmy się zwieść. Profesjonalny, czy półprofesjonalny aparat zawsze powali każdy telefon na łopatki. 

Wychowałam się w takim domu, że było to dla mnie naturalnym, że w każdym zakątku mojego mieszkania miałam szansę znaleźć jakiś stary aparat na kliszę. Mam ich naprawdę bardzo dużo (również dzięki hojności moich znajomych), jednak ostatnio dowiedziałam się, że nie wszyscy tak mają... a posiadanie aparatu analogowego to świetna sprawa! Nie dość, że wygląda bardzo dobrze w każdej przestrzeni domu- czy to w kuchni, czy na przedpokoju, w toalecie, salonie i sypialni, to jeszcze pozwoli nam odkryć niesamowite możliwości analogowej fotografii! Nawet jeśli chcemy komuś kupić aparat jedynie do ozdoby, warto zapoznać się z tym, czy jest sprawny...skąd mamy wiedzieć, czy osoba obdarowana patrząc codziennie na aparat nie poczuje chęci fotografowania? :) Aparaty w internecie są naprawdę niedrogie, ale polecam poszukać również gdzieś po rodzinie. Można znaleźć naprawdę dobre perełki :D

Nieziemskim pomysłem jest również polaroid, który teoretycznie wraca do łask, ale jak zauważyłam nie w takiej formie! :) Także dla ludzi ultrahipsterskich polaroid 1000 to idealna opcja! Jest naprawdę bardzo poręczny i niesamowicie vintage'owy! ;D kosztuję stówkę, a radości jest z nim co nie miara. Nie dość, że to kolejny aparat, który można posiadać jedynie za wygląd, to na dodatek istnieje naprawdę wiele ofert, gdzie urządzenie nadal bardzo dobrze działa. Z moim było trochę problemu, ale dało się go naprawić w warunkach domowych. Radości z wyskakujących zdjęć jest co nie miara :D Obszerniej o moich odczuciach do tego aparatu możecie poczytać TUTAJ

Najbardziej przydatnym i nowoczesnym aparatem jest oczywiście mój biały Sony Alpha NEX-3N, który sprawdza się w totalnie każdej sytuacji. Każdy mój znajomy, który ma z nim styczność już na wstępie jest w nim zakochany. Nie dość, że robi genialne zdjęcia, ma również wmontowany ruchomy ekran dzięki czemu możemy z łatwością robić selfie- a nasze pokolenie przecież nie może żyć (ja również się do tego przyznaję!^^). Jest genialny! Mam go już od roku i każdego dnia jestem z niego zadowolona. Nie zawsze mam ochotę i siłę nosić moją lustrzankę. Na luźne wyjazdy podczas których chce mieć dobrą pamiątkę-sprawdza się idealnie. Ba! sesje zdjęciową nawet nim robiłam :D Oczywiście, bez swoich umiejętności nie zrobiłabym ich aż tak fajnie, ale bez dobrego sprzętu również- musicie wyważyć tam wszystko rozsądnie w swojej głowie^^ Więcej słów o aparacie TUTAJ. Aparat dostać można już od tysiąca złotych... nawet taniej- polecam zaopatrzyć się w używaną wersję :) Jest to dość drogi prezent, ale kto powiedział, że nie można sprezentować sobie wspólnej niespodzianki? Bardzo proszę! :D


3. wydruki

polaroidy/ kwadraty


I najważniejsze! Gdzie drukować, jak drukować i co najbardziej warto. Przedstawiam Wam dzisiaj moje cztery sposoby na uzyskiwanie namacalnej, żywej fotografii! :D Skoro przed chwilą było o polaroidach, to najpierw zacznę od kliszy (to ta po prawej). Jest to dosyć spory wydatek, bo osiem kliszy kosztuje osiemdziesiąt złotych, ale przecież wystarczy robić okazjonalnie zdjęcie z jakiegoś mega super wydarzenia- i nagle okazuje się, że to wydatek żaden i zostaje tylko cieszyć się efektem! :D Dostępna jest wersja w kolorze jak i w czarno-bieli. Ten drugiej opcji jeszcze nie miałam, ale prawdopodobnie kiedyś się zdecyduje.... chociaż te polaroidowe kolory tak kuszą mmmm ^^

Dla porównania mam dla Ws również fotografie po lewej, które zawsze mi się wydawały, że są łudząco podobne do tych z prawdziwego polaroida. Oh, jak moje myślenie było mylne hahahah. Chociaż wcale nie podobne, to jednak genialne! Swój zestaw dwudziestu pięciu odbitek mam już od wielu lat i bardzo lubię do nich wracać. Kiedyś robiłam nawet konkurs z Foromatonem, w którym do wygrania były właśnie odbitki- przyjęliście go mega entuzjastycznie, co mnie bardzo ucieszyło. Fotografie zapakowane są w pudełeczko, dzięki czemu bardzo wygodnie się je przechowuje... a przy okazji świetnie wyglądają na prezent :) Kilka lat temu zrobiłam błąd, bo na swoje zdjęcia nałożyłam przeróżne instagramowe filtry. Teraz bym już tego nie zrobiła, ale wtedy byłam młoda i głupia. Pomijając jednak tą nieścisłość- jakość wydruku jest bardzo dobra i godna polecenia! Kiedyś dostałam od koleżanki jedną odbitkę z dedykacją na odwrocie. Mam ją nadal i kiedy przypadkiem gdzieś ją znajduję, to aż miło mi się robi na sercu. No właśnie! Ważna rzecz- pamiętajcie, że taki zestaw możecie rozdawać wielu osobom. Czasami wystarczy mały gest, jedno niekonwencjonalne zdjęcie i od razu jest jakoś tak fajniej i przyjemniej :)

printy


Moje ostatnie odkrycie! Są to naprawdę niewielkie białe kartoniki, na których nadrukowana jest wybrana przez Was fotografia wykadrowana w kwadrat. Już na wstępie zaznaczę, że najlepiej gdybyście przed wgrywaniem zdjęć na stronie wykadrowali je sami w programie do obróbki zdjęć, ponieważ kiedy załadujecie zdjęcie na planszy komputer sam Wam ustala kadr i nie macie na niego już wpływu :/ Poza tym jakość jest dobra, ale coś mi w tym nie gra. Wygląda trochę jak wizytówka z dziwnie nadrukowanym zdjęciem. I gdybym miała coś mówić również w innym miejscu umieściłabym ten kwadrat. Tyle błędów, a ja mimo wszystko daję je do mojego zestawienia?! Taaaak, ponieważ była to jedna z rzeczy, które w ostatnim tygodniu sprawiły mi najwięcej radości!:) Małe jest piękne. Zestaw ponad czterdziestu printów powoduje, że możemy zrobić naprawdę fajną kolekcje. Ja wiele razy brałam to samo zdjęcie, tak aby dać je również swoim najbliższym. Uwierzcie, że na fajny szybki prezent wystarczą trzy odbitki i już widzę tego wielkiego banana na twarzy! :) Poza tym album z połączeniem printów, kwadratów i kliszy z polaroida to tak bardzo osobista interpretacja fotograficznego prezentu, że chyba każdy będzie w szoku! :D Polecam przejrzeć ofertę TUTAJ. Jeszcze trochę kuszą mnie magnesy ze zdjęciami. A Was?^^

odbitki


I coś co sprawia, że moje życie jest najpiękniejsze!♥ Czytajcie uważnie, bo warto. Kilka lat temu moja siostra znalazła internetowy sklep, który wywołuje zdjęcia. Obydwie wkręciłyśmy się tak mocno, że zostałyśmy stałymi klientami z mega zniżkami. Jeśli mogę, to polecam praktycznie każdemu kogo znam. Nie dość, że firma foto-spec nie posiada cen z kosmosu, a właściwie są to ceny bardzo przystępne, to jeszcze jakość zdjęć jest wręcz idealna! Przechodziłam ogromne wojny ze stacjonarnymi fotografami, którzy nie dość, że polecają wydruk na błyszczącym papierze (o litości! Cóż za nieprofesjonalizm. Pamiętacie o mojej zasadzie, którą Was wpajam od zawsze? Jedynie matowe!!), to jeszcze wydruk jest tak kiepski jak z mojej własnej domowej drukarki. Nie polecam. Natomiast foto-spec zawsze wydobywa ze zdjęć wszystko co najlepsze. I żeby nie było- to jeszcze nie koniec. Kolejna ważna kwestia- czarno-białe fotografie nie mają w sobie ani grama zieleni! Uwierzcie, że jest to bardzo częsty błąd drukarni. Wiele razy zanosiłam moje odbitki do szkoły i za każdym razem nauczyciele pytali gdzie wywołuje tak dobrze zdjęcia. Polecam! :) I ostatnią, równie ważną sprawą jest to, że w programie możecie zaznaczyć opcję, w której ja się zakochałam- czyli nie "pełny papier" a "pełny kadr". Co to znaczy? Nie więcej nie mniej niż to, że wszystko co projektuje na komputerze znajdzie się również na wydruku. Jeśli wymarzę sobie malutkie zdjęcie na tle białego- to tak właśnie będzie. Jeśli wykadruje zdjęcie w kwadracie, to przyjdzie mi kwadrat, jeśli coś innego- właśnie tak dostanę. Już po zdjęciu wyżej możecie zobaczyć zróżnicowanie wymiarów. Nie umiem chwalić produktów. Zawsze wydaje mi się, że czytelnik odbierze to jako płatną reklamę, z której fundusze wystarczą mi co najmniej na ekskluzywny samochód^^ Tak oczywiście nie jest i bądźcie tego świadomi. Po prostu nie mogę patrzeć jak ludzie dalej niszczą swoje fotografie drukując je na połysku i to jeszcze w jakiś wiejskich salonach, gdzie wywoływanie zdjęć powinno być zabronione. Korzystajcie z informacji, które Wam daje zupełnie za darmo! :D Zrobicie z tym co chcecie, ale ja drukować będę nadal... jakby co zostawiam link. KLIK

Mam nadzieję, że zainspirowałam :D
Buziaki! :*

czwartek, 9 lutego 2017

♥ walentynkowe pomysły na ten dzień ♥


Hejka! :)
Ostatnio dostałam propozycję zrobienia zestawienia walentynkowego. Nigdy nie robiłam takich rzeczy na swoim blogu (pomijając te bardzo luźne formy podsyłania Wam pomysłów na prezenty) i uznałam, że skoro i tak zawsze przeglądam takie rzeczy w internecie i jeszcze nigdy nie trafiłam na zestawienie, które by mnie usatysfakcjonowało- zrobię je sama! W mojej głowie ten post wyglądał zupełnie inaczej, ale z racji tego, że terminy naglą, a ja wciąż czekam na kila przesyłek, to walentynkowe inspiracje pojawią się aż dwa razy! Spokojnie, są to na tyle uniwersalne prezenty, że można je dawać cały rok... tym bardziej, że na końcu mam dla Was super niespodziankę! :)

Ej! Wiecie, że czternasty dzień lutego to jedynie dzień po trzynastce i dzień przed piętnastym? Serio nie ma się co spinać! Przecież ludzie nie są ze sobą tylko na pokaz i tylko od święta. Budować relację trzeba non stop, to ciężka praca, ale jak przyjemna! :) Fajnie, że taki komercyjny dzień zakochanych istnieje, że ktoś go wymyślił i że z taką łatwością wszedł w świat pop kultury, bo kto nie lubi zjeść wielkiego lizaka w kształcie serca z białym napisem: "Kocham Cię". Każdy i tak wie, że są niedobre... ale co z tego? Liczy się tu coś innego ;) Nie chcę wywoływać w Was niesamowitego poruszenia i wiem, że moi czytelnicy są na tyle mądrzy, że nie mają wielkiego stresu przed tym dniem. Nie byłabym sobą, gdybym o tym nie wspomniała- błagam! nie obchodźcie walentynek wcześniej lub później hahaha. Przez wiele lat naczytałam się na innych blogach zwierzeń dziewczyn z ich walentynkowych randek tydzień wcześniej i pięknych prezentów, które podostawały. Czemu wcześniej? Ponieważ w tygodniu nie mieliby na to czasu. CO?! Z jednej strony to super, że chociaż ten jeden dzień w roku motywuje ich do spędzenia go razem... ale chyba nie o to chodzi w budowaniu dobrej relacji. Tak naprawdę ten dzień można spędzić w kapciach robiąc to samo, co zawsze. Chyba każdy z nas marzy o tym, żeby dzień zakochanych trwał cały rok? :) Dlatego dzisiaj jak i za kilka dni przychodzę do Was z zestawieniem, które nie szokuje, nie wzbudzi w Waszych głowach fajerwerków... ale są to prezenty mniej więcej stałe, które zachować można na dłużej i z których możecie korzystać później cały rok. Chociaż... znajdziecie tutaj kilka wystrzałowych pomysłów na jeden wieczór.


KSIĄŻKI
O tak moi mili. Kiedy jesteś molem książkowym i prowadzisz bloga, to za wszelką cenę będziesz przekabacał tutaj ten wątek. Tak samo jak czuję misję przekonywania Polaków do polskich filmów, tak samo chcę (i mam nadzieję, że to widać) wzbudzić w Was zainteresowanie książkami. Świat nie tylko z lektur się składa i mam nadzieję, że doświadczyliście już kiedyś niewyobrażalnej ekscytacji po skończeniu książki. Skoro post skierowany w stronę miłości, to i ja w swoich zbiorach znalazłam dwie pozycje, które do tej kategorii mogą się zaliczyć. UWAGA: nieeee, oczywiście, że to nie są romansidła. Myślicie, że tylko na tyle mnie stać?^^ Wybrałam dwie pozycje, które w Polsce aktualnie są dosyć głośne i które są skierowane zarówno do mężczyzn jak i do kobiet. Z ręką na sercu przyznaję, że jeszcze ich nie przeczytałam w całości, ale po rozpoczęciu już wiem, że są rewelacyjne... poza tym popatrzcie na te okładki! ♥ Mogłabym mieć je jedynie po to żeby pięknie wyglądały na półce. Swoją drogą, to przepiękne, ze sfera seksualna w literaturze jest traktowana w tak delikatny i subtelny sposób.


Czasem czuły czasem barbarzyńca. Niesamowicie się cieszę, że ojcostwo od jakiegoś czasu to tak bardzo ważny temat przynajmniej w polskiej kulturze. Ja sama dopiero zaczynam być uświadamiana w tym jak ważną rolę pełni ojciec w życiu każdego z nas. Żeby być dobrym mężczyzną najpierw trzeba uzdrowić w sobie wszystkie męskie niedociągnięcia z przeszłości. Moim skromnym zdaniem rozmowa dwóch mężczyzn, którzy wiedzą co jest na rzeczy, wydrukowana w formie książki to idealny początek uświadamiania siebie. Na razie jestem na początku, ale autorzy rzucili się na mocny temat już od pierwszej strony, bo o męskości. Męskości takiej męskiej, ale i widzianej przez kobietę... a nie oszukujmy się- kobiety chcą takiego co to byłby miły, ale nie za miły, żeby był grzeczny, ale i wulgarny. Taki co to by był księciem, ale i wandalem [...] Kobiety same nie wiedzą czego chcą i przed mężczyznami nie lada wyznawanie. Jednak ja już po tym jednym rozdziale mówię głośno i wyraźnie- WARTO! Warto sięgnąć po tą książkę i chociaż o męskości, to niewątpliwie również dla dziewczyn. Strona graficzna. Treść. Wszystko na najwyższe notowania w moich skalach oceniania :D Koszt 40 zł (ale warto spojrzeć również na strony z przecenami. Mi udało się ją znaleźć za 24 zł! O takich stronach z przecenami też niedługo będę pisać^^)


Sztuka kochania. Każdy głośno krzyczy, że czterdzieści lat temu każda kobieta rzuciła się na tę książkę i prawdopodobnie w każdym domu można ją znaleźć na regale. Sprawdziłam to na przykładach kilku regałów mi najbliższych i opowieści kobiet- nawet jeśli już nie ma, to były. To niesamowite! A co dzieje się czterdzieści lat później, kiedy wydawać by się mogło, że seks jest już tak bardzo wyuzdany i pokazywany w mediach? Szukałam jej dla Was w moich ulubionych księgarniach internetowych... i w żadnej już nie jest dostępna :D Nie poddałam się i znalazłam ją na matrasie. Także tak z przeceną możecie dostać ją za 30 zł, ale ja polecam poczekać na empikową wersję w twardej oprawie (z kartą mój empik macie w tej samej cenie gustowniejszą oprawę ^^). No ale wracając do książki, bo ta komercja przyćmiewa mi dzisiaj chyba umysł hahahha, jedna z najpiękniej wydanych książek w moim zbiorze. Jest subtelna, jest przepiękna, jest kolorowa, a zarazem niesamowicie delikatna. Wystarczy. Jak jest w środku? Bardzo się cieszę, że wydawcy postanowili nie wydawać książki na nowym, białym papierze. Środek wygląda jak te wszystkie biologiczne podręczniki na pożółkłych kartkach, które możecie znaleźć u babci... oczywiście starych pożółkłych kartek nie znajdziecie, ale rysunki i sposób pisania bardzo to sugerują i trochę oszukują oczy ;) Tym razem trochę bardziej dla Kobiet, ale oczywiście nie jedynie... co mówiła całe życie sama autorka książki Michalina Wisłocka.


FILM
Tak, nie mylicie się. Gdyby mój chłopak czytał mojego bloga, to miałby gotową listę prezentów dla mnie na najbliższe pięć lat. To nie jest obiektywny post. Jest przesiąknięty subiektywizmem. Myślę, że tylko w taki sposób może być szczerze, a skoro czytacie mojego bloga, to chyba trochę mi ufacie i wiecie, że zazwyczaj wybieram dobre rzeczy ;) No więc film. Ja do tych osób nie należę, ale znam wielu, którzy do kina wybierają się naprawdę sporadycznie. Może to jest właśnie dobry powód na zostawienie koca i laptopa ze ściągniętymi filmami na rzecz wystrojenia się i obejrzenia czegoś na dużym ekranie. Polskie premiery rozpieszczają nas aktualnie aż siedmioma dobrymi tytułami, które zapewne warto obejrzeć. Żeby nie przedłużać wstawiam Wam jedynie plakaty (które są na tyle dobre, że samym tym powinny Was zachęcić) i oceny z filmweba (może ktoś się nimi sugeruje. Ja nie za bardzo). Ej, a jak nie zdążycie iść czternastego, bo nagle sale będą obłożone po brzegi, to idźcie sobie kiedy indziej. Tak po prostu. Tak o. Kino jest super! :D


POSIŁKI
Kto nie umie- niech się nie przejmuje. Przedstawiam Wam cztery przepisy, które wykorzystywałam już wiele razy (ja albo ktoś blisko mnie) i zawsze wychodziło pysznie! Kto nie lubi obudzić się ze śniadaniem w łóżku lub wejść do domu po ciężkim dniu i poczuć zapach pysznego obiadu? Przybywam z listą blogów, na których nie tylko jedno danie jest wybitne... może polubicie i zaczniecie gotować takie pyszności codziennie? ;) Zdjęcia pochodzą z blogów twórców pyszności:)

śniadanie: burczymiwbrzuchu zaserwowało na swoje 64 śniadanie do łóżka śniadaniową pizzę, która rozwaliła mnie na łopatki. Robiłam ją chyba z cztery razy, za każdym razem była przepyszna. Lekka, bardzo odżywcza i co najważniejsze- szybka i banalnie prosta. Link macie TUTAJ

obiad: dla vegan najlepsze przepisy proponuje Eryk. Chociaż weganką nie jestem już chyba od roku, to jednak miłośniczką tak wspaniałego spaghetti zostanę na zawsze! Robi się je dosyć długo, ale jest tak wyborne, że nigdy nie czuję upływającego czasu. Jest wino, jest makaron, por, marchewki, tofu i mnóstwo przypraw... a smakuje pysznie! Wiem, że mówiłam Wam o tym już tysiące razy, ale dzisiaj przypominam. Nie ma prawa Wam nie wyjść, bo mi wychodzi zawsze (i w tamte walentynki też robiłam!^^) Przepis znajdziecie TUTAJ

deser: o torcie bezowym z malinami/ granatem słyszę od kilku miesięcy same dobre rzeczy. Tak dobre, że nie wyobrażam sobie, że mogłabym go nie spróbować. Moja siostra zrobiła ich już chyba trzy i każdy podobno wychodził przepyszny... a podobno beza taka trudna. Może trudna, a ona utalentowana? W każdym razie brak jej porażek motywuje mnie do tego, że może mi również by się udało? Prawdopodobnie sama dla siebie skorzystam z tej listy i na czternastego lutego (o ile czas mi na to pozwoli!) przygotuję tak pyszny, efektowny i mam nadzieję całkiem łatwy tort bezowy. Podejmujecie wyzwanie? :D Kwestiasmaku TUTAJ

kolacja: trochę mi zeszło zanim wpadłam na pomysł, co można zrobić dobrego na kolację i... musiałam posiłkować się rankingiem najlepszych kulinarnych blogów. Po przejrzeniu ich naprawdę sporo znalazłam przepis na dwa omlety, które uwielbiam jeść na kolacje. Link TUTAJ i TUTAJ. A po całym posiłku można wypić bardzo zdrową herbatę z imbirem i pomarańczą, który znalazłam TUTAJ



MUZYKA
Aktualnie od kilku dni jestem chora na muzykę, która pasuje do jazdy samochodem, ale postaram się o tym nie myśleć i przedstawić Wam trzy najnowsze premiery płyt, które moim zdaniem są bardzo ciekawe! :) Jest to przede wszystkim soundtrack filmu La la land. Jak już Wam wspominałam za filmem nie przepadam, ale całą płytę słucham non stop na Spotify.Drugim wyborem jest ścieżka dźwiękowa z filmu Sztuka kochania. Film o Michalinie Wisłockiej. Jestem zakochana! Nic dziwnego, skoro reżyserem jest Maria Sadowska, która jest wspaniałym muzykiem:) I ostatnim, moją zupełną niewiadomą jest najnowsza płyta happysad. Słyszałam jedynie singiel, ale myślę, że będzie dobrze! ;) To moje trzy propozycje, ale ostatnią (chyba najfajniejszą) jest oczywiście stworzenie własnej składanki. To dla mnie bardzo filmowy prezent. Kiedy byłam mała często oglądałam jak amerykańscy chłopacy robili takie prezenty swoim dziewczynom. Nie dość, że romantyczne, to jeszcze bardzo, ale to bardzo praktyczne. Zazdroszczę, jeżeli kiedykolwiek dobraliście się z kimś stu procentowo muzycznie. Ja zawsze miałam do tego pecha- może nic dziwnego, skoro jestem zakochana w starych polskich zespołach? ;) - w każdym razie na pewno istnieje bardzo dużo pojedynczych utworów, które lubicie razem. Cóż za problem zebrać to wszystko w całość i nagrać trzydzieści najfajniejszych piosenek na jeden krążek. Słuchanie go na pewno będzie bardzo przyjemne...a na okładkę możecie zaprojektować super grafikę lub dać po prostu wasze wspólne zdjęcie :D ... ja kiedyś tak zrobiłam, ale mój wybranek jej nigdy nie dostał. Za szybko już nie był tym jedynym hahahah ;)


SKARPETKI I KUBKI?
Śmieszą mnie te wszystkie dziwne zestawienia najgorszych prezentów, w których znajdują się skarpetki i kubki. W te święta mój chłopak dostał ode mnie jedno i drugie i był mega szczęśliwy. Przecież nie żyjemy już w czasach, kiedy kupowało się takie rzeczy jedynie w sklepie z tysiącami drobiazgów lub w zwykłym chińczyku. Aktualnie powstają naprawdę świetne kubki. Moim ulubionym sklepem jest oczywiście Tiger, w którym ostatnio kupiłam kubki wielkości miski! Zanim zdążę wypić cały kubek herbata jest już zimna! Uwielbiam to ♥ A co ciekawe- każdy kto do mnie przychodzi wprost je uwielbia i zawsze mówi, że z powodzeniem mogę im je kupować na prezenty- we wtorek byłam w Tigerze w Sopocie i jeszcze były, więc polecam! :) Drugim moim ulubionym kubkiem jest ten z IKEA, który pokazywałam Wam swego czasu non stop. Nie dość, że idealny kształt to jeszcze przepięknie wygląda z tymi swoimi niebieskimi kwiatkami. Koszt tych kubków to około 10 zł. Jeśli chcecie coś niestandardowego, to moją grudniową miłością stała się Manufaktura Porcelany- tam zobaczycie cuda! ♥ Polecam :) A co ze skarpetkami? Zastanawiam się skąd Ci na ogól modni ludzie wpadają na pomysł, żeby wciskać je do najgorszych prezentów- przecież ta część garderoby właśnie przechodzi swoje pięć minut! W każdym sklepie znajdziecie mnóstwo przepięknych lub całkiem śmiesznych fajnych skarpetek! Medicine zrobiło super rzecz i produkuje te same wzory w wersji damskiej i męskiej. Dwie pary kosztują chyba 20 zł, a są naprawdę super. Moim zdaniem- kupienie takich samych skarpetek jest ekstra! :D


FOTOKSIĄŻKA
Nie uwierzycie, ale po tylu latach walczenia z tym dziwnym wytworem jakim jest fotoksiążka zdecydowałam się na nią! Wiedziałam jedno- jeśli mam ją zrobić na walentynki, to nie zrobię jej sama. Cieszył mnie sam proces wybierania zdjęć i umieszczania ich w odpowiednich miejscach na kartach. Nie wyobrażam sobie, że miałabym robić to sama! Ej, nie róbcie z prezentów nie wiadomo jakiej niespodzianki. Przynajmniej nie z takich. Prezentem może być sam fakt, że chcecie takie coś zrobić.... ale później twórzcie już ją razem. Jest naprawdę super zabawa... i ile wspomnień :D A poza tym możecie zacząć projektować ją w walentynki. Myślę, że to o wiele lepsze spędzenie czasu niż już samo jej posiadanie. W walentynki zaprojektować, a później czekać na kuriera :D Kolejnym moim planem było to, aby w fotoksiążce znalazło się jak najwięcej śmiesznych zdjęć i takich, na których może nie wyszliśmy najkorzystniej, ale które dają mega dużo radości w odbiorze. Zdjęcia wcześniej przerabiałam w photoshopie i dodawałam już takie, na których było mnóstwo serduszek, różne napisy i moje czerwone policzki^^ Nie jest to rzecz dzięki której można się popłakać, ale mi chodziło o efekt śmiechu! :D Wybrałam najbardziej walentynkowy szablon jaki znalazłam (czyli różowy) i wybrałam do tego czarne kwadratowe płótno okładki- tak aby mimo wszystko było gustownie. Chociaż rozmiar był podany, to nie spodziewałam się, że będzie to tak duże i tak fajne. Byłam niesamowicie zszokowana jakością wydruku! Pamiętajcie co mówi Wam zawsze Karolina z fioletowego-serca: jeśli zdjęcia, to TYLKO NA MATOWYM PAPIERZE! Uwierzcie, że już trochę w swoim życiu przeżyłam i trochę widziałam. Ludzie umieją zniszczyć nawet najlepiej zrobione zdjęcie! Znalazłam w swoim życiu kilka firm, które z fotografii wydobywają jedynie jeszcze większe piękno i jestem im wierna.Firma Printu będzie jedną z nich ;) Aha, no i obawiałam się tego, że zdjęcia zrobione kamerką lub telefonem będą bardzo, ale to bardzo źle wyglądać (tym bardziej, że ostrzegał mnie o tym program, do którego wgrywałam moją fotoksiążkę) na szczęście zdjęcia prezentują się świetnie! Jeśli robicie zdjęcia jedynie telefonem- to naprawdę nie ma co się martwić ;) Widać różnicę między tymi z komórki, a aparatu, ale to chyba nikogo nie dziwi, prawda? ;) Zdecydowałam się na wykorzystanie dwudziestu stron, ale już teraz mogę Wam powiedzieć, że jest to zdecydowanie za mało. Jest opcja dokupowania stron i gdybym teraz zamawiała taką drugą (a jest to bardzo możliwe, bo zastanawiam się, czy nie zrobić czystych stron z moimi ulubionymi fotografiami z sesji zdjęciowych i dokumentów czy reporterek) dokupiłabym dodatkowe kilkanaście stron. Jest tak ładna, że za każdym razem smutno mi, że tak szybko się kończy :D Jaki wniosek? Uczę się tego całe życie, ale chyba się nie nauczę- dopóki nie spróbujesz nie oceniaj! Ja oceniłam i zamknęłam się na fotoksiążki na cztery spusty... a zupełnie niepotrzebnie. Jeśli widzieliście u kogoś takie coś i zupełnie Wam się nie spodobało, to pamiętajcie, że to Wy je tworzycie- Wasza będzie wyglądać tak jak chcecie ;) Za książce z kodem rabatowym wychodzi około 60 zł!♥


Teraz o tej niespodziance. Stało się tak, że dzięki mojej współpracy z www.printu.pl Wy możecie na tym skorzystać. Przekazuję w Wasze ręce kod rabatowy, który nie ma daty ważności! (uf, jak dobrze!!!) możecie robić swoje książki kiedy tylko Wam przyjdzie na to ochota i na całe zamówienie macie aż -44% zniżki. Powiedziałam o tym już chyba wszystkim moim znajomym, którzy po obejrzeniu mojej książki byli wielce zainteresowani ;) Wystarczy, że wejdziecie TUTAJ wpiszecie swoje imię i maila, a chwilę później dostaniecie indywidualny kod rabatowy na całe zamówienie :)

To chyba jeden z najdłużej pisanych przeze mnie postów z taką dużą radością. Zazwyczaj mnie wkurza czas, który spędzam na pisaniu notek... a tu proszę. Chyba magia dnia zakochanych. A! No i jeszcze jedno- fajne prezenty fajnymi prezentami, ale nie zapomnijcie o tych dużych lizakach w kształcie serca^^
Buziaki!:*

ps jak Waszym pomysłem na prezent jest zdjęcie, ale wydaje Wam się, że można je jedynie wywołać i wstawić w ramkę, to za kilka dni przyjdę z postem, który pokaże Wam, że można o wiele więcej! ;)

sobota, 4 lutego 2017

książki dla dzieci


Hejka! :)
Bardzo często mam tak, że książki dla dzieci są brane w moje ręce w pierwszej kolejności. Mogłabym patrzeć i patrzeć i najczęściej w dniu kiedy mam je już w domu od razu fotografuję i dodaję post. Po co? Po to żeby dzielić się dobre i przenosić je dalej. Dawno tego dobra nie było na tym blogu, a dzisiejsze książki leżały u mnie na półce naprawdę kilka miesięcy. Zawiodły? Zaskoczyły? Przeszłam obok nich obojętnie? O tym poniżej! :D


Doris ma dość. Po pierwsze- nie wiem z czego to wynika, ale książki zazwyczaj przepięknie pachną, a tą aż trudno było czytać. Dlatego skończyłam ją jak najszybciej i odłożyłam daleko. Ma bardzo dobry format (dosyć duży kwadrat) w twardej oprawie i z bardzo dobrymi jakościowo kartkami. Ilustracje są bardzo kolorowe i naprawdę ciekawe. O wiele lepiej wyglądają na dużym formacie i z powodzeniem zainteresują każdego małego człowieczka ;) Moim zdaniem jest bardzo niekonwencjonalna w swojej formie jak i treści. Na każdej stronie pojawia się zaledwie kilka wersów. Narratorem jest mała Doris, która.. jak sama nazwa mówi.. ma dość. Ucieka z domu, bo chce żeby wszystko było po jej myśli. Bardzo zabawna i ciekawa książeczka, ale podczas czytania zastanawiałam się, czy rzeczywiście jest dobrym pomysłem, aby czytać ją małemu dziecku? Jakoś to do mnie nie przemawia. Więc do jakiego odbiorcy? Nie mam pojęcia.


Tajemnica więzienia. To naprawdę spora ilość książeczek, które odkrywają tajemnice różnych miejsc. Był już cyrk, kino, biblioteka, szpital. Znajdują się również wyjaśnienia takich stanów jak miłość lub wiele wiele innych. Muszę przyznać, że to było moje pierwsze spotkanie z tą serią. Zdziwiłam się, bo naprawdę przypadła mi do gustu. To seria skierowana do starszych dzieci, ale ja jeden wieczór poświęciłam na przeczytanie jej mojemu chłopakowi i naprawdę bawiliśmy się świetnie hahahha :D Myślę, że jest idealną książką do nauki czytania, ponieważ ma bardzo duże litery, czyta ją się naprawdę dobrze i płynnie, a poza tym jest na tyle ciekawa, że nawet najbardziej antyczytelnicy się skuszą :D Co do ilustracji- są świetne! Serio! :D

Jej, myślałam, że napiszę coś więcej, ale to chyba nie dzień na pisanie notek.
To taka niewielka wzmianka, ale myślę, że wystarczająca. Tajemnica więzienia jak najbardziej do polecenia :)
Buziaki! :*

środa, 1 lutego 2017

moja zagraniczna muzyka na płytach cd


Hejka! :)
Sprawa ma się tam, że dzisiaj będzie bardzo o muzyce, bardzo o płytach. Ostatnio w moim świecie muzyki różnorakiej z każdej strony pełno! Przede wszystkim za sprawą mojego chłopaka, który właśnie próbuje swoich sił na youtube. W ostatnim odcinku wystąpiłam nawet ja, więc jeżeli chcecie zobaczyć, to zapraszam TUTAJ. Z racji tego, że ta muzyka jest, to nagle jakoś automatycznie o wiele łatwiej pisze mi się te posty, na które nie miałam ochoty. Swoją drogą... chyba nigdy nie przestanie zadziwiać mnie bycie w związku i przekazywanie sobie różnych nawyków. Jestem z Piotrem już od naprawdę długiego czasu i tak strasznie bierzemy od siebie dziwne rzeczy, że szok. Tak więc jakbyście zobaczyli na jego kanale coś bardzo mojego, a na moim blogu coś bardzo jego- to to nie wynika z plagiatu, tylko dziwnej zależności bycia razem non stop hahahha :D W każdym razie zbierałam się do tego postu chyba z rok i za każdym razem jak patrzyłam na moją stertę płyt (zauważyliście, że w pokoju mam sterty wszystkiego? Książki. Płyty.) chciałam napisać ten post i sama się przekonać jak to u mnie jest. Dzisiaj będzie o zagranicznej muzyce.

Doskonale wiecie, ponieważ krzyczę o tym przy każdej możliwej okazji, uwielbiam polską muzykę i jeżeli mam zdecydować się na zakup płyt, to zawsze robię to bardzo patriotycznie. Z niecierpliwością czekam na każdą najważniejszą premierę swoich ulubionych polskich artystów, aby od razu pierwszego dnia pobiec do sklepu. Nie czuję strachu przez rozczarowaniem. Zazwyczaj nie występuję. Jednak co z zagraniczną muzyką? Znam swój zbiór CD, więc wiedziałam, że niepolska muzyka również się zdarza. Okazało się, że zdarza się całkiem często i uwierzcie, że muszą to być naprawdę niesamowite płyty, skoro taki zagorzały fan polskich utworów zdecydował się na ich zakup. Oczywiście, zdarzają się również całkowite niewypały, ale zupełnie mi to nie przeszkadza. Pierwsze zdjęcie, które możecie zobaczyć powyżej przedstawia (od lewej) polską muzykę, zagraniczną i tą której nie ruszam nawet kijem. Tak więc zdjęcie poniżej przedstawia rzeczywisty stan mojej muzyki. Jeszcze niżej natomiast znajdziecie dokładne tytuły i kilka słów na ich temat, tak żebyście mogli podczas dylematów rozwiać wszystkie wątpliwości i biec na zakupy :D


Mam Wam do zaoferowania aż dwanaście tytułów i są to płyty, które mogę słuchać na okrągło. Z zagraniczną muzyką mam tak, że rozluźnia mnie o wiele bardziej niż polska. Po prostu leci gdzieś w tle i zazwyczaj zupełnie nie zwracam na nią uwagi. Lecimy:


1. Soundtracki z filmów Tarrantino. Kto mnie zna, wie jak szaleńczo jestem zakochana w tym reżyserze. Nie ma totalnie niczego co bym w jego twórczości skrytykowała, czy cokolwiek co by nie przypadło mi do gustu. Nie było możliwości, aby po obejrzeniu któregokolwiek filmu nie zakochać się w muzyce. Zawsze jednak uznawałam, że to dosyć dziwne kupować muzykę z filmów i zawsze się od tego wzbraniałam... aż do powstania filmu Django, który swoim perfekcjonizmem kupił mnie w całości. Chciałam, chciałam, aż w końcu moja siostra gdzieś na blogu wyczytała, że z miłą chęcią takową płytę bym posiadała- więc posiadam! :D Jest w stu procentach idealna! Posiada mnóstwo dialogów z filmu, trwa bardzo długo i przede wszystkim ma idealnie klimatyczne utwory. Coś pięknego! Co najważniejsze na płycie znajduje się również mój jeden z najbardziej ulubionych utworów życia... ale o tym niedługo w innej notce ;) 

Poszłam za ciosem i przy jakiejś empikowskiej promocji (polecam! Można w łatwy sposób złapać dobre tytuły za naprawdę małe sumy. Ja co jakiś czas robię ogromne zrzuty i kupuję nawet po dziesięć tytułów i w taki sposób odkrywam muzykę, której nie znam. Z tych promocji pochodzą prawie wszystkie te płyty [to tajemnica skąd te angielskie płyty w moim domu rozstrzygnięta^^] ) postanowiłam zakupić płytę z soundtracku Jackie Brown z genialnym utworem z bardzo statycznej czołówki Across 110th street ♥ Nic dodać nić ująć wystarczy słuchać :)


2. Of monsters and men- o matko! jak ja uwielbiam tę płytę. Mogę słuchać jej na okrągło i chyba nigdy by mi się nie znudziła. Jest bardzo spokojna, bardzo baśniowa, wszystkie utwory idealnie zebrane w całość. Wszystko daje godzinę niesamowitej przyjemności dla uszu. A czemu ją kupiłam? Nie, nie dlatego, że uwielbiałam ten zespół. Wcześniej go nie znałam. Dokonałam zakupy tylko i wyłącznie dlatego, że zakochałam się w genialnej okładce! A, no i co ciekawe- to jedna z naprawdę niewielu płyt zagranicznych, które są papierowe. Uf! Nienawidzę  plastikowych opakowań. Fuj. Tak więc dla każdego kto się wacha: Of monsters and men My head is an aminal jest płytą stworzoną do słuchania i zachęcam Was wszystkich do tego! Poza tym.... promocją wciąż trwa i chociaż ja swoją kupiłam chyba z dwa lata temu- to na stronie empiku nadal jest. I jest też druga. Chyba właśnie ją zamówię ;) ... słucham jej właśnie na Spotify i uwierzcie, że nie ma takiego subtelnego poweru jak pierwsza. Niestety, ale zakup jeszcze przemyśle.


3. Dislosure Settle- to niesamowite, że naprawdę posiadam swój egzemplarz w domu!! Słuchałam jej nałogowo i muszę to przyznać na głos! Przez pewien czas codziennie przez całe dnie wybrzmiewała z moich laptopowych głośników ze Spotify. Zakochałam się bez pamięci i nigdy przenigdy mi się nie znudziła. Kiedy zobaczyłam promocje na Empiku (jej, serio nie zapłacili mi za tą chamską reklamę hahahha. Po prostu robią dobrą robotę tymi zniżkami i moje serce raduje się, kiedy mogę kupić coś dobrego za mniej ;) ) nie było wyjścia- musiałam ją mieć! I mam. I słucham codziennie, o czym już pewnie wiecie z racji tego, że prawie w każdej notce o tym napominam ;)


4. Kasabian 48:13- zupełnie nie wiem o co mi chodziło, że kupiła tę płytę, ale po prostu w trakcie kupowania (chyba) Organka i pierwszej płyty The Dumplings zobaczyłam, że jest i wzięłam. To było dosyć dziwne, bo nigdy tak nie postępuję z zagraniczną muzyką... ale to pewnie ten róż ;) Poza tym miałam niesamowitą fazę w tamtym czasie na Kasabian z nowymi utworami, teledyskami, całą stylistyką. Okładka jest wręcz idealna! Uwielbiam, że mam tą płytę, bo jest jedną z najbardziej wyróżniających się w mojej kolekcji i chociaż nie słucham jej często (może z powodu tego, że na długi czas pożyczyłam ją bratu) to z miłą chęcią zawsze do niej wracam ♥


5. Adele 25- genialna fotografia i idealna decyzja użycia jej na okładkę. Tak bardzo zbędne byłyby jakiekolwiek napisy, jakikolwiek dodatek. Tak samo prezentuje się muzyka na płycie. Zbędny byłby jakikolwiek element. Wszystko co zostało na niej zapisane jest idealne i uwielbiam UWIELBIAM! Słucham i się zachwycam. Istnieje mnóstwo takich płyt, które zna każdy na pamięć, chociaż ich nie posiada... i później jakoś tak głupio już kupować tę płytę. Mam tak na przykład z Brodką i jej Grandą, czy chociażby z genialną drugą płytą właśnie Adele 21. Dlatego bardzo się cieszę, że kiedyś tam zostałam obdarowana tym krążkiem, bo pewnie byłoby podobnie :/


6. Modern Talking Let's talk about love- nie wiem czemu, ale czułam, że zakup jej będzie idealnym pomysłem. Nie myliłam się. Kiedy nie mam ochoty na żadną ambitną muzykę zawsze sięgam po te kilka skocznych, lekkich utworów i jest mi o wiele lepiej. Tupnę nóżką i od razu rysuje mi się uśmiech na twarzy. Nie oszukujmy się... kto nie lubi Modern Talking?! :D


7. Mika Origin of love- jestem pewna, że każdy z Was zna jego rewelacyjny hit Relax UWIELBIAM. Później zmylona podobną grafiką okładki kupiłam jego jakąś płytę, na której hitu wcale nie było... i w sumie z tego co pamiętam nie było ani jednej fajnej piosenki :/ Odważnym było po tak nieudanej próbie decydować się na kolejny krążek, ale zrobiłam to. Jej, Karolinko, jakaś Ty odważna! :D I powiem Wam, że nie żałuję. Zupełnie. Zaczynając od świetnej grafiki, kończąc na dobrej luźnej, skocznej muzyce! Polecam :)

8. Amy Winehouse Frank- na wstępie tylko zaznaczę, że miałam ją przed jej śmiercią i tym całym BUM na jej twórczość (bardzo tego nie lubię!) i drugą wiadomością jest fakt, że nie rozumiem dlaczego nie mam również drugiego albumu, ale to z czasem do nadrobienia ;) Zdecydowałam się na nią, bo z genialnej Back to Black znałam prawie wszystkie piosenki- z tej chyba żadnej. Byłam zakochana od pierwszej chwili. Bezapelacyjnie- Amy Winehouse tworzyła muzykę, która przemawiała do mnie w każdej sekundzie! Polecam. Poza tym ta okładka? Litości! Żeby każda dziewczyna miała dyle dystansu do siebie i swojego wyglądu. Cudo!♥


9. Florence and the Machine- jej, możecie uznać, że jestem jakąś niesamowicie ogromną fanką, bo posiadam aż trzy z czterech płyt i czytałam jej biografie, o której możecie przeczytać TUTAJ... ale muszę Was zaskoczyć. Uwielbiam Florence i chyba nie ma ani jednej piosenki, której był nie znała i nie lubiła, ale żeby tak od razu uznać, że jest moją ulubioną zagraniczną wokalistką... to chyba nigdy. Dziwa sytuacja. Ale- to chyba oczywiste, że polecam Wam totalnie wszystkie płyty, a przede wszystkim MTV Unplugged, która z każdym zespołem ma w sobie coś tak niesamowitego, że mogę się rozpłynąć ♥ Najstarsza płyta to zbiór samych hitów- wiadomo... a najnowsza? To klasa sama w sobie ;)

No i tak to wygląda mniej więcej ;)
Buziaki! :*