środa, 29 marca 2017

Dziewczyna, którą kochałeś

Hejka! :)
Bardzo, ale to bardzo długo zajęło mi czytanie książki, którą dzisiaj mam przyjemność Wam przedstawić. Ciekawiła mnie tak bardzo, że w letni, przepiękny dzień pochłonęłabym ją w kilka godzin, ale niestety- obowiązki spowodowały, że tylko kilka razy udało mi się wieczorem usiąść z herbatą pod kocykiem i napawać się szczęściem tak rzadkich chwil w moim życiu. Nawet jeżdżenie do szkoły motywowało mnie bardziej, bo wiedziałam, że codziennie będę miała przynajmniej godzinę na przeczytanie (co prawda bardzo zaspanymi lub zmęczonymi oczami) kilku stron. 

Zacznę jednak od punktu, który w moich postach jest ostatni, ale w tym wypadku rzuca się na pierwszy plan i nie potrafię przejść obok tego obojętnie. Mowa tutaj oczywiście o szacie graficznej, ściślej mówiąc- o okładce. Jest to wręcz karygodne posunięcie! Okładka nie pasuje do żadnej strony, która znajduje się w tej książce, a na dodatek przez pierwsze trzysta stron kuje w oczy swoją absurdalną formą! Dziewczyna, którą kochałeś, to książka, która dzieli się na dwie części. Pierwsza opowiada losy Sophie, kobiety, która podczas wojny musiała borykać się z wieloma problemami. W swojej restauracji wraz z siostrą obsługiwała niemieckich żołnierzy, ale jej największym bólem była tęsknota za mężem. Wyobrażacie sobie czytać tragiczne losy kobiety podczas wojny. Losy kobiety, która nie ma jedzenia, nie czuje się bezpieczna i nie ma pieniędzy na to, aby ogrzać dom. To wszystko oprawione jest w kolorową okładeczkę, która emanuje szczęściem. O CO CHODZI?! Jestem tym zażenowana i pierwszy raz czuję jak grafik zatrudniony do zrobienia okładki nie zapoznał się nawet ze streszczeniem!

Jednak nie o tym mowa. W książce najważniejszy jest środek, a ten jest fenomenalny! Jak już wspominałam- pierwsza część poświęcona jest Sophie. Natomiast druga opowiada losy współczesnej kobiety Liv. Z początku przejście z coraz bardziej wciągającej historii w nowy wątek jest drażniąca i nie byłam z tego powodu zadowolona, ale później nabiera to wszystko sensu. To naprawdę rewelacyjne ponad pięćset stron. To historia o sile kobiet, o miłości. O tym, co zawsze w książkach Jojo Moyes najważniejsze, ale w zupełnie innym, świeżym i o wiele bardziej dojrzałym wydaniu. Zmiana jak najbardziej na plus. Czekam na kolejne książki, a tymczasem zapraszam Was również do zapoznania się z moją wcześniejszą przygodą z autorką przy udziale: Razem będzie lepiej i tym razem okładka była strzałem w dziesiątkę ^^ KLIK


Buziaki! :*

środa, 22 marca 2017

Another place- sztuka na plaży Crosby

Hejka! :)
Wczoraj zupełnie nie byłam w stanie do Was napisać, a dzień wcześniej w sumie nic ciekawego do napisania się nie wydarzyło. Tak więc o wczorajszym dniu powiedzieć Wam mogę dopiero dzisiaj. Wczoraj przeżywałam pierwsze oznaki depresji spowodowane pogodą, grzybem, wilgocią jak i wszystkimi urokami Anglii. Czuję, że już wystarczająco przesiąkłam tym krajem. Na tyle, że z powodzeniem mogę już wracać i bardzo się cieszę, że robię to dzisiaj! :) Oczywiście, każda wycieczka wiąże się z dobrem. Poznanie nowego i te niebotyczne chęci podróżowania po nieznanym mieście. To właśnie podczas wszelkiego rodzaju wyjazdów czuję największe połączenie ze sztuką- nic dziwnego, w moim mieście zdarza się to sporadycznie. Przez te kilka dni odwiedziłam chyba wszystkie możliwe galerie i muzea w Liverpoolu, ale dopiero wczoraj pojechałam w miejsce, gdzie mogłam spotkać się ze sztuką... w pewien sposób uliczną. 

Rzeźbiarz Anthony Gormley, to brytyjski artysta, który charakteryzuje się rzeźbami postaci wystawianymi w bardzo niekonwencjonalny sposób. Szczerze mówiąc wcześniej nie znałam jego prac, ale po przejrzeniu niektórych na google grafika i zobaczeniu tych najpopularniejszych (jak to mówi wikipedia) Anioła Północy i Event Horizon czy właśnie Another place potrafię wyrobić sobie na jego temat własne skromne zdanie. Nie ukrywam, że w internecie na jego temat jest niewiele informacji, ale wystawa w Nowym Jorku, która przedstawiała 31 wyrzeźbionych ludzkich sylwetek skradła moje serce! Zostały one porozrzucane po całym mieście, stanęły nawet na dachach wieżowców, co spowodowało nie małe zamieszanie wśród ludzi. Jednak, co zupełnie nie dziwne, najbliższa mi praca to ta, która znajduje się na plaży Crosby nieopodal Liverpoolu. Miałam przyjemność słyszeć o niej już kilka miesięcy temu i bardzo chciałam zobaczyć je na żywo. Udało mi się (nawet bez wcześniejszej wizualizacji- taki żarcik adekwatny w czas^^). Jak to bywa w Anglii, pogoda nie pozwoliła mi wystarczająco cieszyć się z tego wspaniałego widoku, ponieważ było bardzo zimno i wietrznie, ale uwierzcie, że ponad sto rzeźb w stali 1:1 prawdziwego człowieka (rzeźby zostały odlane z ciała rzeźbiarza) poustawiane po całej plaży w różnych miejscach powoduje coś niesamowicie tajemniczego i melancholijnego. Dzięki ogromnym przypływom i odpływom wody można było stworzyć instalacje, która nigdy nie wygląda tak samo. Rzeźby ulegają destrukcji. Na początku możemy widzieć je w całości, kilka godzin później woda zalewa je aż do ramion. Poza tym sam piasek we współpracy z wiatrem powoduje, że rzeźby widziane są od różnego poziomu. Niektórym widać już tylko głowy, inne w piasku zanurzone są po kolana, inne widać całe. Mam zawsze dosyć duży problem z bliskim kontaktem z rzeźbami, nawet jeśli nie są bardzo realistyczne, czuję do nich wielki respekt- jakoś tak mam. Mój towarzysz wycieczki nie miał problemu z dotknięciem go, mi ledwo udało się koło niego wystać na zdjęcie. Hahha, no cóż- już tak mam. Nie wiem, czy jest to jakikolwiek problem. Po prostu rzeźby ludzkie wywołują we mnie takie emocje- cieszę się, że jakiekolwiek. Rzeźby ustawione są twarzą do wody i uwierzcie, że te daleko w wodzie stwarzają odpowiedni klimat i odpowiednie odczucia. Ja jestem zachwycona! Wydaje mi się, że pogoda na jaką trafiłam była tym bardziej odpowiednia i pożądana. Uf! Chociaż raz w ciągu tych pięciu dni ^^

Jeśli zdarzy Wam się być w Liverpoolu, to niewątpliwie odpowiednim pomysłem będzie odwiedzić to miejsce. Można tam dojechać metrem, a bilet kosztuje niecałe cztery funty :) Zapamiętane? Mam nadzieję! :)


Buziaki! :*

niedziela, 19 marca 2017

Piękna i Bestia/ Liverpool

Hejka! :)
Kolejny dzień spokojnego zwiedzania skończył się dopiero chwilę temu. Odwiedziłam dzisiaj muzeum sztuki, w którym wreszcie mogłam nacieszyć się Van Dyckiem, Rembrandtem, Rubensem i wszystkimi artystami, których potrzebowałam. Żadnej sztuki nowoczesnej, uf! Wieczorem już przy braku jakichkolwiek sił zmotywowałam się na odwiedzenie Chester i muszę Wam powiedzieć, że zakochałam się w tym mieście. Co prawda byłam tam wieczorem, gdzie wszystko już było pozamykane, a ludzi można było zobaczyć jedynie za szybami w knajpkach... jedna chyba właśnie to powodowało, że to miejsce spodobało mi się aż tak bardzo! Przepiękne, klimatyczne miejsce z cudowną jednolitą architekturą. Idealne jest to, że wszystkie miejsca, które odwiedzam od dwóch dni są mi dobrze znane z facebookowych zdjęć przesyłanych mi w wiadomościach. Fajnie, że teraz będąc przy nich pierwszy raz w życiu mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że przecież je znam i nie widzę pierwszy raz. Niewątpliwie wszystko lepiej wygląda w lato, ale czy ktokolwiek chciałby przyjeżdżać do Anglii w piękne słoneczne dni, które można dobrze spożytkować nad polskim morzem? Ja zdecydowanie preferuję właśnie te zimowe miesiące, ponieważ wtedy jest tu o wiele cieplej i pomimo deszczu cieszy rozpięta kurta (niestety z przypływu radości z dzisiejszego ciepła zgubiłam bluzę ^^). Zrobiłam dzisiaj naprawdę sporo. Odwiedziłam również katedrę katolicką, w której była odprawiana msza po angielsku, jednak w taki sam sposób jak u nas w Polsce (w tamtym roku byłam w Londynie na polskiej mszy, gdzie ksiądz odprawiał msze po angielsku tyłem do ludzi-dziwne!). Bardzo dużo inspiracji i ciekawych pomysłów przyszło mi dzięki temu do głowy i niewątpliwie był to bardzo dobry czas... jednak pomijając te wszystkie świetne rzeczy, które udało mi się dzisiaj zrobić najfajniejszą była chyba ta, która trwała dziesięć sekund! W Liverpoolu spotkaliśmy bohaterów mojego dzieciństwa, tych o których bajki opowiadała mi moja mama i dzięki temu pozwoliła mi wyobrazić sobie wszystko w mój indywidualny sposób, a później razem z nią zakochałam się w bajce Disneya. Ostatnio po raz kolejny postanowiłam, jako już dorosła osoba, obejrzeć ją i zobaczyć, czy nadal będzie dla mnie wyjątkowa- była! :) Uwierzcie, że cieszyłam się jak małe dziecko, kiedy spotkałam ich dzisiaj w Liverpoolu! 

Niestety nie miałam możliwości zobaczenia jeszcze najnowszej wersji kinowej na wielkim ekranie, ponieważ w premierę wylatywałam, ale po powrocie pierwsze co robię (no może któreś z kolei) będzie pobiegnięcie do kina! Jestem bardzo ciekawa, czy przypadnie mi do gustu i czy Emma Watson skradnie moje serce równie mocno jak rysowana Bella. Jestem bardzo ciekawa Waszych opinii. Byliście już? Widzieliście? :)

Jutro robię odpoczynek od zwiedzania... bo mogę! Bo uczę się tutaj, że nawet na wakacjach warto dać sobie chwilę oddechu i pospać do czternastej! :) Prawdopodobnie jutro spacerkiem odwiedzę jedynie miasteczko, w którym mieszkam i znam z bardzo oszczędnych w słowa opowieściach i niewielu zdjęć. Mam cichą nadzieję, że galeria będzie otwarta... tak żeby mimo wszystko coś jutro zrobić ^^


Buziaki! :*

Liverpool

Hejka! :)
Tak się przypadkowo stało, że wczoraj znalazłam się w Liverpoolu i spędzę tutaj kilka dni. Szczerze mówiąc nie zrobiłam żadnego planu na ten czas i dzisiaj przed wyjściem z domu szybko sprawdziłam, co warto i trzeba zobaczyć będąc w mieście Beatlesów. Podoba mi się jedna bardzo ten brak planowania. Bardzo potrzebowałam zupełnego odprężenia od świata, który aktualnie niesamowicie mnie przytłacza i obciąża wszystko co możliwe w moim otoczeniu. Oh, oczywiście jestem świadoma tego jak wielką nieodpowiedzialność popełniam wyjeżdżając z Polski kilka dni przed maturalnym wystawieniem ocen i dyplomem, ale... postarałam się zrobić wszystko tak, aby i wilk był syty i owca cała. Cicho Wam się pochwalę, że oddałam dyplom do drukarni i prawdopodobnie jest już w moim domu, albo przynajmniej zbliża się wielkimi krokami. Nawet nie zdajecie sobie sprawy jak wielka dzięki temu radość i spokój ogarnęło moje serce!

Już zapomniałam jak to jest wyjść z domu i przebywać poza nim cały dzień robiąc jedynie rzeczy dające szczęście i.... nie mieć w myślach wciąż dręczącej myśli, że przecież jeszcze tak wiele mam do zrobienia. Dzisiaj moim jedynym zmartwieniem było to, czy po powrocie do mieszkania będę miała wystarczająco sił, aby obejrzeć jakiś fajny film (a propos rano widziałam: "Mcimperium"- chyba polecam... ale muszę się jeszcze mocno zastanowić i ostatniego dnia marca dam Wam znać), czy może od razu pójdę spać. Uwierzcie, że było to dla mnie dawno zapomniane uczucie! :D Myślałam, że już tak nie umiem. 

Bóg jest niesamowicie wielki i w czasie Wielkiego Postu pokazuje mi tak wspaniałe rzeczy! Mam nadzieję, że rozeznam to w swoim sercu i będę mogła się tym z Wami podzielić, ale na razie raduję się w swoim sercu. Przychodzi do mnie w tak niewielkich codziennych sytuacjach, jak tej dzisiaj... Jakiś tydzień temu na stronie K Mag widziałam artykuł o wystawie w Liverpoolu, bardzo żałowałam (jak zawsze), że nie mogę na niej być. Zupełnie przypadkiem pojawiłam się w tym mieście. Jutro wystawa jest już zamykana- a mi udało się dzisiaj na nią trafić! Czyste szaleństwo, ale jak bardzo cieszy! :) Więcej o niej możecie poczytać TUTAJ. A ja chociaż niesamowicie szczęśliwa, że udało mi się tam być samą wystawą nie jestem zachwycona... ale to chyba z powodu niesamowitej potrzeby oglądania sztuki dawnej, której ostatnimi czasy bardzo mi brakuje w życiu codziennym (nie, niestety nie mam czasu na odwiedzanie galerii i muzeów sztuki). Zauważcie jak wielkie poświęcenia robię dla tego bloga- pozowałam do zdjęcia oglądając pracę w galerii ahahahha, myślałam, że spalę się ze wstydu. Śmieszne takie rzeczy. Nowe. Ciekawe. Planuję na tym blogu wielkie rzeczy, więc może czas przyzwyczaić się do takiego pozowania? ;)



Tymczasem uciekam spać. Przepełniona niesamowitą energią i odzywam się do Was jutro. Buziaki! :*

niedziela, 12 marca 2017

dyplomowa niedziela

Hejka! :)
Dzisiaj wstałam naprawdę całkiem wcześniej jak na mnie, ale to chyba jedynie za sprawą tego, że dzień wcześniej przespałam czternaście godzin. CZTERNAŚCIE GODZIN! Wyobrażacie sobie? Na osobę, która nie ma czasu i nie wyrabia się z niczym jest to chyba grzech ciężki i gwarantowane miejsce w piekle. Najgorsze jednak było to, że wcale się nie wyspałam, ani nie czułam się lepiej. Dzisiaj natomiast jest w porządku. Posprzątałam zasyfiony stół (matko! Gdybyście kiedyś mieli dylemat, czy poświęcać sporą część swojego pokoju na biurko, to uwierzcie, że nie ma co się zastanawiać. Chociaż nigdy nie wygra w rankingu najlepszych przedmiotów w pokoju z łóżkiem i krzesłem pod nogi, to mimo wszystko uwielbiam siedzieć przy tym wielkim stole, na którym wszystko się mieści... a nie jest nawet rozłożony! Spoko rzecz) i zabrałam się za najważniejsze rzeczy. Jeszcze w łóżku spisałam co muszę zrobić, wyszło mi osiem punktów i.... zaczęłam oczywiście od tej najmniej pilnej i w sumie całkowicie bzdurnej, czyli założyłam Instagrama Zacisza Morskiego. Jeśli chcecie być na bieżąco i skusić się na super wakacje, to możecie to zrobić TUTAJ. W tym roku zmieniamy totalnie wszystko. Będzie pięknie, a moje graficzne serce będzie bić szybciej jeśli wszystko pójdzie dobrze! :D Jednak żeby graficzne serce mogło być w pełni tak nazwane muszę obronić swój dyplom, a stanie się to równo za miesiąc. Jestem już przy ostatnich poprawkach i co najważniejsze i chyba najtrudniejsze- szukam odpowiedniej drukarni. Wciąż zastanawiam się nad gramaturą papieru i nad sposobem wykonania okładki. Mam kilka sugestii podrzucanych przez różne fanpage na mojej tablicy i mam nadzieję, że we wtorek podejmę już konkretną decyzję. 

Nigdy nie spodziewałam się, że do wykonania książki będzie mi potrzebna maszyna do szycia. Moja mama najwidoczniej też nie, bo gdyby dzisiaj weszła do mojego pokoju i spytała co robię była na tyle zdziwiona, że myślała, że nie mówię prawdy hahah. Na szczęście dzisiaj już doszłam do poziomu wybrania odpowiednich funkcji i zszyłam próbny wydruk. Próbnych wydruków miałam już chyba z pięć. Pierwszy był oczywiście na domowej drukarce (kolejny grzech grafika!) na formacie A4, gdzie docelowym miało być B1. Książka okazała się wielkości ok. 5 centymetrów i chociaż nie można było z niej nic rozczytać wyglądała przepięknie ^^ 

Już 12 kwietnia ukażę się post, w którym opowiem i dodam wszystko co z moim dyplomem związane. Mam nadzieję, że już nie możecie się doczekać! Ja również, jednak mimo wszystko najbardziej czekam na ten spokój, który pojawi się w moim życiu. Jej, czuję, że wtedy będę mogła już wszystko. Będę miała tyle czasu i radości ze wszystkiego! Będę gotować, fotografować, projektować i oglądać filmy... bez żadnego wyrzutu sumienia z tyłu głowy, że przecież powinnam robić projekty do szkoły. Nie wiem, czy nie oczekuję od tej przyszłości zbyt wiele, ale dzisiaj śmiałam dojść nawet do takiej tezy, że nie będę potrzebowała snu. No wiecie- przynajmniej przez te pięć miesięcy wakacji, które mnie czekają. Każdy chyba pamięta wakacje i to jak zupełnie innym człowiekiem się jest. Przynajmniej ja jestem ♥


Czuję, że mam dzisiaj wspaniały dzień ♥ Czuję taki wewnętrzny spokój i ogromną radość :)
Buziaki! :*

środa, 8 marca 2017

A KYSZ! Daria Zawiałow

Hejka! :)
Od dwóch godzin mam czas tylko dla siebie. Niesamowite jak w zabieganym dniu brakuje mi możliwości przebywania w swojej osobistej samotności. Dzięki temu, że zdarza się to tak rzadko polubiłam sprzątanie, malowanie paznokci i ścieranie kurzu, czy robienie prania. Odpręża mnie bycie samej dla siebie. Cieszy mnie kiedy mogę włączyć płytę i wziąć długi prysznic oraz zrobić rzeczy dla siebie (i z sobą), na które nigdy nie mam czasu. Taki dzień zdarza mi się zazwyczaj raz na dwa tygodnie- to właśnie dzisiaj! :D Do wyjścia na spotkanie zostały mi dwie godziny i dzięki temu mam czas na spokojne napisanie postu. Uf, jak dobrze. Na szczęście dzisiaj nie będzie o niczym- wczoraj odebrałam płytę i dzisiaj kilka słów na jej temat. 

Daria Zawiałow pojawiała się w moich trzech muzycznych siódemkach. Za każdym razem kiedy tylko wydawała swój nowy singiel z automatu wpadał w mój gust muzyczny i akceptowałam go w stu procentach. Mowa tutaj oczywiście o: Malinowym chruśniaku, Kundlu burym oraz Miłostkach. Już po przesłuchaniu pierwszego utworu szukałam w internecie płyty, którą kupiłabym bez zastanowienia- niestety dość długo musiałam czekać na premierę. Wreszcie się doczekałam! ♥

Pierwszym minusem (bo dzisiaj z grubej rury,od razu od minusów) jest oczywiście forma opakowania. Jestem wielką fanką nowej mody na papierowe, przepiękne opakowania. Nie dość, że są bardzo gustowne, pięknie wyglądają, to jeszcze są niesamowicie wygodne i co najważniejsze- nie ma opcji żeby pękł plastik po okładkowej stronie. Bardzo żałuję, że nie zostało to dopilnowane, ale jestem pewna, że to nie będzie jedyna płyta Darii- czekam na drugą, już kartonową. Po drugie okładka: jest dosyć sympatyczna, ale ileż cudów można zrobić z tak piękną Darią! Zdecydowanie postawiłabym na coś bardziej ambitnego, a patrząc na to co kryje się w środku jestem przekonana, że były możliwości. Z miłą chęcią zobaczyłabym przepiękne zdjęcie profilem w kapeluszu na okładce, zamiast tego jakże zwyczajnego zdjęcia. No i trzecim (ostatnim!) minusikiem jest książeczka. Liczyłam na więcej, a tam tylko teksty piosenek i dwa zdjęcia. Szkoda. 

Na szczęście minusów koniec i jak możecie zauważyć są one dosyć nieistotne, ponieważ przy zakupie płyt najważniejszy jest krążek i to co na nim znajdziemy, a uwierzcie, że znajdziemy same wspaniałości! ♥ Płyta składa się z jedenasty utworów. Wszystko łącznie trwa ponad czterdzieści minut i uwierzcie, że jest to bardzo dobrze spożytkowany czas. Przyznam się Wam bez bicia, że nie mogłam się powstrzymać i na początku płyty słuchałam na Spotify- ale spokojnie! Byłam czujna i na początku ją zamówiłam, żeby później nie wmawiać sobie, że wystarczy mi wersja komputerowa. Dlatego chociaż płytę mam od wczoraj, to znam ją już bardzo dobrze dzięki słuchaniu jej na komputerze. To ważna informacja dla Was- tak, możecie ją całą znaleźć na Spotify! :)

Poza singlami na pierwszy plan w moich uszach wyłaniają się dwa utwory. Jest to przede wszystkim: Nie wiem gdzie jestem, która różni się od wszystkich pozostałych genialnymi chórkami i zupełnie inną manierą. Tak myślę, że to mogłaby być kolejna promocyjna piosenka. Myślę, że zrobiłaby dobrze wszystkim nieznającym Darii ♥ Niestety aktualnie przemaglowałam ją już tak mocno, że muszę zrobić sobie kilkudniowy odwyk hahah (chociaż do pisania tego akapitu włączyłam i jednak działa nadal ♥). Drugim utworem natomiast jest Pistolet. Teoretycznie bardzo infantylna piosenka z genialnym podkładem muzycznym i wspaniałym tekstem. Polecam przede wszystkim te dwa utwory do przesłuchania. A co oczywiście nie jest żadnym zaskoczeniem jeśli chodzi o mnie- najgorszym utworem jest ten anglojęzyczny. O wiele bardziej przekonują mnie te polskie! Są genialne. A tamten? Zupełny kontrast. Zawsze, niestety, przełączam... ale to ja. Wam by się pewnie spodobał hahah :D


Myślę, że szybko się nie rozstaniemy! :D
Buziaki! :*

poniedziałek, 6 marca 2017

Nebraska

Hejka! :)
Dzisiaj zacznę od tej wizualnej strony, bo to właśnie on mnie skusiła do sięgnięcia po tę pozycję. Wiecie, w głowie mam już coraz bliższą wizję wakacji i tego, że będę mogła wreszcie wziąć się za wszystkie te pięknie wydane tytuły Dostojewskiego, czy inne cegły, które leżA na moim stosie. Niestety na razie sięgam po te chudsze książki... ale przecież ilość stron nigdy nie ocenia jej jakości. Miałam nadzieję, że taka fajna, kolorowa, z różowym grzbietem Nebraska będzie świetnie spożytkowany czasem w autobusie... Jednak już po przeczytaniu nie podoba mi się nawet okładka, do której wcześniej byłam całkiem przychylna.

Wiem, pewnie dziwicie się za każdym razem, kiedy piszę Wam, że sięgając po książkę zupełnie nie wiem co się w niej znajduje (zazwyczaj) Tak samo mam z filmami i płytami. Lubię ten moment tajemnicy i poznawania czegoś zupełnie mi nieznanego. Po takim wstępie nie powinien Was dziwić fakt, że sięgając po pamiętnik byłam zdziwiona i niezbyt ucieszona po zobaczeniu w jakiej formie została napisana ta książka. Dość długo już miałam tę książkę w domu i zdążyłam napatrzeć się na nią leżąc w łóżku i wysnuć mnóstwo historii, które mogły się tam pojawić. Wymyśliłam sobie z lekka bohaterów. Okazało się, że jest to spis dni Zbigniewa Białas z pobytu w Nebrasce. Niezbyt pozytywny obraz. Jedno czego nie mogę zarzucić, to naprawdę dobre, lekkie pióro, które pozwoliło poprowadzić historię do przodu... ah, gdyby z moich pamiętników można było stworzyć choć kilka tak składnych zdań hahahha. Ale no cóż- w momencie kiedy czas goni mnie nieubłaganie, a ja staram się chwycić jakąkolwiek dobrą książkę, to zdecydowanie nie jestem usatysfakcjonowana, kiedy wpada mi do rąk taka pozycja.

I to moje niepodobanie nie wynika ze złego języka, z błędów logicznych i gramatycznych. Nie polega na nudnej akcji. Tylko tak po prostu. Więc jeśli ktoś lubi pamiętniki, to jak najbardziej. Tylko pamiętajcie, że to nie jest do końca pamiętnik podróżniczy. To pamiętnik Polaka z Sosnowca w Nebrasce. Tak o. Po prostu. 


Buziaki! :*

sobota, 4 marca 2017

Lutowy przegląd filmów

Hejka!:)
Powiem Wam, że trochę się zdziwiłam, bo sądziłam, że w tej notce znajdzie się tysiąc filmów, ale rzeczywiście stosunkowo niedawno dodawałam filmowy post, więc poniżej możecie zobaczyć piętnaście tytułów jedynie z lutego. Muszę Wam się przyznać, że nie ważna jakie miałabym zdanie na temat Oskarów, to jedno trzeba im przyznać- motywują mnie do oglądania filmów. Od trzech lat. Wcześniej nominacje były dla mnie tylko sprawdzeniem, które z tych obejrzanych już przeze mnie filmów startują o tak ważną nagrodę. Doszłam również do wniosku, że moje nieoglądanie nie było spowodowane brakiem czasu, tylko człowiekiem, z którym pisałam na facebooku przez ostatnie półtora roku. Na szczęście już wrócił i wszystko może odbywać się tak jak dawniej, bez zbędnego portalu społecznościowego, który był naszym jedynym kontaktem ^^ Uf, wiecie jak to fajnie kończyć dzień filmem?♥ Mam nadzieję, że wiecie... a jeśli nie macie pomysłu na tytuł, to zapraszam do zapoznania się z moimi ocenami.


1. Moonlight 7/10- najlepszy film według akademii. Ja swój typ mam troszkę niżej i za chwilkę Wam o nim opowiem, ale na razie ten. Tak jak mówi ocena: dobry. Film został podzielony na trzy części. Trzy główne okresy życia głównego bohatera, które poznajemy jako małego chłopca. Przepiękne kadry i dosyć ciekawa historia, ale coś mi tu nie zagrało. Mimo wszystko, obejrzałam go już dwa razy i chyba to jeden z tych tytułów, który za każdym razem jest coraz lepszy :) Polecam.


2. To tylko koniec świata 5/10- nowy film Dolana. Po "Mamie" stałam się chyba jego fanką, a na pewno sprawdzający każdą moją maturę z polskiego, czy to ustną, czy pisemną jest o tym przekonany hahah. Od lat nieustannie jednym z moich przykładów jest właśnie ten film, więc taka sugestia dla maturzystów- obejrzyjcie przed majem^^ Co do tego filmu- męczył, nudził i irytował. Bardzo wąskie kadry, wieczne zbliżenia na początku wydały mi się bardzo awangardowe i ciekawe, jednak później męczyły moje oczy. Jest taka zasada, że jeżeli zwraca się uwagę JEDYNIE na kadry i montaż, to film jest baaaaaaardzo zły. Kto wymyślił taką zasadę? Ja :D Trzymajcie się jej ^^


3. Człowiek-scyzoryk 5/10- zacznijmy od tego, że to bardzo beznadziejnie tytuł filmu. Dowiedziałam się o nim z programu Z Dupy i myślałam, że albo będzie tragiczny, albo bardzo fajny. Po ocenach na filmwebie moich znajomych uznałam, że będzie genialny. Każdy oceniał go na osiem, co zdarza się bardzo rzadko^^. Zaczęło się świetnie i naprawdę już dawno tak szczerze się nie śmiałam... ale później było już abstrakcyjnie głupio i dziwnie. Oceniłam na pięć, więc nie pamiętajcie, że nie jest koszmarem, ale zdecydowanie liczyłam na coś lepszego... z tego mogło być naprawdę coś dobrego :(


4. Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć 6/10- maaaatko! Jak można nazwać tak film? Tragedia. W każdym razie- nie spodziewałam się, że to rzeczywiście ma jakikolwiek związek z Harrym Potterem pomijając to, że jest o jakiś czarodziejach. Okazało się jednak, ze scenarzystką jest Rowling i wszystko dzieje się wiele lat przed tym jak Harry Potter przeczyta książkę głównego bohatera Fantastycznych zwierząt... Poczuć można było magię, ale... niczym mnie to nie urzekło. Był genialnie wykonany i tyle.


5. Lion. Droga do domu 9/10- UWAGA! UWAGA! Z nominowanych filmów, to właśnie ten wydał mi się najbardziej właściwy na zdobycie statuetki. Szkoda, że się nie udało. Kolejny film podzielony na części życia głównego bohatera. Pierwsza część opowiada o małym chłopcu, który wyjeżdża ze swojego miasta i nie może wrócić. Przepiękne ujęcia, urzekające sceny i bardzo właściwe posunięcie historii. Później jest już troszkę nudniej, co jednak nie sprawia, że nie mogłam uronić łzy przy ostatnich scenach. Potrzebuję płakać na filmach. Potrzebuję wzruszeń w swoim życiu. Bardzo, BARDZO Wam polecam :)


6. Ciemniejsza strona Greya 1/10- zanim zaczniecie hejtować pamiętajcie tylko o tym, że nie obejrzałam do w kinie, po raz kolejny udało mi się uchronić przed wydaniem pieniędzy na koszmarny grzech kinematografii i nie świętowałam walentynek z najlepszym erotykiem wszech czasów. Koszmar. Mówię Wam koszmar. To już nawet nie chodzi o to, że nie rozumiem fenomenu, że nie wiem skąd Ci wszyscy ludzie zachwycają się niesamowitą seksualnością w tym filmie (gdzie widać jedynie zdejmowanie ubrań i moment już po pod kołderką). Nie chodzi o to, że wymagam od filmów niesamowicie ostrych scen łóżkowych- ale przecież każdy kto ma chęć obejrzeć Greya nie ogląda go dla kadrów... a tu gorzej niż w polskim serialu przed dwudziestą drugą w polskiej telewizji. Jednak ja oburzona jestem przede wszystkim tym, że w tym filmie nie ma dobrej gry aktorskiej, nie ma nawet sensu fabularnego! Jest totalną klapą i nie mam pojęcia jak tak okropna produkcja może wchodzić do kin, może zachęcać tak wiele osób do zapłacenia za bilet... i w jak magiczny sposób sprawia, że ludziom to się podoba?! Błagam, powiedźcie mi jak to robicie. fu! Najgorszy film ostatniego czasu. Czemu obejrzałam? Przecież wiecie, że krytykuje jedynie świadomie, a mam niepohamowaną ochotę za każdym razem krytykować Greya, kiedy ktoś w moim otoczeniu mówi, że jest ok.


7. Jacki 7/10- bardzo długo wyczekiwałam i wreszcie znalazłam chwilę na obejrzenie! Przepiękny w swojej wymowie, kadrach, scenografii oraz strojach. Wizualnie to majstersztyk! Wiem, że jestem jedną z niewielu osób, które to mówią, ale byłam zachwycona w akcencie głównej bohaterki!♥ Podobało mi się tutaj wszystko, a czemu 7? Najwidoczniej już nie pamiętam, ale prawdopodobnie wymyśliłam sobie ten film w głowie i nie spełnił wszystkich moich oczekiwań... ale jak najbardziej polecam! :)


8. Jak Bóg da 5/10- to było jeszcze na początku mojego powrotu do filmów. Potrzebowałam wtedy zwykłych odprężających komedii. Ta taka była, ale.... mogło być lepiej. Takie tam. Polecam inne filmy w wolnej chwili ;)


9. Manchester by the sea 7/10- wszyscy się nim zachwycają, a jak dla mnie po prostu był dobry. Było wiele scen, które zbyt mocno łapały za serce (i mówię to w jak najbardziej pozytywny sposób!) i na pewno bardzo zmusza do przemyśleń. Podobał mi się. Był naprawdę bardzo dobrym filmem... ale to tyle :D


10. Milczenie 9/10- matko! Jakie to było genialne! Uwielbiam ten film całą sobą. Zacznijmy od tego, że dzieje się tutaj niesamowite dobro w montażu, w aktorach, w plenerach. Wizualnie jest to ogromne dzieło... a co z tą najważniejszą częścią? Film zmusza przede wszystkim do postawienia sobie pytań: "Czy ja bym przetrwał tę próbę?". Uwierzcie, że borykałam się z tym problemem kilka dni. Film nie opuszczał moich myśli, był ze mną przez bardzo długi czas. Bardzo mocny i drastyczny, bez żadnych kompromisów. GENIALNY! I oczywiście, wyprzedzając wszystkie pytania, nie tylko dla chrześcijan ;)


11.Sing 7/10- uwielbiam bajki, choć dawno już żadnej nie widziałam. Ta była zdecydowanie dobrym wyborem. Działała tu niesamowita siła marketingu, ponieważ w Rydze widziałam plakaty promujące ten film dosłownie wszędzie. Wzbudziło to moją ciekawość i już dzisiaj mogę powiedzieć, że bardzo dobrze! Bardzo muzyczny film. Zdziwiona byłam jak wiele piosenek (starych i nowych, ale bardzo znanych) zostało tutaj zawartych. Fajny. Przyjemny. Co dziwne, wiele razy siedziałam z otwartą buzią ze zdziwienia, z szybszym biciem serca i pytaniem: "co się stanie?!". Czułam się jak dziecko. Super!:)


12. Ja, Olga Hepnarova 6/10- przedziwny film, przedziwny! Jeśli miałabym go porównywać do czegoś innego, to pewnie byłaby to Ida. On również nakręcony jest na czarno-białej kliszy, niewiele dialogów, bardzo dobre kadry i mocno cięte sceny. Liczyłam na ten film, czekałam i myślałam, że to będzie coś genialnego. Spodziewałam się zupełnie czegoś innego... i nie jestem zadowolona :(


13. Ukryte działania 9/10- jestem w szoku za każdy razem kiedy widzę tak ogromny rasizm wśród ludzi wykształconych. Zdarza mi się to stosunkowo rzadko, ale kiedy już to widzę nie mogę się nadziwić! Tutaj jest to pokazywany w każdym momencie, w każdej scenie. Bardo trudny pod tym względem. Mimo wszystko bardzo dobry! Genialne poczucie humory, wspaniała muzyka, kadry, stylizacje, dobór aktorów... totalnie wszystko tutaj zadziałało! Czemu nie dziesiątka? Bo teraz jestem surowym kinożercą ^^

14. Sztuka kochania 9/10- teoretycznie surowym, ale dziewiątek w tym miesiącu wpadło chyba pięć :D Sztuka kochania to jak już wspominałam kilka tygodni temu genialny polski film o Wisłockiej. Rewelacyjna polska (i nie tylko) muzyka. Genialne kadry i kostiumy! Ah, jak tu kolorowo!♥ Polecam bardzo!


15. Zwierzęta nocy 8/10- nie wiem dlaczego byłam tak bardzo uprzedzona do tego filmu. Może to przez jego beznadziejny plakat... w każdym razie było to zupełnie niepotrzebne. Film zaczęłam oglądać po pierwszej w nocy, ale całość obejrzałam z szeroko otwartymi oczami ze zdumienia. Jakież to było dobre moi mili! Polecam Wam serdecznie ♥

No to tyle. Buziaki! :*